Piotr LEGUTKO: Długi cień marca Piotr LEGUTKO: Długi cień marca

Długi cień marca

Piotr LEGUTKO

Dziennikarz, publicysta, pedagog. Debiutował w „Tygodniku Powszechnym”. Od 1991 do 1997 w „Czasie Krakowskim”, także jako redaktor naczelny. Od 2007 do 2011 r. redaktor naczelny „Dziennika Polskiego”, obecnie pracuje w „Gościu Niedzielnym”. Jest współautorem (z Dobrosławem Rodziewiczem) książek „Gra w media” i „Mity IV władzy”, autorem poradnika „Sztuka debaty”, zbioru esejów „Jad medialny” oraz wywiadów „Kod buntu” i „Dlaczego zawiedliśmy?”. Wykładowca Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. Wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Kieruje kanałem TVP Historia.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

W tej wojnie ofiarą padła cała Polska. Komunistom udało się napuścić na siebie ludzi wewnątrz kraju i na całe dekady zszargać jego wizerunek za granicą – pisze Piotr LEGUTKO

Marzec 1968 do dziś kładzie się cieniem na wizerunku Polski w świecie, choć to Polska stała się wówczas ofiarą komunistycznych represji. Skrzywdzonych zostało tysiące ludzi, naszych obywateli, nie tylko pochodzenia żydowskiego. Straty poniosły nauka i kultura narodowa. To one były obiektem ataku, który przeprowadził narzucony nam aparat komunistycznego państwa. Wydarzenia sprzed pół wieku są koronnym dowodem na to, że system totalitarny nie skończył się nad Wisłą wraz ze śmiercią Józefa Stalina.

Myślenie o historii zdominowane jest przez obrazy. Marzec kojarzony bywa najczęściej z obrazem anonimowego tłumu zgromadzonego w jakiejś hali fabrycznej pod dziwnie brzmiącymi transparentami w rodzaju „Syjoniści do Dajana”. Dziwny to tłum, trochę surrealistyczny: posępne, zmęczone twarze, zero emocji. I te hasła… Można powiedzieć kwintesencja komuny. Marcowe polskie masówki radykalnie różniły się od praskiej wiosny czy paryskiej rewolty. Były ponurą ustawką, kontrastującą ze zwoływanymi spontanicznie wiecami na uczelniach, gdzie czuło się już wiosnę ludów. Używając znanej metafory, można powiedzieć: to tam była Polska. W zakładach pracy panował głęboki PRL. To ważne uściślenie, bo lata 60. przez ostatnie pół wieku poddane zostały dyskretnemu retuszowi, pokazuje się je zwykle z nutą ciepłej nostalgii. Ale to nie były czasy bigbitu i małej stabilizacji, raczej szarości, biedy i beznadziei, doskonale odmalowanej w powieści „Madame” Antoniego Libery. Czasy utraconych nadziei i „dyktatury ciemniaków”.

Często w rozważaniach o genezie Marca ’68 pomijany jest jego międzynarodowy kontekst, czyli konflikt Izraela z Egiptem. Nakładał się on w sposób oczywisty na konfrontację supermocarstw. Latem 1967 r. sympatie Polaków sytuowały się zdecydowanie po jednej stronie. „Nasi Żydzi pobili ich Arabów” – mówiła warszawska ulica o wojnie sześciodniowej. Władza zaś stała murem po drugiej stronie, czyli tam, gdzie swoje interesy miała Moskwa. Masówki potępiające „syjonistów” zaczęły się więc na długo przed marcem, bo już w czerwcu 1967 roku. Wtedy to Gomułka rzucił słynne słowa o „V kolumnie”, które natychmiast zostały podjęte przez „partyzantów” Mieczysława Moczara. Sztuczność rozpętanej wówczas antysemickiej nagonki najlepiej oddaje popularny żart: „Tato, jak się pisze syjoniści? Nie wiem, ale przed wojną pisało się przez Ż”.

Każda dyktatura jak tlenu potrzebuje wroga. Zewnętrznego i wewnętrznego. „Syjoniści” byli wrogiem wykreowanym według przepisu „dwa w jednym”. Wykreowanym i od razu nazwanym z imienia i nazwiska, pisanego obowiązkowo w liczbie mnogiej. Szczuto na „Zambrowskich, Werflów, Dajczgewandów, Szlajferów, Alsterów”. Trudno dokładnie określić, kiedy marcowy seans nienawiści się rozpoczął, na ile styczniowe zdjęcie z afisza „Dziadów” było już elementem tego właśnie scenariusza.

Choć do dziś historycy są wstrzemięźliwi w opisywaniu szczegółów walk frakcyjnych wewnątrz obozu władzy, to strategia Moczara (w końcu szefa MSW) wydaje się dość przejrzysta i stosunkowo dobrze udokumentowana. Teksty, które 11 marca ukazały się w „Trybunie Ludu” i „Słowie Powszechnym” (organie PAX), nieomal tożsame z treścią rezolucji przyjętej na masówce w FSO – są kopią tajnej notatki zredagowanej w gabinecie ministra spraw wewnętrznych. Z powielaną wszędzie charakterystyczną pomyłką w jednym nazwisku – Dojczgewand.

Teorie spiskowe na temat Marca ’68 nie są traktowane z należytą im uwagą, lepiej sprzedaje się opowieść o samorodnym zrywie społecznym, którego nikt nie inspirował. Ale już wtedy na antenie RWE Jan Nowak-Jeziorański stawiał mocną tezę: to Moczar świadomie sprowokował zajścia uliczne, bo chciał zademonstrować wobec Gomułki, że bezpieka jest jedynym gwarantem systemu. Towarzysze walki i pracy wspominają, że minister swoim podwładnym mówił wprost: „Dopuście tłum pod Dom Partii, nic nie zaszkodzi, jeśli »stary« się trochę przestraszy”.

Czystki, które miały miejsce tamtej wiosny, objęły praktycznie całą administrację państwową, koncesjonowane stowarzyszenia, instytucje kultury, PZPR. Klucz był rasowy i klasowy. Ostrze ataku skierowano na inteligencję, literatów, ludzi nauki. Szczególnie wysoką cenę za naiwny poryw ducha zapłaciła młodzież, nie tylko studencka, choć ta przede wszystkim. Z samego UW wyrzucono 1616 osób, większość mężczyzn natychmiast wcielono do wojska. O naiwności można mówić oczywiście jedynie w kategoriach ideowych, bo w Marzec młodzi wchodzili jeszcze z „Międzynarodówką” na ustach, broniąc konstytucji PRL i bezprawnie relegowanych kolegów. Socjalizm wybito im z głów pałami, a o szczególnej perfidii władzy świadczy wysłanie przeciw studentom robotniczego aktywu. Jeszcze jeden, może nawet koronny dowód na to, że władza grała wtedy na mocny podział społeczny. Wtedy jeszcze dość skutecznie.

Znamienny był sposób myślenia partyjnych demiurgów, widoczny choćby w przekazach dnia publikowanych wówczas na czołówkach gazet i transparentach. Całe zło zrzucano na „prowodyrów”, co wynikało nie tylko z doktryny mówiącej, że lud pracujący miast i wsi jest samym dobrem. W rzeczywistości otwarcie pogardzano tym ludem, oceniano, że sam przecież nie jest w stanie prawidłowo rozeznać, co mu się sufluje. Stąd obsesja owych prowodyrów, próbujących w roli suflerów zastąpić przewodnią siłę narodu. Patrząc na ikoniczny obraz marcowej masówki, można postawić tezę, że polski lud potrafił wejść w tę konwencję, doskonale oddając swoim zachowaniem jej umowność. Prawdziwe emocje i odczucia lud pokazał natomiast dwa lata wcześniej, podczas uroczystości milenijnych. Jakkolwiek przykro to zabrzmi, wydarzenia marcowe traktowano w Polsce trochę jak spór w partyjnej rodzinie.

Najbardziej ponura opowieść o Marcu wiąże się z opuszczeniem Polski przez ok. 20 tys. naszych obywateli narodowości żydowskiej. Ponura nie tylko dlatego, że stali się oni ofiarami czystek, stracili pracę, status społeczny, złamano ich kariery. Wielu z tych ludzi wyjechało dobrowolnie, nie mogąc znieść panującej wokół atmosfery. Ból zabrali ze sobą. Ani oni, ani ich bliscy nie mają dobrych skojarzeń z Polską. Dla nich pojęcie „tradycyjnego polskiego antysemityzmu” ma konkretną treść.

Warto jednak 50 lat później przypomnieć, kto za ten ból ponosi odpowiedzialność. Kto nagonkę inspirował, kto ją przeprowadzał? Czym był PRL i kim byli jego administratorzy? Żeby sprawę utrudnić, trzeba także poszukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wielu Polaków – w zakładach pracy, na uczelniach, wspólnotach sąsiedzkich – nie dało nagonce odporu, a nawet się w nią włączyło. I tu warto uświadomić sobie, czym była propaganda tamtych lat. Dziś już nikt nie ma wątpliwości, że medialny atak może wyrządzić w tkance społecznej ogromne szkody, ale orkiestrowanie nagonki w warunkach roku 1968 to było dopiero prawdziwe tsunami. Nie istniał jeszcze nawet drugi obieg. Prano ludziom mózgi bezkarnie i na ogromną skalę, przy użyciu jednego telewizora z jednym programem, jednego radia i jednej gazety – choć z różnymi tytułami. To nie mogło pozostać bez wpływu na zachowania – zwłaszcza tej „wierzącej w partię”, wciąż niemałej części społeczeństwa. Trudno się dziwić, że główne hasło studenckich (i nie tylko) protestów brzmiało: „Prasa kłamie”.

To był gwałt „przez oczy i uszy”, zaprogramowany i przeprowadzony na zimno, cynicznie, prawdopodobnie nawet bez szczególnych antysemickich emocji. Jak bardzo instrumentalnie traktowano tę nagonkę, świadczy zapis cenzury z 24 czerwca 1968 roku, w którym zalecano „zaprzestać” i „nie eksponować” wątku „syjonistów”. Moczarowi zabrakło tamtej wiosny do całkowitego sukcesu w wewnątrzpartyjnej rozgrywce ponoć jednego głosu – Leonida Breżniewa. W lipcu pierwszy ludowy partyzant PRL przestał być ministrem spraw wewnętrznych. Gomułka wygrał, ale w tej wojnie ofiarą padła cała Polska. Komunistom udało się napuścić na siebie ludzi wewnątrz kraju i na całe dekady zszargać jego wizerunek za granicą. Tak przy okazji.

.Marzec ’68 był niewątpliwie doświadczeniem pokoleniowym. Pozbawił złudzeń tych, którzy jeszcze je mieli. Pokazał całkowitą obcość, cynizm i brutalność komunistów. Ale po marcu był sierpień i polskie tanki nad Wełtawą. I trzeba było kolejnej dekady, by odbudować w Polakach to, co w 1968 roku zostało najmocniej zaatakowane. Naszą solidarność.

Piotr Legutko
Tekst opublikowany w wyd. 3 miesięcznika opnii “Wszystko Co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 marca 2021
Fot. Andrzej WIERNICKI / Forum

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam