Jan ROKITA: Egoiści i spójnościowcy

Egoiści i spójnościowcy

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Mniej więcej na półtora roku przed każdą kolejną unijną budżetową siedmiolatką kwestia wpłat i wypłat z przyszłego budżetu Unii wygląda na kwadraturę koła, a w ostatniej chwili przywódcy państw członkowskich znajdują jakiś zgniły kompromis – pisze Jan ROKITA

.Odkąd przeszło ćwierć wieku temu, w grudniu 2010 roku, pięć rządów europejskich wystąpiło publicznie z listem-manifestem, domagającym się zredukowania wydatków Unii Europejskiej, spór budżetowych egoistów i spójnościowców stał się unijnym rytuałem, powtarzającym się co siedem lat. Ta ówczesna piątka składała się z Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Holandii i Finlandii.

Rzecz jasna, od tamtego czasu wiele się w Europie i w samej Unii zmieniło, ale istota sporu o każdorazowe Wieloletnie Ramy Finansowe pozostała taka sama. Londyn jest już dziś poza Unią, choć – jak się zdaje – całkiem na serio rozważa się tam scenariusz zgłoszenia wniosku o reakcesję. W Paryżu poglądy na temat wydatków Unii zmieniały się wraz z aktualnymi koniunkturami; jakiś czas temu forsowano tam nawet projekt „unii transferów”, który miał uzasadniać wspólne zaciąganie długu europejskiego. Skandynawowie przez ten czas poszli wszyscy za kierunkiem wskazanym przez Finlandię i dziś zgodnie walczą z ambicjami finansowymi Brukseli. A Niemcy i Holandia pozostały wierne swoim zasadom fiskalnym, sprowadzającym się do przekonania, że im mniej trzeba płacić na Unię, tym lepiej.

Faktem jest, że mniej więcej na półtora roku przed każdą kolejną unijną budżetową siedmiolatką kwestia wpłat i wypłat z przyszłego budżetu Unii wygląda na kwadraturę koła, a w ostatniej chwili przywódcy państw członkowskich znajdują jakiś zgniły kompromis. Trudno wykluczyć, że tak samo będzie i tym razem, z budżetem mającym wystartować 1 stycznia 2028 roku. Niemniej obecny pat co do finansów Unii mimo wszystko wygląda poważniej niźli wszystkie poprzednie. Dlaczego? Z dwóch powodów.

Pierwszy jest ten, że Komisja Europejska tym razem chce usankcjonować przyszłym budżetem radykalne rozszerzenie zakresu swojego działania, przede wszystkim gdy idzie o bezpieczeństwo i przemysł obronny, co do tej pory było zawsze bacznie strzeżoną domeną suwerennych państw. Temu służyć ma ogromny budżet militarny sięgający trzystu miliardów euro, jeśli wliczyć w to planowane wsparcie obronne dla Ukrainy.

Powód drugi – to spodziewane w przyszłym 2027 roku zwycięstwo wyborcze prawicy w wyborach prezydenckich we Francji i parlamentarnych w Hiszpanii, a obie te formacje ograniczenie wydatków Unii uczyniły jednym ze swoich sztandarów wyborczych. Jordan Bardella poszedł tu najdalej, ponieważ zapowiedział, że Francja natychmiast po wygranych przez prawicę wyborach zredukuje swoją składkę do Unii o połowę.

Kwestia wydatków militarnych (w szerokim tego słowa znaczeniu) jest dla rządów europejskich wyjątkowo niezręczna, i to nie tylko dlatego, że nie ma w Europie ani jednego rządu, który z entuzjazmem obserwowałby postępujący rozrost władzy Komisji na tym polu. Ale w dzisiejszych okolicznościach, zwłaszcza przy presji Donalda Trumpa na zwiększanie przez Europę i Kanadę wydatków obronnych, żaden rząd nie chce się oficjalnie sprzeciwić tej części projektu Ursuli von der Leyen.

I tu właśnie pies jest pogrzebany. Egoiści – z Niemcami, Holendrami i Skandynawami na czele – w większości popierają plan Komisji, aby zwiększyć wspólne wydatki na obronę i przeznaczyć jeszcze więcej pieniędzy na wysiłek wojenny Ukrainy, ale odmawiają niemal podwojenia do dwóch bilionów euro, dotychczasowych Wieloletnich Ram Finansowych. Co może w konsekwencji oznaczać tylko jedno, choć do tej pory niewypowiedziane wprost oczekiwanie: że Bruksela de facto zredukuje do minimum swoje klasyczne wydatki, przeznaczane przede wszystkim na spójność (czyli inwestycje w państwach i regionach biedniejszych) oraz politykę rolną (czyli przede wszystkim bezpośrednie dopłaty dla rolników).

Urzeczywistnienie takiej intencji oznaczałoby fundamentalną zmianę samej natury Unii Europejskiej, która w miejsce tradycyjnej „wspólnoty powiększanego dobrobytu” miałaby się stać swego rodzaju polityczno-obronną symmachią, niczym znana z dawnej historii „Symmachia delijska” z V wieku przed Chr. pod wodzą demokratycznych Aten. Że na to nie będzie zgody ani ze strony Europy Środkowej, ani również Europy Śródziemnomorskiej (tzw. Club Med), to nie ulega wątpliwości. Zwłaszcza w naszej części Europy dobrowolna rezygnacja z funduszów spójności i rolnych dałaby potężny impuls inicjatywom domagającym się referendum nad dalszym członkostwem. Coś takiego, dla większości rządów w naszym regionie, w tym także rządu polskiego, oznaczałoby polityczne samobójstwo. A jeśli ktoś w ramach politycznego „kompromisu” oczekuje twojego samobójstwa, to można rozsądnie założyć, że do kompromisu nie dojdzie.

Z tej kwadratury koła, wbrew pozorom, jest proste wyjście, choć co prawda miałoby ono charakter nieco siłowy. Z pewnością nieprzypadkowe są przecieki płynące ze stolic egoistycznych, sugerujące, iż planują one w pewnym momencie po prostu wycofać się z negocjacji budżetowych i zaryzykować scenariusz „budżetu bezumownego” w roku 2028, o ile Komisja sama nie znajdzie jakiegoś cudownego sposobu na zasadniczą redukcję owych dwóch bilionów euro, jakie sobie zaplanowała na siedem przyszłych lat. Anonimowy dyplomata mówił ostatnio gazecie „Politico”, że „jedną z osobliwości tych negocjacji, której beneficjenci netto jeszcze nie zauważyli, jest to, że dla płatników netto świat bez Wieloletnich Ram Finansowych jest zdecydowanie najtańszą opcją (…). W przypadku braku porozumienia płatnicy netto zapłaciliby bowiem od pięciuset do sześciuset miliardów euro mniej, niźli proponuje Komisja”.

.Ten rachunek jest prosty. Jeśli 1 stycznia 2028 roku Unia nie będzie miała nowych Wieloletnich Ram Finansowych, to automatycznie, z mocy traktatów, górny pułap wydatków w ciągu siedmiu lat nie będzie mógł przekroczyć pułapu z obecnej siedmiolatki, czyli w najlepszym razie kwoty ok. 1,4 biliona euro. A to jest oczywiście dużo mniej niźli zaplanowana przez von der Leyen kwota dwóch bilionów. To i tak nie byłoby dość, aby spełnić oczekiwania prawicy francuskiej, o ile zdobędzie ona w przyszłym roku Pałac Elizejski. Ale generalnie dla egoistów umiarkowanych, takich jak choćby Skandynawowie czy Niemcy, mogłoby to być rozwiązanie zadowalające. Z jednego powodu: to nie rządy państw-egoistów miałyby potem kłopot, ale Komisja i państwa-spójnościowcy. To one musiałby bowiem zdecydować, czy redukują te klasyczne polityki o więcej niż połowę i czy popierają wydatki obronne Unii, w tym wsparcie obronne dla Ukrainy.

Tak czy owak, widać jasno, że gdyby tak właśnie miała się rozwinąć sytuacja wokół Wieloletnich Ram Finansowych, to mniej więcej za rok, czyli gdzieś w okolicy francuskich wyborów prezydenckich i polskich wyborów do sejmu, Europę czekałyby solidny wewnętrzny kryzys i wielka awantura.

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 lipca 2026