Prof. Chantal DELSOL: Dlaczego Orbán przegrał?

Dlaczego Orbán przegrał?

Photo of Prof. Chantal DELSOL

Prof. Chantal DELSOL

Historyk idei, filozof polityki. Założycielka Instytutu Badań im.Hannah Arendt. Szefowa Ośrodka Studiów Europejskich na Uniwersytecie Marne-la-Vallée. Publicystka "Le Figaro". Określa się jako liberalna neokonserwatystka. Najnowsza jej książka to "Insurrection des particularités".

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autorki

Viktor Orbán przegrał. Lepiej będzie spróbować zrozumieć, dlaczego tak się stało, niż uciekać się do tych wszystkich niemal już rytualnych obelg. Węgry Orbána nie były odosobnionym przypadkiem, ale objawem szerszego zjawiska, które nie zdematerializowało się wraz z jego niedzielną porażką – pisze prof. Chantal DELSOL

.Europa instytucjonalna jest mocno na bakier z demokracją. Jak to się stało, że wykształciła się instytucja pozbawiona swoich najistotniejszych wyznaczników cywilizacyjnych, czyli pomocniczości i tolerancji kulturowej? Bo na tym właśnie zasadzał się tak silny węgierski sprzeciw wobec UE.

Na początku lat 90. Jacques Delors stał na czele grupy roboczej, która miała za zadanie wdrożyć zasadę pomocniczości. Zasada ta stwarza przestrzeń dla autonomii działania na jak najbardziej zawężonych poziomach – rodzin, stowarzyszeń, gmin itd. – które mogą oczekiwać na pomoc ze strony poziomów wyższych w przypadku swojej niewystarczalności. Należy to rozumieć na przykład w taki sposób: gmina odpowiada za oświetlenie ulic i dróg oraz za kanalizację, ale może poprosić o wsparcie ze strony regionu, jeśli nie daje sobie z tym rady. Innymi słowy, wszystko wychodzi od dołu. Jest to koncept wybitnie zachodni, oparty na sakralności osoby ludzkiej i uznaniu dla indywidualnej autonomii. Było więc jak najbardziej naturalne, że Jacques Delors chciał wdrożyć w instytucjach unijnych tę na wskroś europejską zasadę, funkcjonującą dotąd wszędzie w naszych krajach, gdzie odrzucano, jak to się kiedyś mówiło, „wschodni despotyzm”.

Ale Delors i jego ludzie szybko odwrócili zasadę pomocniczości, aby uczynić z niej zasadę centralizującą: wystarczy, że jakaś instancja wyższa (w tym przypadku UE) zacznie sama definiować dobro wspólne i umieszczać je na bardzo wysokim poziomie, a poszczególne kraje członkowskie przestają być zdolne do samodzielnego rządzenia i muszą odtąd funkcjonować według odgórnie narzuconych norm przez tąż samą UE.

Gdyby zapytać jakiegokolwiek wyższego urzędnika unijnego o owo zanegowanie zasady założycielskiej, odpowie, że Europa zamiast na autonomię postawiła na racjonalność i porządek. Jest to odrzucenie charakterystyczne dla unijnej matrycy umysłowej, a sama instytucja europejska potwierdza dzisiaj definicję Jacques’a Delorsa z 1999 roku: „Konstrukcja o znamionach technokratycznych, krocząca pod egidą czegoś na kształt łagodnego i oświeconego despotyzmu”.

Wolności politycznej – i to spodoba się wielu Europejczykom – nie wynalazła najbardziej wolnościowa cywilizacja w dziejach. Chcemy, jako demokraci, działać z jak największą swobodą, samemu lub w grupach, a rządzący mają być oddaleni na rzut kamieniem od swoich wyborców: łatwi do kontroli, łatwi do skarcenia. A tymczasem instytucja europejska daje swoim rządzącym – wszechmocnym i niepochodzącym z wyboru – schronienie niczym w odległym bunkrze, by tam opracowywali przyszłe normy bez konsultacji, nadzoru czy dyskusji z kimkolwiek z zewnątrz. To jest pierwsza przyczyna odrzucenia Europy instytucjonalnej, które tak mocno skonkretyzowało się na Węgrzech, a które znajduje obrońców także gdzie indziej, choć niemających aż takich perspektyw na przejęcie władzy.

Na początku tego stulecia doszło do czegoś jeszcze: demokracja zmieniła definicję. Nie jest ona już wyborem nurtu politycznego przez naród, który uznawany jest dzisiaj za mało zdolny do podejmowania dobrych decyzji; odtąd demokracja charakteryzuje się aprobatą dla najbardziej postępowych rozwiązań społecznych. Węgry, które nadal definiują małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety w celu prokreacji i założenia rodziny czy które nadal zakazują środowiskom LGBT wizyt w szkołach podstawowych, mających na celu nakłanianie dzieci do zmiany płci, nie są już uznawane za państwo demokratyczne – mimo że oba te stanowiska są zgodne z oczekiwaniami głosujących w wolnych wyborach obywateli. Dla instytucji europejskiej oznacza to jednak, że naród węgierski nie może decydować o sobie, ponieważ jest konserwatywny. Demokracją illiberalną, tj. demokracją drugiej strefy, zostaje się wtedy, gdy odrzuca się najbardziej postępowe reformy światopoglądowe. Inaczej mówiąc, gdy ośmiela się postawić granice wolności.

.Matryca naszej koncepcji politycznej ulega tutaj bardzo dużemu wstrząsowi. Należy przypomnieć, że demokracja oznacza poszanowanie dla różnych nurtów ideowych, a na pewno nie oznacza akceptacji jednej ideologii uznawanej za postępową, czyli tej „zasadnej”. Europa instytucjonalna, identyfikując demokrację poprzez zawężanie jej do niektórych decyzji światopoglądowych, dopuszcza się bezprecedensowej zdrady politycznej. Państwom członkowskim nie tak łatwo zresztą przychodzi akceptować tę nową definicję demokracji, o czym świadczy wzrost poparcia dla nurtów zwanych „populistycznymi” – to mniej zamożne warstwy społeczne najbardziej sprzeciwiają się paroksyzmom postępowości, których to warstw najbogatsze, powodowane modą, są dla odmiany największymi orędownikami.

A jednak mimo odrzucenia pomocniczości i tolerancji moralnej przez Europę instytucjonalną Węgrzy głosowali przez 16 lat na kandydata kontestacji, który szybko się zradykalizował, czym naraził się na ostracyzm. Kiedy jest się innym – i broni się tej inności – w środowisku jednolitym i nietolerancyjnym, należy być nieskazitelnym. Inaczej najmniejsza nawet wada, nawet z tych najbardziej pospolitych, będzie poczytywana za przewinę. Niemniej Orbánowi daleko do nieskazitelności: w czasie jego rządów uwydatniły się wszystkie wady dawnego feudalizmu – kolesiostwo, klientelizm, nepotyzm, generalnie mówiąc, korupcja. Należy on do tych konserwatystów ciągle gniewnych (nasz świat jest ich pełny), którzy sabotują (w sposób nieuprawniony) własny ustrój demokratyczny, domagając się zarazem (w sposób uprawniony) jego poszanowania przez innych. Wpadł w tę aż nazbyt widoczną pułapkę (dobrze znaną w kręgach obecnej francuskiej prawicy), która polega na postrzeganiu Putina jako patentowego konserwatysty. Do tego, mając już dość ostracyzmu ze strony Europy, zbliżył się do Chin. Obie te decyzje polityczne sprawiły, że w Europie obiektywnie relegowano go do kategorii pariasów. Europa nie może sobie pozwolić na to, by w jej szeregach krył się kret Xi Jinpinga i Putina!

Przeciwnicy Orbána (czyli wszyscy) nie powinni jednak zbyt wcześnie odtrąbiać zwycięstwa. Jego porażka nie oznacza bynajmniej, że na Węgrzech nastanie odtąd europejska ortodoksja w najczystszej odmianie brukselskiej. Péter Magyar reprezentuje niekoniecznie odmienne poglądy od poprzednika, choć na pewno jest bardziej umiarkowany, przenikliwy i być może mniej skorumpowany. A to nie będzie dobra wiadomość dla Europy instytucjonalnej, która karmi się wyłącznie konsensusem narzuconym poprzez odrzucenie decyzji wyborców (referendum 2005) i werbalnym ostracyzmem.

.Upadek Orbána nie sprawia, że znika problem demokracji w Europie instytucjonalnej, tak samo jak stłuczenie termometru nie sprawia, że znika gorączka. Jego porażka sprawia jedynie, że znika żałosna próba odpowiedzi na pytanie zasadnicze. Pozostaje nadzieja, że ten objaw węgierski, gdy już minie zagrożenie, skłoni Europejczyków do refleksji nad nadużyciami dokonywanymi w imię demokracji, których zbyt często są nieświadomymi aktorami. Czyż cechą właściwą objawom nie jest to, że dają znać o chorobie, do której zbyt długo nie chcemy się przyznać?

Chantal Delsol

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 kwietnia 2026
Fot. Attila HUSEJNOW / Forum