Dlaczego część francuskiej prawicy uważa Marine LE PEN za socjalistkę?

Marine Le Pen socjalistka

Dlaczego polityk uznawana w całej Europie za jedną z najważniejszych postaci prawicy jest przez część francuskiej prawicy nazywana socjalistką? Spór o Marine Le Pen nie dotyczy jedynie kampanijnej retoryki. Odsłania znacznie głębszy konflikt o rolę państwa, gospodarki i samej definicji prawicy we Francji. Zrozumienie tego sporu pozwala lepiej zrozumieć nie tylko wybory prezydenckie w 2027 roku, ale również wyjątkowość francuskiej kultury politycznej.

.W czasie kampanii prezydenckiej przed wyborami w 2027 roku Bruno Retailleau nie ograniczył się do krytyki Marine Le Pen w sprawach bezpieczeństwa, migracji czy polityki europejskiej. Uderzył tam, gdzie – jego zdaniem – przebiega zasadnicza linia podziału między Republikanami a Zjednoczeniem Narodowym.

Lider Republikanów stwierdził, że Marine Le Pen nigdy nie była politykiem prawicy w rozumieniu gospodarczym. W rozmowie z tygodnikiem „Journal du Dimanche” przekonywał, że słusznie odrzuca ona etykietę prawicy, ponieważ pozostaje „socjalistką w gospodarce”, opowiada się za rozbudowanym systemem świadczeń publicznych i reprezentuje model państwa, który – jego zdaniem – stopniowo osłabiał dynamikę francuskiej gospodarki.

W Polsce podobny zarzut mógłby zostać odebrany jako zwykły element ostrej kampanii wyborczej. We Francji ma jednak znacznie głębsze znaczenie. Nie dotyczy jedynie programu jednej kandydatki, lecz odwołuje się do jednego z najstarszych sporów francuskiej polityki: czy prawica powinna przede wszystkim bronić wolnego rynku, czy raczej silnego państwa?

To pytanie wraca nad Sekwanę od dziesięcioleci. W różnych epokach przybierało odmienne formy, ale jego istota pozostawała zaskakująco podobna. Dla jednych prawica oznacza przede wszystkim wolność gospodarczą, ograniczenie wydatków publicznych, niższe podatki i większą odpowiedzialność jednostki. Dla innych prawica jest przede wszystkim obroną państwa narodowego, jego suwerenności, przemysłu i społecznej solidarności, nawet jeśli wymaga to daleko idącej interwencji państwa w gospodarkę. Marine Le Pen należy zdecydowanie do tej drugiej tradycji.

To właśnie dlatego wielu polityków francuskiej centroprawicy uważa, że określanie jej mianem liberałki gospodarczej jest zwyczajnie niezgodne z rzeczywistością. Zjednoczenie Narodowe od wielu lat opowiada się za aktywną rolą państwa w gospodarce, ochroną strategicznych przedsiębiorstw, wspieraniem krajowego przemysłu, zachowaniem rozbudowanego systemu zabezpieczenia społecznego oraz sprzeciwia się wielu reformom, które we Francji proponowali zarówno Nicolas Sarkozy, jak i Emmanuel Macron.

Paradoks polega na tym, że dla wielu wyborców właśnie te elementy programu stały się jednym z powodów rosnącej popularności Marine Le Pen.

Dlaczego francuska prawica nigdy nie była taka jak anglosaska

Jednym z najczęściej popełnianych błędów przy analizowaniu francuskiej polityki jest przykładanie do niej podziałów znanych z Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych. Tam przez dziesięciolecia spór między prawicą a lewicą przebiegał przede wszystkim wokół zakresu ingerencji państwa w gospodarkę.

We Francji historia potoczyła się inaczej. Silne państwo nie było wyłączną domeną lewicy. Przeciwnie – przez znaczną część XX wieku właśnie politycy prawicy budowali model państwa, które aktywnie uczestniczyło w rozwoju gospodarczym kraju.

Dziedzictwo generała Charles’a de Gaulle’a opierało się na przekonaniu, że państwo powinno odgrywać rolę strategicznego organizatora rozwoju Francji. To ono miało chronić kluczowe sektory gospodarki, prowadzić wielkie inwestycje przemysłowe, rozwijać energetykę jądrową, wspierać nowoczesne technologie i zapewniać krajowi niezależność od zagranicznych mocarstw.

Ten sposób myślenia określano później mianem gaullizmu gospodarczego. Nie był to socjalizm w klasycznym znaczeniu tego słowa. Nie zakładał likwidacji własności prywatnej ani centralnego planowania całej gospodarki. Odrzucał jednak przekonanie, że rynek sam rozwiąże wszystkie problemy społeczne i gospodarcze.

Państwo miało być arbitrem, inwestorem, a czasami również przedsiębiorcą. I ta tradycja pozostawiła trwały ślad we francuskiej kulturze politycznej. Dlatego również współcześnie spór pomiędzy Marine Le Pen a Brunonem Retailleau nie jest prostym konfliktem między prawicą i lewicą. Jest sporem między dwiema różnymi szkołami myślenia o państwie.

Dla Retailleau państwo powinno być silne tam, gdzie chodzi o bezpieczeństwo, wymiar sprawiedliwości czy kontrolę granic. W gospodarce jego rola powinna być jednak bardziej ograniczona. Lider Republikanów znacznie częściej odwołuje się do odpowiedzialności finansów publicznych, przedsiębiorczości i pracy niż do rozbudowy kolejnych programów społecznych.

Marine Le Pen proponuje coś innego. Jej państwo również ma być silne, ale także aktywnie chronić obywateli przed skutkami globalizacji, konkurencji międzynarodowej i kryzysów gospodarczych. W jej wizji państwo nie tylko pilnuje granic, lecz również bierze odpowiedzialność za poziom życia Francuzów, bezpieczeństwo socjalne i utrzymanie krajowego przemysłu.

To właśnie ta różnica sprawia, że część polityków Republikanów uważa Zjednoczenie Narodowe za ugrupowanie bliższe tradycji państwa opiekuńczego niż klasycznej prawicy liberalnej.

Jednocześnie warto zauważyć, że taki opis nie oznacza, iż Marine Le Pen jest politykiem lewicy. W kwestiach migracji, bezpieczeństwa, tożsamości narodowej czy integracji europejskiej jej stanowiska pozostają wyraźnie prawicowe. Francuska polityka od dawna pokazuje jednak, że poglądy gospodarcze i kulturowe nie zawsze układają się według prostego podziału na prawicę i lewicę.

To właśnie dlatego francuska kampania prezydencka bywa tak trudna do zrozumienia dla zagranicznych obserwatorów. Partie konkurują ze sobą nie tylko o to, kto lepiej ochroni granice lub obniży podatki. Spierają się również o to, czym w ogóle jest prawica i czy można jednocześnie opowiadać się za silnym państwem, wysokim poziomem ochrony socjalnej i konserwatywną wizją narodu.

Ten spór nie rozpoczął się wraz z Marine Le Pen. Ona jedynie nadała mu nową skalę i uczyniła z niego jeden z głównych tematów współczesnej francuskiej polityki.

Francja nigdy nie pokochała liberalizmu gospodarczego

Aby zrozumieć, dlaczego część francuskiej prawicy uważa Marine Le Pen za polityka o poglądach socjalnych, trzeba najpierw porzucić jeden z najbardziej rozpowszechnionych stereotypów dotyczących francuskiej polityki. W Polsce często zakłada się, że podział na prawicę i lewicę wygląda we Francji podobnie jak w krajach anglosaskich: prawica oznacza wolny rynek i ograniczone państwo, lewica – większą redystrybucję i rozbudowane świadczenia społeczne.

Francja nigdy nie rozwijała się według takiego schematu. Silne państwo jest tam znacznie starsze niż współczesny podział na prawicę i lewicę. Przez stulecia było ono traktowane nie jako zagrożenie dla wolności gospodarczej, lecz jako podstawowy instrument budowy potęgi kraju.

Korzenie tego sposobu myślenia sięgają XVII wieku i działalności Jeana-Baptiste’a Colberta, ministra finansów Ludwika XIV. Nie stworzył on od podstaw nowej doktryny ekonomicznej, lecz nadał trwały kształt francuskiemu przekonaniu, że bogactwo państwa wymaga aktywnej polityki publicznej: ochrony krajowej produkcji, wspierania przemysłu, rozwoju eksportu i silnej administracji. Z czasem ten sposób prowadzenia polityki gospodarczej zaczęto określać mianem kolbertyzmu, będącego francuską odmianą merkantylizmu.

Od tego czasu we francuskiej kulturze politycznej utrwaliło się przekonanie, że gospodarka nie jest wyłącznie sumą prywatnych decyzji przedsiębiorców. Jest również narzędziem służącym sile państwa, jego niezależności i pozycji międzynarodowej.

Ta tradycja nie zniknęła wraz z rewolucją francuską, narodzinami republiki ani rozwojem kapitalizmu. Przeciwnie – odradzała się w kolejnych epokach pod różnymi nazwami. Najbardziej widoczne było to po II wojnie światowej.

Charles de Gaulle nie uważał państwa za przeszkodę dla rozwoju gospodarczego. Traktował je jako jego organizatora. Francja miała być krajem nowoczesnym, przemysłowym i niezależnym od wielkich mocarstw, a osiągnięcie tego celu wymagało aktywnej polityki państwa: planowania strategicznych inwestycji, rozwoju energetyki jądrowej, przemysłu lotniczego, kolei dużych prędkości czy nowoczesnych technologii. Gaullizm nie był klasyczną doktryną ekonomiczną, lecz jednym z jego trwałych elementów pozostało przekonanie o potrzebie interwencji państwa w gospodarkę oraz odpowiedzialności państwa za sprawiedliwość społeczną i rozwój narodowy.

Dlatego dla wielu Francuzów silne państwo nigdy nie było synonimem lewicy. Mogło być równie dobrze projektem prawicy.

To właśnie odróżnia Francję od wielu innych demokracji zachodnich. W Wielkiej Brytanii dziedzictwo Margaret Thatcher uczyniło liberalizację rynku jednym z głównych wyznaczników nowoczesnej prawicy. W Stanach Zjednoczonych podobną rolę odegrała reaganowska wiara w ograniczenie roli państwa.

We Francji nawet politycy określający się jako gaulliści przez dziesięciolecia bronili aktywnej obecności państwa w gospodarce. Różnili się przede wszystkim odpowiedzią na pytanie, jak daleko ta obecność powinna sięgać, a nie tym, czy w ogóle jest potrzebna.

To właśnie dlatego zdanie, które z polskiej perspektywy może wydawać się zaskakujące, bardzo dobrze oddaje francuską debatę publiczną: we Francji od dziesięcioleci trwa spór nie o to, czy państwo powinno być silne; trwa spór o to, jak silne powinno być.

W tym miejscu pojawia się Marine Le Pen. Jej program gospodarczy nie wyrósł z tradycji liberalnej prawicy. Znacznie częściej odwołuje się do przekonania, że państwo powinno chronić obywateli przed skutkami globalizacji, wspierać krajowy przemysł, ograniczać skutki konkurencji międzynarodowej oraz utrzymywać rozbudowany system zabezpieczenia społecznego.

Nie oznacza to oczywiście, że program Zjednoczenia Narodowego pozostał niezmienny. W ostatnich kilkunastu latach przeszedł wyraźną ewolucję. Po odejściu od projektu wyjścia ze strefy euro i porzuceniu części najbardziej kosztownych obietnic gospodarczych partia Marine Le Pen zaczęła stopniowo łagodzić swój wizerunek wobec przedsiębiorców i środowisk biznesowych. Pod wpływem Jordana Bardelli widać nawet większą otwartość na język odpowiedzialności fiskalnej i dialog z gospodarką rynkową. Wielu analityków zwraca jednak uwagę, że mimo tych zmian RN nadal pozostaje ugrupowaniem łączącym konserwatyzm kulturowy z silnym interwencjonizmem państwowym i protekcjonizmem gospodarczym.

To właśnie ten element programu ma na myśli Bruno Retailleau. Gdy nazywa Marine Le Pen „socjalistką”, nie twierdzi, że reprezentuje ona francuską lewicę. Chce raczej przekonać wyborców, że Zjednoczenie Narodowe zachowało typowo francuską wiarę w państwo jako głównego organizatora życia gospodarczego i społecznego, podczas gdy on sam proponuje prawicę bardziej odpowiedzialną budżetowo, bardziej przyjazną przedsiębiorczości i mniej skłonną do powierzania państwu kolejnych zadań.

Dopiero na tym tle można zrozumieć, dlaczego spór między Marine Le Pen a Brunonem Retailleau nie dotyczy wyłącznie kampanii wyborczej. Jest kolejnym rozdziałem dyskusji, która trwa we Francji od kilku stuleci i która w każdej epoce powraca pod innymi nazwami, ale wokół tego samego pytania: gdzie kończy się rola rynku, a gdzie zaczyna odpowiedzialność państwa za los narodu.

Marine Le Pen i dwie tradycje francuskiej prawicy

Jednym z największych nieporozumień dotyczących programu Marine Le Pen jest przekonanie, że skoro reprezentuje narodową prawicę, to musi jednocześnie opowiadać się za ograniczeniem roli państwa w gospodarce. W rzeczywistości od wielu lat proponuje rozwiązania, które w wielu aspektach prowadzą do odwrotnego wniosku.

Jej projekt polityczny nie wyrasta z przekonania, że państwo powinno wycofywać się z życia gospodarczego. Przeciwnie – zakłada, że w świecie globalizacji, rosnącej konkurencji międzynarodowej i niestabilności geopolitycznej to właśnie państwo powinno ponownie stać się głównym gwarantem bezpieczeństwa ekonomicznego obywateli.

W tym sensie Marine Le Pen proponuje Francuzom swoistą umowę społeczną. Państwo ma skuteczniej kontrolować granice. Ma ograniczyć nielegalną migrację. Ma chronić krajowy przemysł. Ma wspierać francuskie rolnictwo. Ma zapewniać bezpieczeństwo energetyczne. Ma bronić siły nabywczej rodzin. Ma przeciwdziałać przenoszeniu produkcji poza Francję. Ma utrzymywać rozbudowane mechanizmy ochrony społecznej dla obywateli francuskich.

Poszczególne propozycje można oczywiście oceniać bardzo różnie. Jedni ekonomiści uznają je za kosztowne i trudne do sfinansowania, inni wskazują, że część z nich odpowiada na realne problemy francuskiego przemysłu i klasy średniej. Niezależnie od tej oceny trudno jednak odmówić im pewnej logiki.

Marine Le Pen nie proponuje państwa większego dla samego powiększania administracji. Proponuje państwo bardziej obecne. To subtelna, ale bardzo istotna różnica. Jej zdaniem rynek nie rozwiąże sam problemów związanych z deindustrializacją, presją konkurencji z Azji, kryzysem energetycznym czy utratą miejsc pracy. Dlatego państwo powinno ponownie przejąć część odpowiedzialności za kierunek rozwoju gospodarczego kraju.

Właśnie tutaj zaczyna się zasadniczy spór z Brunonem Retailleau.

Dlaczego Bruno Retailleau zarzuca Marine Le Pen socjalizm?

Lider Republikanów nie kwestionuje potrzeby silnego państwa jako strażnika bezpieczeństwa, prawa i granic. Uważa jednak, że państwo nie powinno zastępować społeczeństwa, przedsiębiorców ani rynku tam, gdzie są oni w stanie działać skuteczniej. W jego ocenie Francja od wielu lat cierpi z powodu nadmiernych wydatków publicznych, zbyt wysokich obciążeń fiskalnych oraz rozbudowanego systemu świadczeń, który osłabił motywację do pracy i pogłębił zadłużenie państwa.

Dlatego właśnie przypomina, że Zjednoczenie Narodowe sprzeciwiało się reformie ubezpieczenia od bezrobocia czy obowiązkowi aktywności osób korzystających ze świadczenia RSA. Dla Retailleau są to dowody na to, że Marine Le Pen nadal postrzega państwo przede wszystkim jako instytucję redystrybucji.

To jednak tylko jedna strona sporu. Druga dotyczy samego znaczenia słowa „socjalizm”. W debacie francuskiej termin ten bardzo często nie oznacza wyłącznie programu dawnej Partii Socjalistycznej. Bywa używany szerzej – jako określenie modelu, w którym państwo bierze na siebie coraz więcej obowiązków gospodarczych i społecznych, zwiększa wydatki publiczne oraz staje się głównym gwarantem bezpieczeństwa ekonomicznego obywateli.

W tym właśnie sensie Bruno Retailleau używa tego pojęcia wobec Marine Le Pen. Nie twierdzi, że chce ona prowadzić politykę identyczną z dawnymi rządami socjalistów François Mitterranda czy François Hollande’a. Przekonuje natomiast, że jej odpowiedzią na większość problemów Francji pozostaje większa aktywność państwa, podczas gdy on sam uważa, że kraj potrzebuje przede wszystkim odbudowy przedsiębiorczości, inwestycji prywatnych oraz odpowiedzialności finansów publicznych.

To pokazuje, jak bardzo francuska debata różni się od tej prowadzonej w wielu innych państwach Europy. Marine Le Pen i Bruno Retailleau zgadzają się w wielu kwestiach dotyczących bezpieczeństwa, migracji czy znaczenia państwa narodowego. Dzieli ich jednak odpowiedź na pytanie, kto ma ponosić główną odpowiedzialność za dobrobyt Francuzów. Dla liderki Zjednoczenia Narodowego odpowiedź brzmi: przede wszystkim państwo. Dla przewodniczącego Republikanów: przede wszystkim społeczeństwo, przedsiębiorcy i pracujący obywatele, wspierani przez państwo, ale nie zastępowani przez nie.

Na tym polega jeden z najważniejszych sporów współczesnej francuskiej prawicy. I właśnie dlatego Bruno Retailleau uważa, że Marine Le Pen reprezentuje nie tyle inną prawicę, ile zupełnie inną filozofię państwa.

Ta różnica ma ogromne znaczenie dla wyborów prezydenckich w 2027 roku. Po raz pierwszy od wielu lat francuscy wyborcy prawicy mogą stanąć przed wyborem nie pomiędzy prawicą a lewicą, lecz pomiędzy dwoma odmiennymi modelami prawicy. Jeden z nich stawia na ochronę społeczną i aktywną rolę państwa. Drugi akcentuje odpowiedzialność budżetową, przedsiębiorczość oraz ograniczenie interwencji państwa tam, gdzie nie jest ona konieczna.

To właśnie ten spór może okazać się jednym z najważniejszych tematów kampanii prowadzącej do Pałacu Elizejskiego.

Francuska prawica od dawna toczy spór sama ze sobą

Patrząc z zagranicy, można odnieść wrażenie, że francuska scena polityczna jest wyjątkowo skomplikowana. Partie, które w innych krajach Europy znalazłyby się po przeciwnych stronach politycznego sporu, we Francji często zgadzają się w jednych sprawach, a zdecydowanie różnią w innych.

Marine Le Pen i Bruno Retailleau są tego dobrym przykładem. Oboje opowiadają się za ograniczeniem nielegalnej migracji, silniejszą kontrolą granic, większym znaczeniem państwa narodowego oraz bardziej zdecydowaną polityką bezpieczeństwa. Trudno byłoby jednak uznać, że reprezentują tę samą wizję gospodarki. Nie oznacza to jednak, że jedno z nich jest „bardziej prawicowe”, a drugie „mniej prawicowe”. Oznacza raczej, że współczesna francuska prawica składa się z kilku odmiennych tradycji politycznych, które przez dziesięciolecia rozwijały się równolegle.

Pierwsza wyrasta z gaullizmu i akcentuje znaczenie państwa jako strażnika suwerenności, organizatora rozwoju gospodarczego i gwaranta spójności narodowej. Druga czerpie z tradycji liberalno-konserwatywnej, większy nacisk kładąc na przedsiębiorczość, odpowiedzialność finansów publicznych i ograniczenie interwencji państwa tam, gdzie może działać społeczeństwo oraz rynek. Trzecia, reprezentowana dziś przede wszystkim przez Marine Le Pen, łączy konserwatyzm w sprawach tożsamości i bezpieczeństwa z przekonaniem, że państwo powinno aktywnie chronić obywateli przed skutkami globalizacji, konkurencji międzynarodowej i deindustrializacji.

To właśnie na styku tych tradycji rozgrywa się kampania prezydencka przed wyborami w 2027 roku.

Bruno Retailleau nie próbuje przekonać Francuzów, że Marine Le Pen nie jest politykiem prawicy. Stara się natomiast wykazać, że jej odpowiedź na problemy gospodarcze Francji prowadzi do dalszego wzmacniania roli państwa, podczas gdy on proponuje większą odpowiedzialność finansową i większą rolę przedsiębiorczości.

Marine Le Pen odpowiada z kolei, że w świecie coraz silniejszej konkurencji gospodarczej, napięć geopolitycznych i przemian przemysłowych państwo nie może wycofać się z odpowiedzialności za bezpieczeństwo ekonomiczne obywateli. W jej przekonaniu właśnie aktywna polityka publiczna ma chronić francuskie miejsca pracy, krajowy przemysł i siłę nabywczą rodzin.

W tym sensie spór między nimi nie dotyczy wyłącznie wyborów prezydenckich. Jest kolejną odsłoną debaty, która od pokoleń towarzyszy francuskiej polityce i która prawdopodobnie będzie powracać niezależnie od tego, kto zamieszka w Pałacu Elizejskim po wyborach w 2027 roku.

Dlaczego ten spór będzie ważny także po wyborach 2027

Dla zagranicznych obserwatorów może to być zaskakujące, ale właśnie ta wielowarstwowość sprawia, że francuska polityka wymyka się prostym kategoriom. Partie nie definiują się wyłącznie przez stosunek do podatków czy wydatków publicznych. Równie ważne pozostają pytania o rolę państwa, znaczenie narodu, miejsce Francji w Europie oraz zakres odpowiedzialności wspólnoty za los obywateli.

Dlatego określenie Marine Le Pen mianem „socjalistki”, którego używa Bruno Retailleau, nie jest wyłącznie kampanijną złośliwością. To skrót myślowy odwołujący się do wieloletniego sporu o to, jaką rolę powinno odgrywać państwo w życiu gospodarczym i społecznym Francji.

Zrozumienie tego sporu pozwala lepiej zrozumieć nie tylko samą Marine Le Pen czy Brunona Retailleau. Pozwala zrozumieć, dlaczego francuskie wybory prezydenckie tak często zaskakują zagranicznych komentatorów i dlaczego pojęcia „prawica” i „lewica” nad Sekwaną znaczą coś znacznie bardziej złożonego niż w wielu innych krajach Europy.

Arkadiusz Jordan
Paryż

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 13 lipca 2026