Mario Draghi ostrzega przed przemysłową kapitulacją Europy

Mario Draghi ponownie ostrzega przed gospodarczym osuwaniem się Europy, a powołany przez niego Rhine Group ma wywrzeć presję na szybsze wdrażanie reform. Bruno Alomar przekonuje na łamach „Le Figaro”, że nadmiar unijnych regulacji uderza w przemysł, energetykę i technologie cyfrowe, lecz prawdziwy problem jest szerszy: Unia wyznacza ambitne cele, nie zapewniając firmom energii, kapitału, infrastruktury i czasu potrzebnych do ich realizacji.
.Europejska gospodarka nie przegrywa jednego wyścigu, lecz kilka równocześnie, ponieważ musi zmierzyć się z droższą energią, słabszą skalą inwestycji, technologiczną zależnością od Stanów Zjednoczonych i Azji, a także z regulacjami, których koszty narastają szybciej niż zdolność przedsiębiorstw do ich wdrażania. Problem nie polega jednak na prostym wyborze między prawem a wolnym rynkiem, gdyż wspólny rynek bez reguł nie mógłby działać, zaś przemysł pozbawiony standardów środowiskowych i społecznych przerzucałby część swoich kosztów na obywateli. Pytanie dotyczy raczej jakości, kolejności i wykonalności przepisów, a więc tego, czy Unia Europejska potrafi odróżnić regulację tworzącą przewagę od regulacji, która pozostaje polityczną deklaracją bez gospodarczej podstawy.
Do tego właśnie sporu wraca Bruno Alomar w opinii opublikowanej na łamach najważniejszego dziś francuskiego dziennika „Le Figaro”, przedstawiając powołany pod koniec sierpnia Rhine Group jako kolejną próbę wymuszenia realizacji diagnozy sformułowanej przez Maria Draghiego. Francuski autor, były wysoki urzędnik Komisji Europejskiej, przywołuje przemysł, energetykę oraz sektor cyfrowy jako trzy obszary, w których ambicja normotwórcza Unii rozmija się jego zdaniem z rezultatami. Jego zasadnicza teza jest mocna: Europa nie odzyska konkurencyjności, jeżeli będzie mierzyła skuteczność liczbą uchwalonych aktów prawnych, zamiast liczbą inwestycji, nowych fabryk, patentów wdrożonych do produkcji i miejsc pracy o wysokiej wartości dodanej.
Raport Draghiego przestał być ostrzeżeniem na przyszłość
Raport przedstawiony przez Maria Draghiego 9 września 2024 r. uporządkował problemy znane od lat, wskazując na spowolnienie produktywności, wysokie ceny energii, rozdrobniony rynek kapitałowy, niedostateczne inwestycje oraz słabnącą pozycję Europy w technologiach przełomowych. Na łamach „Wszystko co Najważniejsze” Michał KŁOSOWSKI pisał wówczas, że Europa budzi się przerażona, ponieważ świat oddala się od niej szybciej, niż europejskie elity były gotowe przyznać. Andrzej KRAJEWSKI określał natomiast dokument jako ostatni dzwonek Draghiego, trafnie zauważając, że sama diagnoza nie pomoże pacjentowi, jeżeli ten odmówi przyjęcia lekarstwa.
Dwa lata później najważniejszym kryterium oceny nie jest już intelektualna jakość raportu, lecz tempo jego przekładania na decyzje. Komisja Europejska włączyła część diagnoz Draghiego do Kompasu konkurencyjności, Czystego Ładu Przemysłowego i pakietów upraszczających obowiązki sprawozdawcze, jednak przedsiębiorcy podejmują decyzje w realnym czasie, podczas gdy europejski proces legislacyjny działa w rytmie wieloletnich negocjacji. Jeżeli budowa zakładu, przyłączenie go do sieci i uzyskanie potrzebnych zezwoleń trwają dłużej niż cykl technologiczny, nawet trafna strategia może dotrzeć do gospodarki dopiero wtedy, gdy rynek zostanie już podzielony.
Rhine Group, skupiający liderów biznesu, ekonomistów, naukowców i byłych decydentów, ma w tym sensie znaczenie większe niż kolejny think tank publikujący raporty. Jego powstanie jest sygnałem, że Draghi nie uważa dotychczasowego tempa zmian za wystarczające i chce budować presję na instytucje europejskie również spoza ich formalnej struktury. Alomar na łamach „Le Figaro” interpretuje tę inicjatywę przede wszystkim jako reakcję na regulacyjną bezwładność, ale jej właściwą stawką pozostaje odbudowa zdolności Europy do przekładania wiedzy, kapitału oraz politycznych deklaracji na przemysłową skalę.
Motoryzacja pokazuje cenę źle zsynchronizowanej transformacji
Europejska motoryzacja zapewnia bezpośrednio i pośrednio miliony miejsc pracy, utrzymuje rozbudowany ekosystem dostawców oraz finansuje znaczną część prywatnych badań i rozwoju, dlatego jej kryzys nie może być traktowany jak zwykła zmiana jednego produktu na inny. Elektryfikacja transportu jest procesem globalnym, a odkładanie inwestycji w nowe napędy nie ochroniłoby Europy przed konkurencją chińskich producentów, którzy zdobyli przewagę w bateriach, oprogramowaniu i łańcuchach dostaw. Jednocześnie wyznaczenie celu bez zapewnienia taniej energii, infrastruktury ładowania, dostępu do surowców oraz popytu na droższe pojazdy prowadzi do sytuacji, w której europejskie firmy ponoszą koszty transformacji szybciej, niż mogą czerpać z niej przychody.
Bruno Alomar wskazuje w „Le Figaro” na ograniczone korekty dotyczące przyszłości silników spalinowych i zestawia je z redukcjami zatrudnienia w niemieckim przemyśle samochodowym. Nie wynika z tego, że każdy standard emisji jest błędem ani że Europa powinna porzucić cele klimatyczne, lecz że polityka przemysłowa, energetyczna, handlowa i klimatyczna nie mogą być tworzone w osobnych silosach. Kiedy wymagania narastają, a sieci, moce wytwórcze i instrumenty finansowe nie nadążają, producent otrzymuje harmonogram obowiązków zamiast warunków do inwestowania.
Ten mechanizm dotyczy także chemii, stali, cementu, nawozów i innych branż energochłonnych, w których różnica kilku lub kilkunastu euro w koszcie energii może przesądzić o lokalizacji produkcji. Zamknięcie europejskiej fabryki obniża emisje wykazywane na terytorium Unii, ale niekoniecznie zmniejsza emisje globalne, jeżeli ten sam towar zostanie wytworzony w kraju posługującym się bardziej emisyjną technologią, a następnie przewieziony do Europy. Dlatego realna dekarbonizacja wymaga utrzymania zdolności produkcyjnych i modernizowania ich na miejscu, a nie statystycznego eksportowania przemysłu poza wspólny rynek.
Bez taniej energii nie będzie europejskiej autonomii
Drugim testem opisanym przez Alomara jest bezpieczeństwo energetyczne, ponieważ dostępność energii wyznacza granice każdej polityki przemysłowej. Autor opinii w „Le Figaro” krytykuje antynuklearny wymiar części europejskich wyborów i ostrzega przed skutkami rozporządzenia metanowego dla importu gazu od 2027 r., powołując się na obawy zgłaszane przez państwa członkowskie. Warto przy tym rozdzielić cel od zastosowanych narzędzi: ograniczenie emisji metanu ma silne uzasadnienie klimatyczne, lecz obowiązki wobec importerów muszą opierać się na danych, metodologii i systemach weryfikacji, które są dostępne przed nadejściem terminów prawnych.
Europa potrzebuje zarazem dywersyfikacji dostaw, połączeń transgranicznych, stabilnych źródeł mocy, energetyki jądrowej tam, gdzie wybierają ją państwa członkowskie, odnawialnych źródeł energii oraz magazynów i sieci zdolnych obsłużyć rosnącą elektryfikację. Autonomia nie oznacza całkowitej samowystarczalności, która przy europejskich zasobach byłaby niezwykle kosztowna, ale możliwość podejmowania decyzji bez podatności na szantaż pojedynczego dostawcy. Polityka, która jednocześnie ogranicza kolejne źródła i nie uruchamia ich zamienników w odpowiedniej skali, zamienia bezpieczeństwo energetyczne w hasło.
Spór o energię dobrze pokazuje, dlaczego deregulacja rozumiana jako mechaniczne wykreślanie przepisów byłaby odpowiedzią zbyt prostą. Przedsiębiorstwa potrzebują nie tylko mniejszej liczby obowiązków, ale przede wszystkim stabilności, przewidywalnych cen, szybkich decyzji administracyjnych i pewności, że reguły nie zostaną ponownie zmienione w połowie inwestycji. Dobra regulacja skraca horyzont niepewności, zła natomiast mnoży raporty, wyjątki i akty wykonawcze, nie rozwiązując problemu, dla którego została uchwalona.
Europa reguluje technologie, których nie potrafi skalować
Trzecim polem próby pozostaje gospodarka cyfrowa, w której Unia potrafi ustalać globalne standardy, ale ma trudność z budowaniem przedsiębiorstw zdolnych wykorzystać je na światowych rynkach. Alomar pyta w „Le Figaro” o los celów European Chips Act i przypomina strategię lizbońską z 2000 r., która miała uczynić Europę najbardziej konkurencyjną gospodarką opartą na wiedzy. Te przykłady są dotkliwe, ponieważ odsłaniają powtarzalny europejski schemat: ambitny cel, rozbudowany język polityczny, niepełne finansowanie, rozproszone wykonanie i słaba odpowiedzialność za rezultat.
Prof. Michał KLEIBER wskazywał na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, że przeregulowanie, zbyt niskie nakłady na badania i rozwój oraz trudności z wdrażaniem wynalazków ograniczają europejskie szanse w rywalizacji high-tech. Olivier BACCUZAT ujmował tę samą różnicę jeszcze ostrzej w tekście „Sztuczna inteligencja. Mario Draghi o niej mówił, a Donald Trump ją robi”, zestawiając europejską skłonność do tworzenia ram prawnych z amerykańską mobilizacją prywatnego kapitału. Nie chodzi o kopiowanie modelu amerykańskiego ani chińskiego, ale o uznanie, że suwerenność technologiczna bez firm, infrastruktury obliczeniowej, energii i kapitału pozostaje suwerennością zapisaną na papierze.
Równie ważny jest jednak kontrargument, którego w krytyce nadmiaru norm nie wolno pomijać. Europejskie przepisy dotyczące bezpieczeństwa produktów, konkurencji, prywatności czy odpowiedzialności środowiskowej bywają źródłem zaufania, a dostęp do wspólnego rynku pozwala ich standardom oddziaływać poza granicami Unii. Problem zaczyna się wtedy, gdy prawodawca ocenia regulację głównie przez pryzmat deklarowanego celu, nie mierząc łącznych kosztów wielu nakładających się reżimów ani ich wpływu na najmniejsze i najbardziej innowacyjne firmy.
Polski interes wymaga współtworzenia nowych reguł
Z polskiej perspektywy debata nie powinna sprowadzać się do wyboru między bezwarunkowym poparciem Komisji Europejskiej a odrzuceniem wspólnej polityki przemysłowej. Polska potrzebuje jednolitego rynku, funduszy na modernizację, wspólnej siły negocjacyjnej oraz standardów chroniących uczciwą konkurencję, lecz potrzebuje również czasu i infrastruktury pozwalających przeprowadzić transformację bez trwałej utraty przewag kosztowych. Szczególne znaczenie mają dla niej ceny energii, rozwój sieci, energetyka jądrowa, dostęp do finansowania i takie zasady pomocy publicznej, które nie utrwalają dominacji państw dysponujących największymi budżetami.
Prof. Marcin PIĄTKOWSKI zwracał uwagę, że raport Draghiego w niedostatecznym stopniu uwzględnił doświadczenia Europy Środkowo-Wschodniej i polski sukces konwergencji. Ten zarzut pozostaje ważny również teraz, ponieważ nowa polityka konkurencyjności nie może być przygotowana wyłącznie z perspektywy przemysłowych centrów Zachodu. Wspólny rynek będzie silniejszy wtedy, gdy wykorzysta zdolności produkcyjne, kadry i potencjał wzrostu całej Unii, zamiast traktować jej wschodnią część jedynie jako zaplecze wykonawcze.
Rhine Group może pomóc w przejściu od diagnozy do egzekwowania rezultatów, pod warunkiem że nie stanie się zamkniętym klubem reprezentującym tylko największe przedsiębiorstwa i najbogatsze gospodarki. Europa potrzebuje przeglądu istniejącego prawa opartego na skutkach, zasady „jedno nowe obciążenie za jedno usunięte”, wiążących terminów pozwoleń, prostszych obowiązków dla mniejszych firm oraz kontroli, czy kolejne przepisy nie przeczą celom polityki przemysłowej. Potrzebuje też odwagi, by wycofywać rozwiązania niewykonalne, zanim ich koszt zostanie zapłacony zamknięciem fabryk.
Diagnoza Bruno Alomara opublikowana w „Le Figaro” jest więc ważnym głosem, ale nie powinna kończyć debaty prostym hasłem, że każda norma zabija przemysł. Europejski problem polega na utracie proporcji między ambicją a zdolnością wykonania, między regulowaniem ryzyka a tworzeniem warunków dla rozwoju oraz między ogłaszaniem autonomii a inwestowaniem w jej materialne podstawy. Mario Draghi ma rację, gdy domaga się działania, ponieważ czas strategiczny Europy płynie dziś szybciej niż czas jej instytucji.
Sebastian Nizio





