"Kryzys Zachodu nie zaczął się od Trumpa". Prof. Andrew MICHTA o pękającym zaufaniu między USA a Europą

Rosnące napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Europą nie jest wyłącznie efektem stylu Donalda Trumpa ani chwilowego zaostrzenia języka po obu stronach Atlantyku. W swojej serii wpisów prof. Andrew Michta stawia znacznie poważniejszą tezę: kryzys relacji transatlantyckich wyrósł z lat strategicznych zaniedbań, błędnych oczekiwań i coraz bardziej widocznego braku przywództwa — zarówno w Waszyngtonie, jak i w europejskich stolicach.

„Zachód stał się ofiarą własnego sukcesu”

.Punktem wyjścia tej diagnozy jest pytanie, dlaczego w USA coraz częściej mówi się o Europie z irytacją, a w europejskich mediach rośnie antyamerykanizm. Według Michty nie chodzi tu tylko o bieżącą politykę ani o osobowość jednego prezydenta. U podstaw problemu leży zmiana wzajemnych potrzeb i oczekiwań, której przez lata nie towarzyszyło odpowiedzialne zarządzanie sojuszem.

W jego ujęciu Zachód stał się ofiarą własnego sukcesu. Przez trzy dekady po zimnej wojnie Europa funkcjonowała w poczuciu bezpieczeństwa i politycznego komfortu, podczas gdy Stany Zjednoczone trwały przy dawnych założeniach dotyczących NATO. Waszyngton przez lata narzekał na zbyt niskie europejskie wydatki obronne, ale nie doprowadził tej presji do końca. Europejczycy z kolei przyzwyczaili się, że ostatecznie Ameryka i tak dopłaci, dośle wojska i przejmie ciężar odstraszania.

Prof. Michta przywołuje wymowną scenę z czasów, gdy sekretarz obrony Robert Gates ponownie apelował do europejskich sojuszników o poważniejsze traktowanie własnej obrony. Siedzący za nim europejski generał miał powiedzieć do kolegi, że Amerykanie zawsze mówią to samo, ale na końcu i tak wracają do płacenia. W tej krótkiej anegdocie zawiera się jego szersza diagnoza: przez lata w NATO narastał nie tylko brak równowagi, ale też coś gorszego — ciche przyzwolenie na strategiczną nieodpowiedzialność.

To właśnie dlatego prof. Michta tak mocno podkreśla rolę zaufania. Sojusz obronny nie może przecież opierać się wyłącznie na deklaracjach. Jeżeli jego członkowie mają naprawdę ryzykować własnych żołnierzy w obronie innych, muszą widzieć wzajemną powagę, gotowość do ponoszenia kosztów i realne działania. W jego ocenie Europa zbyt długo traktowała USA jednocześnie jako narzędzie bezpieczeństwa i wygodną wymówkę dla własnej bierności. A potem zaczęła narzekać, że Ameryka nie jest dość wiarygodna.

Europa szuka autonomii nawet teraz, gdy najbardziej potrzebuje NATO

.Prof. Michta nie oszczędza jednak także Stanów Zjednoczonych. Jasno pisze, że publiczne obrażanie europejskich sojuszników przez Waszyngton nie powinno mieć miejsca. Taki styl szkodzi sojuszowi i podkopuje jego spójność. Zarazem uważa, że równie niepokojące jest to, iż w chwili pełnoskalowej wojny na kontynencie europejskim po raz kolejny powraca język „strategicznej autonomii” czy pomysłów, by Unia Europejska miała sama „bronić Europy” w politycznym oderwaniu od NATO.

W jego ujęciu to myślenie rozmija się z realiami siły. Państwa, które potrzebują około dekady, by odbudować zaniedbaną bazę przemysłową dla obronności, nie powinny mnożyć nowych konstrukcji politycznych zamiast finansować istniejący sojusz i wzmacniać więź transatlantycką. Prof. Michta sugeruje, że Europa zbyt często reaguje na amerykańską szorstkość nie przez wzmacnianie własnych zdolności w ramach NATO, lecz przez snucie politycznych projektów, które nie odpowiadają na pilność zagrożenia.

„Bez sojuszu Ameryka byłaby słabsza”

.Najostrzejszy fragment jego diagnozy dotyczy wschodniej flanki. Prof. Michta pyta wprost, czy ktoś naprawdę wierzy, że brytyjskie, kanadyjskie czy niemieckie wojska rozmieszczone w regionie bałtyckim będą skutecznie odstraszać Rosję bez jasnego i wiarygodnego wsparcia USA w ramach NATO. W tym pytaniu pobrzmiewa zarzut, że europejskie klasy polityczne zaczęły tracić kontakt z podstawową logiką geografii i siły.

Ale zaraz potem kieruje podobne pytanie pod adresem amerykańskich elit. Czy w Waszyngtonie naprawdę zapomniano, że dobrze zarządzane NATO nie jest dla USA ciężarem, lecz mnożnikiem siły? Bez sojuszu Ameryka byłaby słabsza, mniej bezpieczna i mniej zdolna do projekcji wpływu tam, gdzie uważa to za kluczowe dla własnych interesów.

To ważna część jego argumentu, bo odcina go od prostego antyeuropejskiego tonu. Prof. Michta nie nawołuje do amerykańskiego odwrotu ani do karania Europy za bierność. Przeciwnie: przekonuje, że strategiczny sens NATO pozostaje dla Stanów Zjednoczonych ogromny. Problemem nie jest sam sojusz, lecz sposób, w jaki przez lata był politycznie i psychologicznie obsługiwany.

Zachód przez lata przyzwyczaił się do bezpieczeństwa tak bardzo, iż zaczął mylić zarządzanie z przywództwem

.Końcowy apel prof. Michty jest prosty: po obu stronach Atlantyku trzeba obniżyć temperaturę emocji i wrócić do zdrowego rozsądku. Jego zdaniem NATO wymaga dziś nie tyle kolejnych sloganów, ile przebudowy priorytetów- zwłaszcza w kierunku realnego wzmocnienia wschodniej flanki, w tym nordycko-bałtyckiego korytarza północno-wschodniego.

W gruncie rzeczy ta diagnoza jest surowsza, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie chodzi w niej tylko o pieniądze na obronność ani o wzajemne pretensje. Chodzi o to, że Zachód przez lata przyzwyczaił się do bezpieczeństwa tak bardzo, iż zaczął mylić zarządzanie z przywództwem, wygodę z trwałością, a sojuszniczy automatyzm z rzeczywistą solidarnością.

Prof. Michta ostrzega więc nie tyle przed jedną polityczną osobą czy jedną kadencją w Białym Domu. Ostrzega przed długim nawykiem strategicznego samozadowolenia. I właśnie dlatego jego wątek jest czymś więcej niż twitterową polemiką: to diagnoza Zachodu, który wciąż ma potężne instrumenty siły, ale coraz częściej sprawia wrażenie, jakby zapominał, po co właściwie zostały zbudowane.

WTM

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 26 kwietnia 2026