Wybory prezydenckie 2027 to będzie ostatnia szansa dla Francji [Philippe de VILLIERS]

Wybory prezydenckie we Francji 2027

„W 2027 roku być może jeszcze da się wstrzymać wielkie przesilenie. Ale trzeba wiedzieć jedno: w 2032 roku będzie już za późno” – mówi Philippe de Villiers w dużej rozmowie dla tygodnika „Journal du Dimanche”. Wybory prezydenckie we Francji 2027 będą jego zdaniem ostatnią szansą dla kraju.

Po raz pierwszy w historii Francji więcej ludzi umiera, niż się rodzi

Philippe de Villiers to polityk, pisarz, obrońca tradycyjnych wartości Francji. Był m.in. sekretarzem stanu ds. kultury, przewodniczył radzie Wandei, był eurodeputowanym, dwukrotnie kandydował w wyborach prezydenckich. Jest także przedsiębiorca, twórcą parku tematycznego Puy du Fou.

Diagnoza, z którą występuje Philippe de Villiers na łamach „Journal du Dimanche” jest następująca: „Stała fala migracyjna zalewa nasz kraj. I żadna siła polityczna systemu nie próbuje jej naprawdę powstrzymać. Unia Europejska wprost wzywa do sprowadzania jeszcze większej liczby migrantów w imię potrzeb gospodarki. To migracjonizm czysto utylitarny. Spekuluje się na demograficznym załamaniu, by je uczynić akceptowalnym”.

Philippe de Villiers przekonuje, że jednocześnie Francji grozi „demograficzna zapaść i widmo wojny domowej”. „Uderza mnie brak jasności myślenia i refleksji wszystkich autorytetów moralnych, duchowych i politycznych, które zdają się — przez zaniechanie, przez obojętność — uznać, że absolutnie nie wolno dotykać sedna sprawy: francuskiej zapaści demograficznej i dekonstrukcji rodziny. A dane dotyczące dzietności prowadzą przecież do jednego wniosku: po raz pierwszy w historii Francji krzywa urodzeń spadła poniżej krzywej zgonów. Innymi słowy, w naszym kraju rodzi się dziś mniej ludzi, niż umiera. Nowe hasło brzmi: „No Kids” — żadnych dzieci. Aspiracja do pustki”.

.Na to pytanie o charakterze egzystencjalnym istnieje tylko jedna odpowiedź, wymagająca decyzji o oczywiście ogromnym ciężarze – przekonuje Philippe de Villiers: nie można już być posłusznym Brukseli. „Trzeba jasno powiedzieć cesarzowej norm, naczelnej Republiki komisarzy: „Przepraszam, pani von der Leyen, ale policzyłem bilans zysków i strat. Nie mogę już przyjmować 500 tysięcy osób rocznie. Wychodzę ze strefy Schengen i przywracam fizyczne kontrole na granicach. Przepraszam, ale przestaję stosować orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Przepraszam, ale kończę z z łączeniem rodzin w przypadku, gdy dotyczy to osób objętych OQTF (Obligation de Quitter le Territoire Français – administracyjny nakaz opuszczenia terytorium Francji, wydawany cudzoziemcowi przebywającemu w kraju nielegalnie lub po odmowie prawa pobytu – red.). Przepraszam, ale odtąd prawo francuskie będzie nadrzędne wobec prawa europejskiego. Przepraszam, ale nie wdrożę Paktu azylowo-migracyjnego. Ponieważ wasz ideologiczny migracjonizm — Komisji, komisarzy super-państwa głębokiego — niszczy Francję”.

Francja utraciła ideę świadomości narodowej

Philippe de Villiers przekonuje, że Francuzi utracili w swoich działaniach, w swoim myśleniu, samą ideę narodu, ideę świadomości narodowej — tę oczywistość, że naród jest przede wszystkim kręgiem swoich żywotnych interesów. „Tymczasem interesy żywotne Francji nie są interesami Niemiec ani naszych europejskich sąsiadów — z powodów geograficznych, historycznych i strategicznych. Oto wielka katastrofa tej Europy, która dziś nas uśmierca. Ona umiera sama z siebie. Zabija swoje rolnictwo przez Mercosur, swoich rzemieślników przez europejski rynek energii, swój przemysł samochodowy przez Zielony Ład — i, co jeszcze poważniejsze, swój przemysł farmaceutyczny. Wkrótce Francuzi nie będą mogli leczyć się we Francji. I zabija obywatelstwo francuskie przez pięć sądów najwyższych, które dokonały jasnego wyboru ideologicznego: dwóch śmiercionośnych preferencji — przestępcy ponad ofiarą oraz cudzoziemca ponad obywatelem”.

„Europa stała się miażdżarką, wirówką, która w imię państwa prawa wtrąca się w najgłębsze zakamarki naszych najbardziej intymnych wolności”

Czy Francja zmierza w stronę Frexit, a więc wyjścia z Unii Europejskiej? Philippe de Villiers odpowiada: „Tak — i to z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że Europa stała się miażdżarką, wirówką, która w imię państwa prawa wtrąca się w najgłębsze zakamarki naszych najbardziej intymnych wolności. Ale przede wszystkim dlatego, że ta Europa, zaprojektowana dla innego świata, zupełnie nie przystaje do czasów, które nadchodzą. Jesteśmy świadkami, w skali globalnej, powrotu czterech murów nośnych, które uważano za bezpowrotnie znikłe.

Pierwszy mur : granica. Na całym świecie – także wśród naszych europejskich sąsiadów – obserwujemy jej jawny i oczywisty powrót. Dlaczego? Bo świat dostrzega dziś monumentalny błąd popełniony w latach 70. i 80. Nikt nie chciał zobaczyć demograficznej mijanki między Północą a Południem: demograficznego załamania na Północy i eksplozji na Południu. Nikt. A my, Europejczycy, co zrobiliśmy? Stworzyliśmy Schengen dokładnie w chwili, gdy ta mijanka miała się rozpocząć. Trudno nie pomyśleć, że ci, którzy podejmowali te decyzje, byli albo zbrodniarzami, albo całkowitymi ignorantami.

Drugi mur : naród. Cała klasa rządząca uwierzyła w chwili Maastricht, że naród jest pojęciem przestarzałym. Wszyscy sądzili, że demokracja rynkowa ma powołanie, by zunifikować świat, stopić go w jedno, rozpuścić oporne tożsamości niczym banalne kamienie nerkowe. Sam słyszałem, jak François Mitterrand uderzał pięścią w mównicę Parlamentu Europejskiego, przed stojącą i oklaskującą go salą, mówiąc: „Europa to pokój. Nacjonalizm to wojna”. Uwierzyli, że wykorzenili nacjonalizm. A co dostaliśmy? Wojnę. Wszyscy się pomylili. I oto naród wraca. Wszędzie. Drugie rozminięcie się modelu europejskiego z nadchodzącymi czasami.

Trzeci mur: powrót polityki. Utopia maastrichtowska kryła w sobie próbę bez precedensu w historii Europy: unicestwienia samej polityki.

Chodziło po prostu o życie bez polityki — bez rządu, bez demokracji, a nawet bez geografii i bez granic. Dziś wyraźnie widać, że polityka odzyskuje swoje prawa. Populizm jest krzykiem narodów, które nie chcą umrzeć i nie godzą się być rządzone przez sowieckopodobnych komisarzy. To trzecie rozminięcie się Europy z czasami, które nadchodzą.

Czwarty mur: powrót potęgi. Europa została zaprojektowana — cytuję Jeana Monneta i Roberta Schumana — jako konstrukcja tworzona bez państw i bez jakichkolwiek mechanizmów potęgi. Pomyślana była jako byt posthistoryczny, z zewnętrznym federatorem: Ameryką. Sama idea potęgi była jej obca. Europa została zbudowana jako wielki rynek, oparty nie na zasadzie potęgi, lecz konkurencji. Tymczasem jesteśmy dziś spóźnieni o dziesięć, dwadzieścia lat. Bo przyszłość należy do potęgi — a potęga przechodzi przez naród.

Odpowiedzialność Emmanuela Macrona?

Philippe de Villiers przekonuje, że to nie Emmanuel Macron – albo przynajmniej nie tylko on – odpowiada za sytuację, w której znalazła się Francja. Proces ten zaczął się bowiem na długo przed nim — wraz ze wszystkimi tymi, którzy traktat po traktacie przekazywali suwerenność.

„Przypomnijmy referendum z 2005 roku. Francuzi przemówili — i nie zostali wysłuchani. Powiedzieli „nie” projektowi konstytucji europejskiej. A co im odpowiedziano? Traktat lizboński. Czyli to samo, tylko bez narodu. Wtedy właśnie utrwaliła się idea polityki zagranicznej sterowanej z Brukseli, pod kuratelą Waszyngtonu. Emmanuel Macron dołożył do tego swoją osobistą nutę — fantazmatyczne pojęcie „suwerenności europejskiej”. Tymczasem Jean Bodin definiował suwerenność jako cechę władzy, która nie podlega żadnej innej. Przekazać suwerenność to przekazać władzę. A gdy władza nie ma już władzy, nie może już nic dla obywateli zrobić. Albo raczej — może jedno: stać się władzą kompensacyjną, współczującą. Marzy się wtedy o roli przewodnika płaczek nad rowem po katastrofie. Przechodzi się od tragedii do tragedii, byle być w pierwszym rzędzie, obok dyżurnego strażaka. Nie chodzi już o działanie — ani nawet o dobre mówienie — lecz o to, by umieć płakać lepiej niż sąsiad”.

„Emmanuel Macron ucieleśnia system, który w nic już nie wierzy — poza własnym ideologicznym przetrwaniem. Kończy drugą kadencję rozdarty między Wokistanem a Islamistanem, w permanentnej uległości. Nie dostrzega, że wokizm jest starczą chorobą końcowej burżuazyjności zglobalizowanych elit. V Republika dobiega końca. Przypomina statek pijany z dogorywającej IV Republiki — z wszystkimi klinicznymi objawami agonii: słabością władzy, niestabilnością maskowaną „zarządzaniem”, bezsilnością podniesioną do rangi systemu”.

Wybory prezydenckie we Francji 2027: kto zostanie następcą Emmanuela Macrona?

Niezależnie od tego, kim będzie, już dziś wiadomo, że nowy prezydent będzie musiał posiadać dwie niezwykle rzadkie cechy, które wymienia Philippe de Villiers: „Po pierwsze — jasność widzenia, by przejąć ster i uznać, że państwo utraciło kontrolę nad granicami, prawem i finansami. Po drugie — odwagę: odwagę absolutną, zdolność wspinania się na ściany wody i zmierzenia się z trzema feudalizmami, które odebrały Francji potestas i auctoritas„.

Philippe de Villiers: trzy feudalizmy niszczące Francję

„Po pierwsze — feudalizm Brukseli. Trzeba będzie odwrócić porządek prawny i jasno ustanowić nadrzędność prawa krajowego nad europejskim. Trzeba będzie stanąć do konfrontacji. Odmówić. Nie podporządkować się. Prezydent, który odważy się rzucić wyzwanie brukselskiej nomenklaturze, natychmiast zostanie napiętnowany przez Komisję Europejską. To będzie jego pierwszy infamijny pręgierz.

Po drugie — trzeba będzie odebrać auctoritas pięciu sądom najwyższym, odwrócić utrwalone dziś orzecznictwo. To będzie drugi pręgierz.

Po trzecie — należy sprzeciwić się zglobalizowanym elitom, które szerzą — zwłaszcza wśród młodych — zaćmienie świadomości narodowej. To będzie trzeci pręgierz.

Tak zarysowują się — jeśli wolno mi użyć tego określenia — kontury portretu idealnego prezydenta, naznaczonego ofiarniczym pojmowaniem swojej funkcji. Dalekiego od konsumpcyjnego hedonizmu błaznów. Ponad wszystkimi naprawczymi obowiązkami stoi bowiem jedno wyzwanie nadrzędne: przywrócić Francuzom preferencję dla własnego narodu.

Wybory prezydenckie we Francji 2027 to będzie głosowanie ratunkowe, głosowanie ostatniej szansy

Philippe de Villiers zauważa, że dziś większość Francuzów zaczyna od słów: „Jesteśmy zgubieni, nie ma już nadziei”. A potem dodaje: „To niemożliwe, nie możemy przecież porzucić tego kraju”. W tym drugim zdaniu zapala się maleńka iskierka nadziei. Istnieje dziś bardzo duża grupa Francuzów, ich większość, którzy rozumieją, że nie ma już nic do oczekiwania od klasy rządzącej — niezależnie od barw — i że wszystkiego trzeba oczekiwać od tych, którzy — każdy na swój sposób — chcą kraj ocalić.

Wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku będą więc głosowaniem ratunkowym. „Dziś chodzi o ocalenie Francji. Francja stoi nad przepaścią, tuż nad urwiskiem. Jeśli wznoszę ten alarmowy okrzyk, to po to, byśmy nie byli już prześladowani przez widmo zniknięcia narodu francuskiego. To okoliczności stworzą mężczyznę — lub kobietę — powołaną do uniesienia tego ciężaru. Ciężaru ofiary. Ofiarowania. Poświęcenia. Nadszedł czas, by kochać Francję bardziej, niż własny los” – mówi Philippe de Villiers.

JDD/Arkadiusz Jordan

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 26 grudnia 2025