Niemcy nie są i nie będą potęgą nuklearną [prof. Carlo MASALA]

Niemcy nie są i nie będą potęgą nuklearną – powiedział prof. Carlo Masala z Uniwersytetu Bundeswehry w Monachium.
Niemcy nie są i nie będą potęgą nuklearną
.W dniu 11 lutego 2026 r. magazyn Politico podał, że wycofanie amerykańskich sił z Europy może mieć mniejszy wymiar niż się obawiano i dotyczyć jedynie części sił rotacyjnych. Tymczasem, zgodnie z zapowiedzią kanclerza Friedricha Merza z 2025 r. o budowie „najsilniejszej armii konwencjonalnej” w Europie w obliczu rosyjskiego zagrożenia i słabnącego zaangażowania USA, rosną wydatki obronne Niemiec.
W 2025 roku niemiecki budżet wojskowy zajmował czwarte miejsce na świecie, a do 2029 roku według Reutera do armii popłynie rocznie nawet 162 mld euro, czyli ponad dwukrotnie więcej niż w 2025 roku. Liana Fix na łamach Foreign Affairs zwróciła 6 lutego uwagę, że remilitaryzacja Niemiec może budzić niepokój sąsiadów. „Niepowstrzymywana militarna dominacja Berlina w Europie może ostatecznie doprowadzić do podziałów, rywalizacji i rozdrobnienia siły militarnej Starego Kontynentu” – napisała Liana Fix.
Jednak według Carla Masali, profesora ds. polityki bezpieczeństwa i obrony na Uniwersytecie Bundeswehry w Monachium i uczestnika rozpoczynającej się w dniu 11 lutego 2026 r. Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, obawy dotyczące remilitaryzacji Niemiec są „śmieszne”. Jak tłumaczył, „nie można być europejskim hegemonem wojskowym bez broni nuklearnej”.
– A my nie będziemy jej mieć. Niemcy nie mają zamiaru kupić czy wyprodukować broni jądrowej, bo trzymają się traktatów – podkreślił Carla Masala i przypomniał zapisy Traktatu Dwa Plus Cztery z 1990 r., którego podpisanie otworzyło drogę do zjednoczenia Niemiec. Traktat ten nałożył na niemiecką armię ograniczenia zakazując Berlinowi m.in. posiadania broni jądrowej, biologicznej i chemicznej.
Niemiecka armia nie może przekraczać 370 tys. żołnierzy
.Niemcy rozmawiają jedynie z kilkoma europejskimi krajami, przede wszystkim z Francją (która obok USA, Rosji, Chin i Wielkiej Brytanii posiada broń jądrową – przyp. red.) o tym „jak rozszerzyć francuskie odstraszanie nuklearne na resztę Europy” – zauważył ekspert.
Porozumienie z 1990 roku umożliwiające zjednoczenie nałożyło również ograniczenia na liczebność niemieckiej armii. Zgodnie z zapisami traktatu Bundeswehra nie może przekraczać 370 tys. żołnierzy. Według Carlo Masali właśnie z powodu tych zapisów niemiecka armia konwencjonalna ma według obecnych planów liczyć 260 tys. żołnierzy. – Będziemy więc prawdopodobnie mieć bardzo nowoczesną, konwencjonalną armię, ale Polacy też tworzą taką armię. Przypominam, że polskie wydatki na obronę w ostatnich latach sięgały 5 proc. PKB, a my wciąż wydajemy 2,4 proc. – zauważył Carlo Masala.
Według danych przekazanych portalowi defence24 przez polski MON w styczniu 2026 r. armia zawodowa liczy około 162 tys. osób, w tym około 155,5 tys. żołnierzy zawodowych i 6,5 tys. żołnierzy zawodowych w trakcie kształcenia. Istnieją jednak ambitne plany powiększenia liczebności armii. Sztab Generalny Wojska Polskiego zapowiada, że do 2039 r. polskie siły zbrojne mają liczyć 500 tys. żołnierzy, w tym 200 tys. rezerwistów.
Carlo Masala zapewnił także, że Niemcy większość inicjatyw w zakresie zamówień wojskowych podejmują w dwu lub wielostronnym trybie, co jego zdaniem powinno łagodzić nieufność wobec niemieckich planów wzmocnienia armii. Obawy z nimi związane Carlo Masala dostrzegł jedynie w Polsce i Francji.
– Większość krajów Europy Środkowej i Wschodniej domaga się silniejszej roli militarnej Niemiec. Zgadzają się z tym Włosi i Hiszpanie. Obawy mają tylko Polacy i Francuzi, co oczywiście rozumiem z historycznego punktu widzenia – przyznał Carlo Masala.
Niemcy nie najadą ponownie Polski
.Zapytany o możliwość dojścia do władzy w Niemczech przyjaźnie nastawionej do Rosji, partii AfD, której politycy zamieszczają w mediach społecznościowych treści rewizjonistyczne wobec polskich terytoriów, Carlo Masala odparł, że „dostrzega ryzyko”.
– To koszmarny scenariusz także dla Niemiec, ale nie możemy czekać od wyborów, no bo jaka jest alternatywa? Nie robić nic, kiedy Europie zagraża Rosja, a Ameryka odwraca się do nas plecami – ocenił ekspert. Dodał, że bez silnych Niemiec Europa nie będzie w stanie odstraszyć Rosji.
Zauważył przy tym, że istnieją także inne groźne scenariusze wyborcze w Europie, np. wygrana w wyborach prezydenckich we Francji polityka z kręgu przyjaznej Rosji Marine Le Pen. Na uwagę, że Francja nie najechała Polski, tak jak hitlerowskie Niemcy, Carlo Masala odpowiedział pytaniem o to, czy Polacy „rzeczywiście wierzą, że Niemcy znów mogłyby ich najechać”.
W jego opinii zaniepokojeni niemiecką remilitaryzacją mieszkańcy Europy muszą zdecydować, czy chcą „słabych Niemiec, które nie będą w stanie odstraszyć Rosji, czy silniejszych Niemiec, w pełni osadzonych w europejskiej strukturze integracyjnej, dzięki czemu będzie można odstraszyć Rosję”. Dodał, że Europa potrzebuje także silnej militarnie Polski i pozostałych krajów Europy, „aby sprostać czekającym nas wyzwaniom”.
W czerwcu 2025 roku kanclerz Niemiec obiecał budowę najsilniejszej konwencjonalnej armii na Starym Kontynencie. Podkreślił, że powinno to wynikać z faktu, iż Niemcy są najludniejszym i ekonomicznie najsilniejszym krajem Europy, zaś przyjaciele i partnerzy Niemiec „oczekują tego, a nawet tego żądają”.
Powrót niemieckiej siły [Mateusz MORAWIECKI]
.Jeśli Niemcy rzeczywiście przeznaczą 5 proc. swojego PKB na zbrojenia, będzie to nie tylko największy wysiłek od czasów zimnej wojny, ale i punkt zwrotny dla układu sił w Europie – pisze Mateusz MORAWIECKI.
Ostatnio polska dyskusja o Niemczech toczy się pod wpływem dwóch zjawisk: intensywnego przerzucania przez niemiecką policję nielegalnych imigrantów na teren Polski oraz słusznie oburzającego polską opinię publiczną tzw. upamiętnienia w Berlinie polskich ofiar wojny. W obu tych sprawach obecny polski rząd całkowicie skapitulował. Żeby jednak lepiej zrozumieć to, co dzieje się w Niemczech, warto sięgnąć do książki Kaput Wolfganga Münchaua. To przenikliwa diagnoza rozpadu niemieckiego modelu gospodarczego. Autor trafnie punktuje iluzje, na których opierała się niemiecka potęga: tania energia z Rosji, eksport do Chin, tradycyjny przemysł, dogmatyczny fiskalizm. Wszystkie te refleksje są ważne. Ale czy nie przychodzą zbyt późno – w momencie, gdy Niemcy już realizują nowy plan gospodarczy?
Gdy czytałem analizę Münchaua, towarzyszyła mi pewna myśl – skądinąd także zakorzeniona w niemieckiej tradycji intelektualnej. „Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu” – pisał Hegel. Mądrość przychodzi po fakcie, dopiero wtedy, gdy zjawisko, nad którym się zastanawiamy, dobiega końca. Mam wrażenie, że tak jest z Kaput. Książka ta trafnie opisuje świat, który właśnie odchodzi w przeszłość. Tymczasem na naszych oczach zaczyna się coś nowego: przebudzenie przemysłowe Niemiec, a wraz z nim – co jeszcze ważniejsze – przebudzenie militarne. Berlin wychodzi z dekad zbrojeniowego minimalizmu i szykuje się do roli realnej siły. Tym razem to nie są symboliczne gesty ani zagrywki wizerunkowe – lecz systemowa zmiana, którą trzeba śledzić uważnie. I rozumieć, zanim znów będzie za późno.
Wojna na Ukrainie zmusiła europejskie rządy do głębokiej refleksji nad ich zdolnościami obronnymi. Coraz mocniej się zbroimy, próbując jak najszybciej odrobić zaniedbania minionych kilku dekad. Samo postrzeganie kwestii militarnej uległo znaczącej zmianie – dziś panuje dużo większa zgoda społeczna, aby państwa zwiększały swój potencjał obronny. Łatwiej nam zrozumieć, że w obliczu ogromnego zagrożenia, jakie stanowią Rosja oraz Chiny, inwestowanie w przemysł zbrojeniowy i wojsko stanowi jedyny możliwy mechanizm odparcia agresji. Nawet społeczeństwa przez lata uważające się za pacyfistyczne prezentują otwarcie zmianę kierunku. W takiej sytuacji najmniejsze drgania mogą wywołać lawinę zmian, podważając fundamenty wzajemnego zaufania.
Pomimo swojej początkowej bierności po wybuchu wojny na Ukrainie, pomimo haniebnego oczekiwania na upadek Kijowa i powrót do „business as usual” obecnie taką właśnie strategię przyjęła niemiecka elita, podejmując kroki zmierzające do odbudowania armii, a przez to znacznego zwiększenia swojej pozycji w Europie i w strukturach sojuszu NATO. Po II wojnie światowej, starając się wyraźnie odciąć od swojej zbrodniczej przeszłości, nasi zachodni sąsiedzi przedstawiali się jako kraj o pacyfistycznym nastawieniu, co miało na celu odbudowę międzynarodowego wizerunku, który nie polega już na zbrojeniach i wzmacnianiu siły niemieckiej armii. Ten stan rzeczy ulega jednak bardzo istotnej zmianie. Ostatnie badania wskazują, że aż 76 proc. Niemców opowiada się za zwiększeniem finansowania Bundeswehry i wzrostem wydatków na obronność. Częściowo wynika to z braku wiary w potencjalne wsparcie militarne ze strony USA, na co wskakuje aż 74 proc. badanych. Każdy powód jest dobry. Z drugiej strony obecne realia sprawiły, że Niemcy dostrzegają konieczność utrzymania swojej pozycji, wpływów oraz zwiększenia siły gospodarczej. W obliczu coraz bardziej widocznych problemów niemieckiego przemysłu samochodowego w niemieckiej klasie politycznej i w niemieckim biznesie trwa ożywiona dyskusja nad odbudową potęgi przemysłowej.
Tezy Kaput o upadku niemieckiego modelu rozwoju mocno rezonują w polskiej debacie. Ale nie dajmy się zwieść przekonaniu, że mimo swoich trudności nasi zachodni sąsiedzi to państwo słabe lub tracące zdolność do walki o swoje interesy. Niemcy nadal należą bowiem do grona najpotężniejszych graczy na scenie polityki europejskiej i światowej, nawet jeśli obecna kondycja ich armii jest skutkiem wieloletnich zaniedbań. Dziś jednak z determinacją podejmują wysiłki, by jak najszybciej odwrócić negatywne skutki przeszłości.
Początkowo, poniekąd z przymusu, Niemcy przyjęły teorię Fukuyamy o końcu historii, konsekwentnie rozbrajając swoją armię od końca zimnej wojny. Korzystały z renty pokojowej i znaczną część swojego budżetu przekierowały na wzmocnienie modelu państwa dobrobytu. Jednocześnie zmniejszane były środki finansowe przeznaczone na utrzymanie i modernizację wojska. Doprowadziło to do znacznego wieloobszarowego osłabienia Bundeswehry. Dziś szacuje się, że liczba żołnierzy w niemieckiej armii oscyluje w okolicach 180 tysięcy, podczas gdy w 1988 r. liczba żołnierzy w służbie czynnej wynosiła 490 tysięcy.
Warto przypomnieć, że jeszcze w 2014 roku Angela Merkel twierdziła, że Niemcy nie potrzebują większych wydatków na obronność i że zasoby Bundeswehry są wystarczające. Wydatki te wynosiły wówczas ok. 1,3 proc. PKB (ok. 35 mld euro, czyli mniej, niż Polska przeznaczała na zbrojenia w 2023 r.), a strategia Berlina zakładała zmniejszanie liczebności armii przy jednoczesnym jej specjalizowaniu. Nawet budżet na 2020 r. przewidywał tylko nieznaczny wzrost nakładów, a później ich spadek do 1,25 proc. PKB w 2023 r. A wszystko to pomimo ustalonego na szczycie NATO w Walii w 2014 r. celu przeznaczania przynajmniej 2 proc. PKB na obronność. Kulminacją tej bierności była reakcja na wojnę na Ukrainie – Berlin zaproponował Kijowowi symboliczne 5 tys. hełmów i oczekiwał na kapitulację Ukrainy. Mamy dziś wiele tego dowodów. Tamten gest pozostanie jedną z największych niemieckich kompromitacji XXI wieku. Sytuację Bundeswehry pogarszały też biurokracja, niesprawny system zamówień i słaba komunikacja wewnętrzna, co razem z wieloma innymi czynnikami doprowadziło armię do stanu dalekiego od gotowości bojowej.
.Przełom w niemieckiej polityce obronnej nastąpił wraz z objęciem teki ministra obrony przez Borisa Pistoriusa z SPD w styczniu 2023 roku. Wbrew krytyce – także wewnątrz własnej partii – zaproponował on reformę Bundeswehry i powrót do obowiązkowej służby wojskowej. Pomysł ten wywołał debatę – m.in. z powodu braków infrastrukturalnych i niechęci młodych Niemców do poboru. Mimo kontrowersji powołano specjalną grupę ds. personalnych, której celem jest zwiększenie liczebności armii – w pierwszym kroku do 203 tys. żołnierzy. Równolegle rosną wydatki na obronność – z 1,37 proc. PKB w 2022 r. do 2 proc. w 2024 r. oraz dzięki funduszowi 100 mld euro utworzonemu jeszcze w 2022 r. W 2024 r. Bundestag zatwierdził 97 kontraktów zbrojeniowych o wartości 45 mld euro, a całkowite wydatki wojskowe Niemiec wyniosły 88,5 mld dolarów – o 28 proc. więcej niż rok wcześniej. To jednak dopiero początek niemieckiej ofensywy zbrojeniowej.
PAP/Anna Gwozdowska/MJ






