Jan ROKITA: Zepsuty ster

Zepsuty ster

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Trzeba przyznać, że jest coś szczególnie dziwacznego i niepokojącego w samej naturze Unii Europejskiej. Sprawia ona wrażenie jakiegoś potężnego liniowca, w którym przestał działać ster, więc inercyjnie dryfuje on po polityczno-ekonomicznych oceanach – pisze Jan ROKITA

.Niemal równocześnie, w połowie maja 2026 roku, pokazały się dwa raporty pokazujące stan najbardziej kłopotliwych aspektów europejskiego handlu: z Chinami i Rosją. I oba – muszę to przyznać – wprawiły mnie w zdumienie tym, co dzieje się teraz z Unią Europejską.

Platforma Soapbox-Trade, zajmująca się profesjonalnym monitoringiem handlu we współpracy z prestiżowym berlińskim instytutem MERICS, poinformowała, że w ciągu pierwszych miesięcy obecnego roku chiński eksport do unijnej Europy osiągnął historyczny rekord, jak również że rekordowa jest chińska nadwyżka handlowa w stosunku do Unii, sięgająca kwoty grubo ponad stu miliardów euro, tylko za okres czterech miesięcy, od stycznia do kwietnia 2026.

Gdy ujmujemy rzecz w kategoriach procentowych, oznacza to, że w skali jednego roku chiński eksport to Unii rośnie teraz o ponad 1/4. I nie wynika to wcale w głównej mierze z powszechnie znanego, bo widocznego gołym okiem, także w Polsce, boomu na chińskie samochody i falowniki słoneczne, ale z widocznego tylko dla profesjonalistów skokowego wzrostu zależności od chińskich dostaw europejskiego przemysłu chemicznego, spożywczego, farmaceutycznego czy kosmetycznego.

.Z kolei amerykański Institute for Energy Economics & Financial Analysis (IEEFA) opublikował arcyciekawy raport na temat importu do Europy rosyjskiego i amerykańskiego gazu, w tym przede wszystkim gazu skroplonego LNG, dostarczanego specjalistycznymi statkami do unijnych gazoportów, głównie w Hiszpanii, Francji i Belgii. No i okazuje się, że choć dopiero co kraje unijne uroczyście zgodziły się na uchwalenie dyrektywy zakazującej importu LNG z Rosji od przyszłego roku, to w roku bieżącym, czyli tuż przed wejściem w życie owego zakazu, import ów rośnie gwałtownie. A już i tak w ciągu pięciolatki 2021-2025 – czyli głównie podczas trwającej wojny na Ukrainie i rygorystycznych sankcji nakładanych na Moskwę – wzrósł (uwaga!) trzykrotnie. Czyli proporcjonalnie tak samo, jak również trzykrotny wzrost dostaw dominującego teraz na rynku europejskim gazu amerykańskiego.

Może i nie było w tym nic aż tak dziwnego, gdyby nie jedna rzecz, która właśnie stała się przyczyną mego zdumienia: unijna strategia suwerenności gospodarczej. Co najmniej od czasu globalnej zarazy jesteśmy przecież nieustannie bombardowani coraz to nowymi i coraz to bardziej ambitnymi przechwałkami eurokomisarzy na temat „lekcji wyciągniętej przez Unię z kryzysu” i „końcu europejskiej naiwności”, która polegać miała na ślepej wierze w jednostronnie otwartą politykę handlową. Te wyraziste określenia pochodzą ze sławnego i szeroko omawianego sześć lat temu w Europie manifestu ówczesnego unijnego komisarza ds. rynku wewnętrznego Francuza Thierry’ego Bretona, który zwiastować miał przełom: koncentrację Brukseli na zagwarantowaniu sobie bliskich, a najlepiej rodzimych łańcuchów dostaw na potrzeby unijnego przemysłu.

Dramatyczne doświadczenie ze szczepionkami w czasie zarazy, a potem chińską odwetową blokadą surowców kluczowych dla przemysłu high-tech, było istotnie dobrym uzasadnieniem takiej przemiany europejskiej polityki. Breton pisał wtedy: „Bez wątpienia zbyt długo Europa opierała się na hipotetycznej wzajemności swoich partnerów handlowych, ostatecznie narażając Stary Kontynent na nieuczciwą konkurencję i spychając nie tylko nasze interesy, ale nawet nasze bezpieczeństwo strategiczne na drugi plan. Położenie kresu temu »paradoksowi europejskiemu« leży u podstaw Europy utwierdzonej w swoich wartościach, zdecydowanej w swoich ambicjach i pewnej swoich środków”.

No i cóż się okazuje po sześciu latach od manifestu Bretona? Że egzystencjalna zależność unijnego przemysłu od dostaw chińskich pogłębiła się i co ważniejsze – nadal rośnie szybciej niźli w czasach, kiedy Unia prowadziła ponoć jeszcze „naiwną politykę” i nie była „utwierdzona w swoich wartościach”. Niektóre dane z platformy Soapbox-Trade przyprawiają o zawrót głowy i nawet beznamiętni autorzy statystyk zauważają, iż „są one bardziej niepokojące, niż się spodziewaliśmy”. Na przykład gdy idzie o nieszczęsne aminokwasy, bez których przemysł spożywczy nie umie już produkować żywności (skądinąd na zgubę naszego zdrowia), w praktyce cały rynek europejski (ok. 88 proc.) zależy od dostaw chińskich. A gdy idzie o tzw. poliole, czyli specyficzne alkohole, bez których staje przemysł kosmetyczny, farmaceutyczny i tworzyw sztucznych, Chińczycy uzależnili gospodarkę unijną aż… w 96 proc. Poważni komentatorzy piszą o faktycznej „kanibalizacji” europejskich fabryk przez Chińczyków i szerszym, postępującym procesie „kolonizacji” gospodarki unijnej przez Pekin. Weźmy na przykład Niemcy: rok temu ich roczny deficyt handlu z Chinami wynosił 12 mld euro, ale w ciągu ostatniego roku wzrósł do 25 mld, a niemiecki przemysł w efekcie tego zjawiska zwija się, tracąc każdego roku co najmniej kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy.

.Z handlem z Rosją też jest ciekawie. Bo przecież jeśliby na serio brać głośne i wojownicze deklaracje polityków europejskich, można by łatwo uwierzyć, że to orbanowskie Węgry były jedynym Czarnym Piotrusiem niegodzącym się na bojkot rosyjskich dostaw energii, mimo trwającej wojny. Ale to przecież nic innego, jak bezczelne oszustwo.

Z raportu IEEFA dowiadujemy się, że od początku wojny, w latach 2022-2025, państwa unijne zapłaciły Moskwie ok. 40 mld euro za rosnące w tym czasie dostawy gazu LNG, a w tym roku – jak już wiemy – te dostawy rosną nawet szybciej niźli poprzednio. Co prawda są takie kraje, jak Niemcy czy Polska, które zależność od rosyjskiego gazu radykalnie zmieniły na zależność od dostaw z USA; w Polsce aż ¾ dostaw LNG przypływa statkami z Ameryki do Świnoujścia. Ale Francja albo Hiszpania funkcjonują nadal na gazie rosyjskim, płynącym głównie z arktycznych złóż jamalskich, gdzie skroplony gaz tłoczony jest do zbiorników lodołamaczy, przez Ocean Arktyczny płynących wprost do portów europejskich. Czy więc unijna strategia suwerenności to tylko propagandowe pustosłowie? A co z prawnymi zakazami, które za chwilę mają wszystkich obowiązywać?

Trzeba przyznać, że jest coś szczególnie dziwacznego i niepokojącego w samej naturze Unii Europejskiej. Sprawia ona wrażenie jakiegoś potężnego liniowca, w którym przestał działać ster, więc inercyjnie dryfuje on po polityczno-ekonomicznych oceanach. Dwie okrutne wschodnie despotie wykorzystują ów dryf Europy dla swojego interesu, choć każda z nich czyni to w odmienny sposób. Moskwa tradycyjnie chce dostawać od Europy pieniądze, dzięki którym będzie mogła rozbudowywać swą armię, technologie wojskowe i prowadzić imperialne wojny. Temu służą rosyjskie surowce, które Europa bierze, niezależnie od tego, co na ten temat mówi.

Strategia Pekinu jest bardziej wyrafinowana. Wykorzystując swoją potęgę przemysłową, Chińczycy kolonizują kolejne dziedziny europejskiej gospodarki, wysysając w Europie miejsca pracy i czekając spokojnie na organiczny zanik kolejnych branż europejskiego przemysłu, na które Pekin zyska za chwilę faktyczny monopol. Wtedy Europa znajdzie się w kleszczach i – być może – co jest ambitnym chińskim planem, zamieni swego dotychczasowego amerykańskiego suwerena na suwerena chińskiego.

.Niestety, unijne strategie, które mają temu przeciwdziałać, są warte funta kłaków. To tylko buńczuczne słowa, uchwały, dyrektywy i deklaracje. Ale cóż one wszystkie znaczą, skoro ster wielkiego okrętu przestał działać?

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 22 maja 2026