Koniec ery Orbána? Węgierskie wybory jako referendum o przyszłości Europy [Nathaniel GARSTECKA]

Druzgocąca porażka Viktora Orbána w wyborach parlamentarnych na Węgrzech wydaje się końcem epoki. Ale czy rzeczywiście oznacza zamknięcie jego politycznego projektu, czy jedynie zmianę jego formy? To wydarzenie wykracza daleko poza Budapeszt i dotyka samego sporu o przyszłość Europy.
.Viktor Orbán. To nazwisko nikogo nie pozostawia obojętnym. Charyzmatyczny premier Węgier musiał w końcu ustąpić po 16 latach u steru kraju, stając się w tym czasie jednym z najbardziej rozpoznawalnych europejskich polityków. Na dobre i na złe.
Przywódca partii Fidesz, pokonany przez – biorąc wszystko pod uwagę – dysydenta z własnej partii, był albo znieważany, albo podziwiany. Znieważany przez rzekomo liberalne centrum i progresywistyczną lewicę. Znieważany przez brukselskich federalistów i wypolerowane kręgi zachodnich redakcji. Znieważany przez obrońców Kijowa i zwolenników Hamasu. Innymi słowy, znieważany przez islamolewicę i eurocentrystów. Uwielbiany z drugiej strony przez konserwatystów i nacjonalistów. Uwielbiany przez tych, którzy opowiadają się za Europą narodów szanujących suwerenność każdego kraju. Uwielbiany przez zwolenników Donalda Trumpa i Benjamina Netanjahu, ale także – paradoksalnie (tak, paradoksalnie) – przez zwolenników Władimira Putina. Innymi słowy, uwielbiany przez nacjonalistyczną i suwerenistyczną prawicę.
Do tego stopnia, że stał się kluczową postacią w politycznej i medialnej retoryce w Europie: wymachiwany niczym straszak przez lewicę z powodu swojego „illiberalizmu” i powiązań z Moskwą, stawiany jako alternatywny model przez cały segment konserwatywnego i nacjonalistycznego środowiska. Fraza „tak jak u Orbána” pojawiała się w każdej stacji telewizyjnej, w każdym artykule redakcyjnym, w każdym komentarzu radiowym. Sama jego osoba wywoływała kłótnie wśród dziennikarzy. Jego nazwisko zrywało przyjaźnie.
To, co przyniosło mu sławę, ostatecznie doprowadziło do jego upadku: po miażdżącym zwycięstwie w 2022 roku nad zjednoczoną koalicją lewicy, centrum i skrajnej prawicy, cztery lata później poniósł równie druzgocącą porażkę, w niewiele odmiennych okolicznościach. Ludzie albo całkowicie go popierali, albo byli mu całkowicie przeciwni. Nie było kompromisu.
.Wybory parlamentarne na Węgrzech przekształciły się w prawdziwe referendum cywilizacyjne na temat kształtu Europy i Zachodu. Był to niebywały ciężar dla tego uroczego, 10-milionowego kraju, położonego w sercu Europy Środkowej. Węgrom wmówiono, że los całego świata leży w ich rękach. Postawiono ich przed skrajnie manichejskim wyborem: albo ciemność, albo światło.
Obie strony posługiwały się tą samą retoryką. Dla obozu, który bronił Petera Magyara, światłem był brukselski federalizm, postęp społeczny i otwarte poparcie dla odważnej Ukrainy, która od czterech lat broni się przed moskiewskim molochem. Ciemnością była „putinofilia” rządu Orbána, korupcja, autorytaryzm, brak pluralizmu mediów i „nadużywanie” prawa weta w Radzie Europy. Niektóre z tych elementów da się obronić, inne zaś zostały mocno wyolbrzymione w celach propagandowych. Dla obozu przeciwnego światłem był konserwatyzm szanujący głęboko zakorzenione tradycje Europy, walka z nielegalną imigracją i obrona interesów narodowych każdego kraju przed autorytarnym federalizmem brukselskim. Ciemnością była dekadencja świata zachodniego, ingerencja „siatki Sorosa”, „okropny i skorumpowany Wołodymyr Zełenski” oraz propaganda homoseksualna „LGBT”. I tu również odnajdujemy ślady zdrowego rozsądku, ale też pewne nadużycia.
Obywatele Węgier zostali zatem zmuszeni do podjęcia decyzji jednym zamachem i bez niuansów w kwestiach, które znacznie przekraczały ich bezpośrednie doświadczenie. Czy powinni przeciwstawić się progresywizmowi, jednocześnie walcząc z korupcją i ubóstwem? Czy powinni rozwiązać jednym głosowaniem konflikt na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie? Czy powinni wytyczyć kurs na nadchodzące lata pośród nieustannego sporu o suwerenność i federalizm? To było zbyt wiele jak na jedne wybory, ale Viktor Orbán również przyczynił się do tego, że te wybory były wyjątkowe i decydujące.
Tak, wspomniałem o braku niuansów. Kto czytał program Petera Magyara? Kto słuchał jego przemówień? Kto zgłębiał analizę cech węgierskiej gospodarki i społeczeństwa? Kto starał się zrozumieć, dlaczego Viktor Orbán podejmował takie czy inne decyzje? Gdy zadawano te proste pytania, komentatorzy zazwyczaj uciekali się do „Sorosa” i „Putina”. Taki jest właśnie poziom debaty publicznej w Europie w 2026 roku. Oczywiście nie jest to zjawisko wyjątkowe dla Węgier: podobne sceny zbiorowej histerii obserwowaliśmy we Francji w 2002 i 2017 roku, w Polsce w 2023 i 2025 roku, nie wspominając o Stanach Zjednoczonych w 2016 i 2024 roku. To z pewnością skłania do zastanowienia się, czy demokracja nie potrzebuje pewnych reform.
.Przez lata starałem się zrozumieć, dlaczego Viktor Orbán stał się ostoją zachodniego konserwatyzmu. Jak wspomniałem wcześniej, Węgry są małym krajem, a ich znaczenie gospodarcze, militarne i technologiczne jest bardzo ograniczone. Inne kraje bardziej zasługiwałyby na miano wzorców tej szkoły myślenia: na przykład Polska pod rządami PiS czy Włochy pod rządami Giorgii Meloni. Jednak Polska cierpiała z powodu braku jasności co do swojego przywództwa. Władza wydawała się być podzielona między prezydenta Dudę, premiera Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego, lidera głównej partii konserwatywnej. Na Węgrzech cała władza skupiła się w rękach jednej osoby, która przez te wszystkie lata stała widowiskowo u steru kraju. Celowo podziałowa retoryka węgierskiego premiera również odegrała znaczącą rolę. Publiczne wyrażanie otwartego sprzeciwu wobec decyzji Brukseli w sprawie suwerenności i imigracji stanowiło ostry kontrast z zakulisową pracą takich postaci jak Giorgia Meloni czy Petr Fiala.
Błogosławieństwo w nieszczęściu? Europejska prawica będzie musiała znaleźć zastępczą „latarnię”. Postać ta stanie przed trudnym zadaniem wypracowania konsensusu, który zadowoli wszystkich na prawicy w kwestii przyszłości UE, kwestii międzynarodowych, masowej imigracji arabsko-islamskiej i afrykańskiej, gospodarki (liberalizm czy populizm?) oraz odpowiedniego stanowiska wobec progresywizmu. Być może nie będziemy musieli czekać długo: w 2027 roku odbędą się wybory prezydenckie (i parlamentarne) we Francji oraz wybory parlamentarne w Hiszpanii, Polsce i Włoszech. Będzie to niewątpliwie wyjątkowa okazja do znalezienia konserwatywnej alternatywy dla Viktora Orbána.
Ten ostatni jednak raczej się nie podda i pozostanie ważną postacią na scenie węgierskiej i europejskiej. Nie wiemy też dokładnie, jak będzie wyglądała polityka Petera Magyara: jak daleko będzie musiał się posunąć, aby Bruksela uwolniła dotacje przeznaczone dla Węgier? W Polsce niewiele trzeba było – wystarczyła jedynie zmiana władzy. Co więcej, ci, którzy wierzą, że nowy premier Węgier nagle stanie się wrogiem Władimira Putina, zdeterminowanym eurofederalistą lub zagorzałym zwolennikiem imigracji, prawdopodobnie szybko się rozczarują.
Może jednak warto wciąż zwracać uwagę na ten mały kraj Europy Środkowej?
Nathaniel Garstecka





