Polski dron podwodny F.O.K.A monitoruje jakość wody

Studenci Politechniki Wrocławskiej skonstruowali drona wodnego F.O.K.A służącego do monitorowania jakości wody, w tym – wykrywania stężeń substancji niebezpiecznych dla roślin i zwierząt oraz mapowanie różnic temperatur. Jednostka ma zostać wystawiona w zawodach łodzi autonomicznych w Monako.
Aparatura zainstalowana w dronie pozwala na prowadzenie analiz wody
.Bezzałogowy pojazd nawodny F.O.K.A to autorska konstrukcja studentów z Koła Naukowego Politechniki Wrocławskiej Solar Boat Team. To katamaran, składa się z dwóch sztywno połączonych kadłubów umieszczonych równolegle względem siebie.
Antoni Piałucha z Koła Naukowego PWr Solar Boat Team wskazał, że pomiędzy metrowymi pływakami została umieszczona platforma, a na niej – skrzynia z elektroniką i urządzeniami pomiarowymi. – Wśród nich są m.in. czujnik pH, termometr, czujnik zmętnienia wody, czujnik cząstek stałych oraz czujnik głębokości – wymieniał Piałucha.
Aparatura zainstalowana w dronie pozwala na prowadzenie podstawowych analiz wody – badanie stężeń substancji niebezpiecznych dla roślin i zwierząt czy mapowanie różnic temperatur.
F.O.K.A wazy 15 kilogramów
.Konstrukcja łodzi pozwala na zamontowanie w niej dowolnego wyposażenia. Jak podkreślają studenci, może to być na przykład sonar, umożliwiający mapowanie dna i stworzenie jego trójwymiarowej mapy.
Dronem można sterować autonomicznie przez Wi-Fi lub przy pomocy pilota; możliwa jest rozbudowy systemu o opcję długodystansowego sterowania radiowego – podkreślają twórcy prototypu.
Łódź waży 15 kg i jest zasilana bateriami litowo-jonowych, dzięki którym może pływać przez około pięć godzin. Na platformie można zamontować wyposażenie ważące do 15 kg, a łódź może pociągnąć ładunek o masie 120 kg.
Studenci planują wystawić jednostkę w zawodach łodzi autonomicznych w Monako.
Na realizację projektu F.O.K.A. studenci otrzymali dwa granty Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach programów „Studenckie koła naukowe tworzą innowacje” oraz „Wsparcie studentów w zakresie podniesienia ich kompetencji i umiejętności”.
Narastający problem z rzetelnością publikacji naukowych
.Coraz więcej artykułów ma wyraźne cechy braku badawczej rzetelności, takie jak np. prezentowanie niepotwierdzonych wyników eksperymentów badawczych czy bezkrytyczne włączanie do tekstów fragmentów opracowanych przez AI. Co gorsza, niektóre z prac mają wręcz charakter świadomych naukowych oszustw – pisze prof. Michał KLEIBER.
Dzisiejsza nauka stoi wobec olbrzymich wyzwań związanych z rzetelnością badań i opisujących je publikacji autorstwa badaczy głównie z krajów rozwijających się, ale coraz częściej także z krajów wiodących w nauce.
Głównym powodem tej sytuacji wydaje się fakt, że ogólna liczba publikacji, szczególnie w prestiżowych czasopismach, jest w wielu państwach zasadniczym elementem oceny kompetencji badawczych autorów, decydującym często o całych ich naukowych karierach. Mówimy o rosnącej gospodarczej sile państw takich jak Chiny czy Indie, nie wspominamy jednak zazwyczaj o nacisku tych państw na rozwój nauki, wymagającym zatrudniania wielkiej liczby badaczy i dbałości o atrakcyjność tej profesji. A taka polityka w naturalny sposób wywołuje dużą konkurencyjność pracowników marzących o karierze naukowej, wykorzystujących wszelkie, także nieuczciwe metody do realizacji tych marzeń.
Sytuację pogarsza fakt, iż powyższe wykroczenia nie dotyczą jedynie niektórych pojedynczych artykułów – nieprawidłowości i oszustwa tworzone są bowiem dzisiaj często masowo przez tzw. paper mills (fabryki publikacji). Specjalizują się one w oszustwach publikacyjnych, produkując bez merytorycznych podstaw m.in. całe artykuły udostępniane za pieniądze nieuczciwym badaczom z krajów rozwijających się.
W internecie według wiarygodnych eksperckich ocen istnieje kilkaset stron oferujących oszustwa publikacyjne. W ich ofercie jest np. gwarancja opublikowania artykułu w wybranym przez nich piśmie bez żadnej recenzji, propozycja sprzedaży współautorstwa publikacji z zapewnieniem jej druku, gwarancja co najmniej 100 cytowań artykułu autorstwa kupującego usługę, zapłata edytorowi za gwarancję opublikowania przekazywanego artykułu czy pojawianie się w publikowanych tekstach pozytywnych opinii na temat zamawiającego – każda z tych propozycji kosztuje kilkaset dolarów.
Mam w powyższej sprawie osobiste i bardzo kłopotliwe doświadczenia. Jako redaktor naczelny prestiżowego międzynarodowego pisma naukowego, mającego od lat jeden z najwyższych w swojej dziedzinie wskaźnik cytowalności zamieszczanych artykułów, powszechnie uznawany za kluczową miarę jakości publikacji, od pewnego czasu obserwuję istotne zmiany w cechach charakteryzujących wiele z nich. Niezwykle wprawdzie wzrosła w ostatnich latach liczba składanych do druku artykułów, co pozornie jest bardzo korzystne, ale groźnie dla prestiżu nauki spadła jakość większości z nich. Niełatwo w to uwierzyć, ale liczba prac składanych w redagowanym przeze mnie piśmie wzrosła ostatnio do 1200 rocznie, z autorami pracującymi najczęściej w Indiach, Chinach bądź Pakistanie, a także w innych państwach rozwijających się. To wielka zmiana w stosunku do np. ok. 150 artykułów składanych dekadę temu.
Inie chodzi tu bynajmniej o redakcyjny kłopot z merytoryczną oceną tylu prac, nawet biorąc pod uwagę to, że rocznie publikujemy nie więcej niż 50 artykułów. Chodzi mianowicie o to, że większość składanych artykułów ma wyraźne cechy braku badawczej rzetelności, takie jak np. prezentowanie niepotwierdzonych wyników eksperymentów badawczych czy bezkrytyczne włączanie do tekstów fragmentów opracowanych przez AI. Co gorsza, niektóre z prac mają wręcz charakter świadomych naukowych oszustw, takich jak rozmyślnie fałszywa interpretacja rezultatów wziętych z innych artykułów, wykorzystywanie wyników w rzeczywistości w ogóle nieistniejących eksperymentów, plagiaty ważnych fragmentów z prac innych autorów, nieuzasadnione współautorstwo uznanych badaczy dobranych w celu zwiększenia wiarygodności publikacji, sztucznie poszerzany spis cytowanych publikacji mający zwiększyć zainteresowanie czy nieuzasadnione cytowanie własnych prac w celu zwiększenia wspomnianego wyżej wskaźnika.
W niektórych przypadkach wykryte publikacyjne oszustwa powodowały załamanie całych karier zawodowych odpowiedzialnych za to badaczy. Tego typu kontrola pojawia się jednak niestety tylko w krajach rozwiniętych. Najczęściej zdarza się to w naukach medycznych – tak np. było z pewnym anestezjologiem, któremu niemiecki uniwersytet odebrał tytuł profesorski, czy brytyjskim chirurgiem, który sfałszował wyniki rzekomo dowodzące wpływu szczepionek na autyzm u dzieci i któremu odebrano prawo wykonywania zawodu lekarza. W Szwecji natomiast zlikwidowano całą uniwersytecką klinikę ze względu na zatrudnianie chirurga, którego sfałszowane diagnozy spowodowały według przeprowadzonych dochodzeń śmierć kilkorga pacjentów.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-michal-kleiber-narastajacy-problem-z-rzetelnoscia-publikacji-naukowych/
PAP/MB




