Unijny "Akt wolności mediów" zezwala na aresztowanie dziennikarzy [Jacek SARYUSZ-WOLSKI]

„Unijny Akt wolności mediów – EMFA – European Media Freedom Act – zezwala na aresztowania dziennikarzy, jeśli jest to uzasadnione interesem publicznym” – alarmuje Jacek Saryusz Wolski.

Akt o wolności mediów nakazuje współpracę między krajowymi organami regulacyjnymi

.Nowa europejska ustawa, tzw. Akt o wolności mediów obowiązuje już we wszystkich państwach członkowskich UE. Według unijnych władz, celem tych przepisów jest ochrona wolności prasy i poufności źródeł.

Co ważne, legislacja zawiera również wiele przepisów, które wzywają do podjęcia działań przeciwko „dezinformacji” – faktycznej lub domniemanej. Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, skomentowała te przepisy zdaniem: „Wolna i niezależna prasa jest fundamentalnym filarem naszej demokracji”.

Nowo powstałe unijne przepisy zawierają także przepisy dotyczące nadzoru nad poważnymi przestępstwami, wśród nich znajduje się m.in. terroryzm i rasizm. Akt o wolności mediów nakazuje współpracę między krajowymi organami regulacyjnymi w celu „zwalczania dezinformacji”. Ponad to w ramach aktu mają zostać utworzone „listy krajowe” zawierające dane właścicieli i adresów różnych instytucji medialnych.

Czym jest dobre dziennikarstwo?

.Nie ufajcie nam. Nie ufajcie łatwo nikomu. Niech wątpliwości się mnożą – ale nie w formie cynizmu, lecz dobrze wyważonego sceptycyzmu – Jelani COBB.

DDziennikarstwo to praca polegająca na relacjonowaniu wydarzeń. Często wydarzenia następują w takim tempie, że osobie, która je relacjonuje, trudno znaleźć ich wyraźny początek i koniec. Mówimy wówczas, że „sytuacja jest dynamiczna”.

Rozpocząłem pracę nad tym przemówieniem, myśląc o wyzwaniach związanych z zaufaniem społecznym do mediów informacyjnych, ale w świetle ostatnich wydarzeń zostałem zmuszony do przyjęcia zupełnie innego punktu widzenia. Nie mam jeszcze wszystkich informacji, ale okoliczności wymagają, abym przynajmniej nawiązał do wydarzeń, które miały miejsce w moim kraju i w moim własnym kampusie na Columbia University.

Dlatego wygłoszę to wystąpienie, posługując się wyrażeniem „sytuacja jest dynamiczna”, a następnie dołączę dodatek, który ukaże inne kwestie warte uwagi.

Dokładnie pięć lat temu w Nowym Jorku wprowadzono serię ograniczeń w odpowiedzi na patogen, który wówczas nazywano „nowym koronawirusem”. Rozwiązanie, które ostatecznie stało się znane jako lockdown, skłoniło mieszkańców do pozostania w domach, unikania tłumów, do częstego mycia rąk oraz wyznaczenia jednej osoby w gospodarstwie domowym odpowiedzialnej za zakupy żywności, aby zminimalizować liczbę potencjalnych kontaktów.

Nagłówek w „The New York Timesie” krzyczał: „Włochy ogłaszają ograniczenia w całym kraju, próbując powstrzymać koronawirusa”. Relacje o wpływie wirusa na inne części świata – zwłaszcza na Chiny, gdzie się pojawił, oraz na Włochy, gdzie rozprzestrzeniał się z taką prędkością, że cały kraj został zamknięty – obiegały internet. Z doniesień medialnych dowiadywaliśmy się, że ten stan wyjątkowy potrwa od jednego do dwóch tygodni. Lokalna stacja informacyjna podała wiadomość o pierwszej zakażonej osobie w Nowym Jorku i ciężkich objawach, które jej towarzyszyły.

Gdy zaczęliśmy sobie uświadamiać skalę zagrożenia, mój dom – jak setki tysięcy innych w mieście – zaczął się przygotowywać. W tamtym czasie mieszkaliśmy razem: ja, moja żona, nasza dwuletnia córka Lenox oraz nasze pięciomiesięczne bliźnięta, August i Hollis. Podzieliliśmy obowiązki domowe, wiedząc, że będziemy musieli radzić sobie bez opieki nad dziećmi. Zadzwoniłem do mojego 22-letniego siostrzeńca, który planował wyjazd na wiosenne wakacje na Florydę, i powiedziałem mu, żeby odwołał swoje plany. Wysłałem mu pieniądze i poradziłem, aby poszedł do lokalnego sklepu i kupił zapasy jedzenia na miesiąc. Następnie rozpocząłem to, co wydawało się najprostszym i najbardziej logicznym działaniem, a co w rzeczywistości okazało się jednym z najbardziej skomplikowanych, znaczących i politycznych aktów w całej pandemii: znajdowanie rzetelnych źródeł wiadomości o rozwijającej się sytuacji.

Nie jestem neutralnym obserwatorem. W tamtym czasie pracowałem już czwarty rok jako wykładowca w jednej z najlepszych szkół dziennikarskich na świecie oraz piąty rok jako stały publicysta „The New Yorkera”. Miałem kontakt z przyjaciółmi, którzy od dziesięcioleci zajmowali się reportażami na temat opieki zdrowotnej, epidemiologii i zdrowia publicznego. Zdobycie informacji o tym, jakie relacje planowały różne media w miarę rozwoju kryzysu, nie było dla mnie problemem. Jednak już wtedy byłem świadomy, że wielu ludzi postrzegało tę sytuację w zupełnie inny sposób.

Tydzień wcześniej uczestniczyłem w zjeździe Conservative Political Action Committee (CPAC) w północnej Wirginii, przygotowując materiał do artykułu. Gdy stałem w kolejce do wejścia do sali konferencyjnej, dwóch mężczyzn za mną rozmawiało o „mistyfikacji”, którą rzekomo kreowały liberalne media. Jeden mówił drugiemu, że wirus tak naprawdę nie istnieje i jest jedynie wymysłem stworzonym po to, by doprowadzić do załamania gospodarki i tym samym zmniejszenia szans Donalda Trumpa na reelekcję w listopadzie. Był to pierwszy raz, gdy osobiście usłyszałem tego typu opinie, ale w internecie brzmiały one już znajomo. Teorie spiskowe wahały się od całkowitego zaprzeczania istnieniu wirusa – który ostatecznie nazwano COVID-19 – do przekonania, że został on stworzony jako forma zaawansowanej broni biologicznej przez Chiny w celu destabilizacji Zachodu.

Na Manhattanie nasze dni zlewały się w jedno – niekończąca się izolacja, ciąg przewijania pieluch, karmienia, prania, kąpieli i przygotowywania butelek. Przestrzegaliśmy zaleceń. Gdy okazało się, że wirus COVID-19 przenosi się drogą powietrzną, zaczęliśmy nosić maseczki; unikaliśmy niepotrzebnych spotkań, a gdy w kolejnym roku pojawiły się szczepionki, nasza rodzina znalazła się wśród pierwszych, które się zaszczepiły. Później żartowałem, że cudem pierwszej covidowej wiosny nie było to, że uniknęliśmy zakażenia, ale raczej to, że nikt z nas nie uciekł z tego mieszkania. A jednak było jasne, że nasze działania wynikały bezpośrednio z informacji, którym ufaliśmy. Regularnie czytaliśmy reporterów takich jak Don McNeill w „The New York Timesie”, Ed Yong w „The Atlantic”, Zeynep Tufekci, również w „Timesie”. Jedną z moich pierwszych rozmów przeprowadziłem z Laurie Garrett, która zajmowała się zagadnieniem pandemii na długo przed pojawieniem się COVID-19. Nowe serwisy, takie jak STAT News, dostarczały najświeższych informacji o rozprzestrzeniającym się wirusie, jego mutacjach i potencjalnych słabościach. Jednocześnie jednak łatwo było dostrzec rosnącą pogardę dla tego konsensusu. W wyniku podejrzliwości i cynizmu całkowicie odmiennego ekosystemu informacyjnego – zakorzenionego głównie w mediach społecznościowych oraz, choć nie tylko, w prawicowych źródłach – wykształciło się zupełnie inne podejście. Odbicie lustrzane – w którym środki prewencyjne, jak maseczki, i immunologiczne (szczepionki), były jednakowo odrzucane.

Z perspektywy czasu wydaje się oczywiste, że wydarzenia sprzed pięciu lat nie były jedynie kolejnym rozdziałem klasycznej narracji o starciu ludzkości z naturą, lecz raczej walką konkurujących systemów informacyjnych – dwóch rywalizujących epistemologii oraz sieci dystrybucji, które dostarczały odmienne wnioski spolaryzowanym odbiorcom.

Nie ma potrzeby przytaczać dalszego ciągu tej historii – wszyscy pamiętamy, jak stopniowo wirus tracił władzę nad naszym życiem publicznym, jak dyskusje o COVID-19 cichły proporcjonalnie do spadającej liczby zakażeń na świecie. Poszliśmy dalej – jako jednostki, społeczeństwa, jako planeta, a podziały między nami stawały się coraz mniej widoczne. Ale to, co pozostaje niezmiennie istotne w tym momencie, w którym nowa fala podziałów, wrogości i goryczy definiuje nasze życie publiczne na skalę międzynarodową, wspiera ruchy autorytarne na całym świecie i zagraża stabilności demokracji, to proste, ale fundamentalne pytanie, które wyłoniło się w czasie konfliktów ery COVID-19: komu ufasz?

Machiavelli twierdził, że ci, którzy pragną władzy, muszą posługiwać się pewną mieszanką siły i oszustwa. Demokracja jednak wymaga od nas trzeciego elementu – wiary. Fundamentem demokracji jest zaufanie do racjonalności współobywateli oraz przekonanie, że instytucje, na których opiera się społeczeństwo, są zarówno zdolne, jak i gotowe do realizacji powierzonych im zadań. Nie jest to naiwna, ślepa wiara, dlatego demokracje posiadają mechanizmy równoważenia i kontroli władzy. Niemniej jednak system samorządności wymaga pewnej dozy zaufania, że ten hałaśliwy, idealistyczny projekt jest zdolny do działania. Oczywistym przeciwieństwem demokracji jest despotyzm. Trudniej jednak dostrzec inną, równie prawdziwą zależność: przeciwieństwem demokracji jest cynizm. Nie jest przypadkiem, że teorie spiskowe, niezależnie od ich źródła, tematu czy grupy docelowej, zawsze mają jedną wspólną cechę – opierają się na najbardziej cynicznych założeniach dotyczących rzeczywistości, którą rzekomo tłumaczą.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jelani-cobb-czym-jest-dobre-dziennikarstwo/

MB


Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 10 sierpnia 2025