Emmanuel Macron pręży muskuły. Rzecz o „zaawansowanym odstraszaniu nuklearnym” [Nathaniel GARSTECKA]

„Zaawansowane odstraszanie nuklearne” nie zostało zainicjowane przez Emmanuela Macrona w 2022 r., gdy Władimir Putin najechał Ukrainę, dlaczego miałby to zrobić w 2026 r., kilka miesięcy przed końcem swojej kadencji prezydenckiej? Wówczas, gdy ma zostać podjęta decyzja w sprawie programu SAFE, który ma odciąć Europejczyków od zamówień sprzętu wojskowego ze Stanów Zjednoczonych? – pyta Nathaniel GARSTECKA
.Imponujące obrazy: prezydent Republiki Francuskiej eskortowany przez cztery samoloty Rafale, przemowa wygłoszona w bazie Île Longue przed atomową łodzią podwodną Le Téméraire, mocne deklaracje dotyczące francuskiego odstraszania nuklearnego, poruszająca Marsylianka… Inscenizacja jest niemal idealna i każdy francuski patriota mógłby w tym miejscu przyklasnąć.
Także czas wydarzenia został dobrze zaplanowany. Dwa dni po rozpoczęciu izraelsko-amerykańskiej ofensywy przeciwko reżimowi mułłów w Iranie prezydent Emmanuel Macron wygłosił przemówienie na temat francuskiej doktryny odstraszania nuklearnego. Było to przemówienie bardzo oczekiwane, biorąc pod uwagę klimat wojny panujący na świecie: wojna w Europie Wschodniej, wojna na Bliskim Wschodzie, napięcia w Ameryce Łacińskiej…
Wśród znaczących oświadczeń francuskiego prezydenta najważniejsze było bez wątpienia następujące: „Musimy wzmocnić nasze odstraszanie nuklearne w obliczu wzrostu zagrożenia i przemyśleć naszą strategię na kontynencie europejskim, z pełnym poszanowaniem naszej suwerenności, poprzez stopniowe wdrażanie tego, co nazwałbym zaawansowanym odstraszaniem”. Emmanuel Macron przedstawił pomysł umieszczenia w niektórych krajach europejskich „strategicznych sił powietrznych”, które mogłyby przenosić ładunki nuklearne.
.„Nasze strategiczne siły powietrzne będą mogły w ten sposób działać w głębi kontynentu europejskiego. Rozproszenie na terytorium europejskim, by powstał archipelag sił, skomplikuje kalkulacje naszych przeciwników. Wzmocni to naszą obronę, zapewniając jej większy zasięg” – wyjaśnił, zaznaczając jednocześnie, że Francja zachowa pełną kontrolę nad wykorzystaniem tych sił. Nie będzie więc dzielenia się odstraszaniem nuklearnym.
Debata ta nie jest nowa. Na początku 2025 r. Emmanuel Macron wspomniał już o objęciu parasolem nuklearnym Francji swoich europejskich sojuszników, w szczególności Niemiec, Polski i Szwecji. Minął rok i właśnie byliśmy świadkami nieco bardziej oficjalnych oświadczeń na ten temat. Jest to znaczący postęp, choć pozostaje jeszcze wiele do zrobienia. Należy bowiem pamiętać, że Francja jest jedyną potęgą nuklearną w Unii Europejskiej. Zarówno pod względem historycznym, jak i materialnym ma ona legitymację i potencjał, aby stać się jednym z filarów europejskiej obrony, a nawet jej liderem.
Problem leży jednak w sferze politycznej. Gdy Stany Zjednoczone i Izrael walczą o osłabienie, a nawet obalenie islamistycznego reżimu w Teheranie, Francja zwleka. Typowy dla francuskich elit antytrumpizm zaciemnia przekaz. Jak wierzyć, że Francja skutecznie zapewni bezpieczeństwo swoim europejskim sojusznikom, skoro hasłem przewodnim jej dyplomacji jest „przede wszystkim negocjacje”? Jak wierzyć, że Francja będzie chciała stać się militarnym liderem w Europie, skoro wydaje się zajęta wyłącznie inscenizowaniem swojego dziecinnego sprzeciwu wobec Stanów Zjednoczonych?
.Zamiast natychmiast wysłać lotniskowiec Charles de Gaulle na miejsce, aby wesprzeć naszych sojuszników z Zatoki Perskiej zagrożonych irańskimi bombardowaniami, Francja utrzymuje swój zespół uderzeniowy na Bałtyku, aby uczestniczyć w ćwiczeniach z krajami Europy Północnej. Ćwiczenia te są oczywiście ważne, a rozmieszczenie naszych sił w tym regionie Europy ma kluczowe znaczenie, ale obecnie pilniejsze sprawy wymagają natychmiastowej reakcji.
Kolejna stracona szansa dla Emmanuela Macrona? Po 2022 r. i upokorzeniu ze strony Władimira Putina, po wycofaniu się z Afryki Sahelskiej, po odmowie odcięcia się od Brukseli i Berlina (co będzie jednak konieczne, jeśli Francja chce trwale zająć pierwsze miejsce w Europie), to kolejna stracona szansa na udział w historycznych wydarzeniach na Bliskim Wschodzie. Emmanuel Macron idzie w ślady Dominique’a de Villepina?
Zmiana stanowiska Emmanuela Macrona w sprawie energii jądrowej jest z pewnością mile widziana, zaprzeczanie temu byłoby nieuczciwe, ale świadczy ona przede wszystkim o braku długotrwałej wizji prezydenta. Ten, który chciał „na nowo zdefiniować architekturę bezpieczeństwa Europy wraz z Rosją” i zamierzał zamknąć francuskie elektrownie jądrowe na rzecz umów gazowych z Moskwą, został zaskoczony, gdy 24 lutego 2022 r. Władimir Putin najechał Ukrainę. W tym właśnie momencie prezydent mógł i powinien był w końcu zainicjować tak bardzo potrzebną nam francuską ofensywę przemysłowo-zbrojeniową i dyplomatyczną. Jednak jego działania były niezwykle powolne i niewiarygodnie nieśmiałe.
„Nuclear sharing” na rzecz krajów Europy Środkowej i Wschodniej powinno było zostać zaproponowane już w dniu, w którym rosyjskie wojska przekroczyły granicę Ukrainy. A nawet wcześniej, aby wzbudzić wątpliwości kremlowskiego dyktatora. Oznaczałoby to jednak przyznanie racji Polakom i Bałtom, którzy od lat ostrzegali przed zagrożeniem ze strony Moskwy. Tym Polakom, „sługom Waszyngtonu”, którymi francuskie elity tak bardzo lubią jakże często pogardzać. To sprawia, że wątpią oni również w prawdziwe intencje Emmanuela Macrona.
Za rok francuski prezydent będzie pakował walizki i nic nie wskazuje na to, że jego następca będzie chciał kontynuować integrację Europy w ramach francuskiego odstraszania nuklearnego. Czy prezydent robi to tylko po to, aby podnieść swoją popularność (która wynosi zaledwie 15–20 proc.)? Czy nie myśli wyłącznie o swojej europejskiej przyszłości po opuszczeniu Pałacu Elizejskiego? Aby zapewnić sobie wysokie stanowisko w Brukseli, Emmanuel Macron potrzebuje wsparcia Niemców: to prawdopodobnie wyjaśnia, dlaczego pozwolił Berlinowi podnieść się po kryzysie z lat 2022–2025, zamiast pracować nad nowym sojuszem z Warszawą, Sztokholmem i Rzymem, równolegle do „francusko-niemieckiego duetu”.
.Jeśli Emmanuel Macron nie zainicjował „zaawansowanego odstraszania nuklearnego” w 2022 r., to dlaczego miałby to zrobić w 2026 r., kilka miesięcy przed końcem swojej kadencji prezydenckiej? Jak nie wierzyć, że prawdziwym celem tego manewru jest Waszyngton, a nie Moskwa, gdy ma zostać podjęta decyzja w sprawie programu SAFE (który ma odciąć Stany Zjednoczone od europejskich zamówień sprzętu wojskowego)?
Wreszcie, co z siłami konwencjonalnymi? Wszystkie ostatnie konflikty pokazują nam, że nie można pominąć artylerii, pocisków, lotnictwa, dronów i pojazdów opancerzonych. 13 maja 2025 r. w wywiadzie telewizyjnym dla TF1 Emmanuel Macron udzielił odpowiedzi na to pytanie: „Ponieważ nie potrzebujemy ich. To normalne, że nie dysponujemy takimi samymi zdolnościami w zakresie pocisków i rakiet jak inni, ponieważ naszym modelem armii jest odstraszanie nuklearne. Nie jesteśmy przygotowani na linię frontu lądowego”. Słowa te padły trzy lata po wybuchu wojny na Ukrainie. Skoro użycie broni jądrowej jest tylko ostatnią deską ratunku w przypadku ekstremalnego zagrożenia żywotnych interesów, to czy Francja użyje jej w przypadku „ograniczonej” inwazji Rosji na kraje bałtyckie lub przesmyk suwalski?
Jeśli władze francuskie naprawdę zamierzają przejąć inicjatywę w zakresie bezpieczeństwa europejskiego i bronić sojuszników Francji w razie zagrożenia, możemy to tylko pochwalić. Jednakże potrzeba znacznie więcej, aby rozwiać uzasadnione wątpliwości, a na pewno nie osiągniemy tego, pozostając na poziomie 2 proc. PKB przeznaczonego na obronność. Biorąc pod uwagę stan francuskich finansów publicznych, przejście do poziomu 3 proc. PKB będzie niezwykle trudne zarówno z punktu widzenia budżetu, jak i stabilności politycznej w Paryżu.
Francja powinna przemyśleć zmianę swojego podejścia do Stanów Zjednoczonych. Powinna przestać traktować je jako przeciwnika, którego należy siłą usunąć z Europy, a raczej pracować nad zapewnieniem lepszej oferty krajom korzystającym z amerykańskich kontraktów. Nie należy ślepo sprzeciwiać się Waszyngtonowi, ale zaproponować wiarygodną alternatywę strategiczną – czym idea „europejskiej autonomii strategicznej” obecnie nie jest. Jasne jest też, że nie należy odmawiać udziału w zachodnich operacjach wojskowych, okazywania dziecinnego buntu wobec Ameryki i Donalda Trumpa.
.Kiedy Francja będzie wystarczająco potężna i chętna, aby samodzielnie zmusić Rosję do ustępstw lub zlikwidować irańskie instalacje wojskowe, dopiero wtedy stanie się poważnym partnerem dla krajów europejskich, które oskarża się o zdradę, ponieważ kupują samoloty F-35, a nie Rafale. Czy należy tego chcieć? Tak. Czy jest to możliwe w najbliższych latach? Nie. Kontynuujmy więc nasze wysiłki na rzecz ponownego uzbrojenia, unikajmy żenujących wybuchów entuzjazmu w obliczu (co prawda efektownych) inscenizacji Emmanuela Macrona i przedkładajmy nasze bezpieczeństwo nad względy polityczne i ideologiczne, takie jak przedwczesna autonomia wobec Stanów Zjednoczonych czy ekologiczne i progresywistyczne fantazje naszych elit.
Nathaniel Garstecka




