Piotr SENDECKI: Wspomnienie z okresu dojrzewania.
Tomasz Wiszniewski (1958 – 2016)

TSF Jazz Radio

Wspomnienie z okresu dojrzewania.
Tomasz Wiszniewski (1958 – 2016)

Piotr SENDECKI

Adwokat w spółce "Adwokaci Sendecki i Partnerzy". Prezes Stowarzyszenia Naukowego "Pro Scientia Iuridica."

zobacz inne teksty autora

Przed ponad dwoma laty (20 listopada 2016 r.) zmarł reżyser Tomasz Wiszniewski, autor m.in. filmu „Wszystko będzie dobrze”. Ten zwłaszcza obraz wrył się głęboko w moją pamięć i to nie tylko z racji świetnej roli Roberta Więckiewicza, który wtedy ukazał w pełni swój kunszt aktorski, ale także z powodu głębokiego przesłania filmu, jego humanizmu i duchowości – wolnej jednak od nachalności i dydaktyzmu – pisze Piotr SENDECKI

Tomasz był synem znanego lubelskiego aktora Włodzimierza i bratankiem wybitnego dokumentalisty Wojciecha, przedwcześnie zmarłego. Wyrastał w atmosferze artystycznej, stryj był jego idolem od najmłodszych lat. Pamiętam – było to pod koniec liceum – zaproszenie na filmy Wojciecha Wiszniewskiego, na zamknięty pokaz w ramach dyskusyjnego klubu filmowego (DKF-u): prezentowane były tzw. pułkowniki, tj. filmy z zapisem cenzorskim, niedostępne w powszechnej dystrybucji, o telewizji nie wspominając. W większości kultowe dzieła dokumentalne czy lekko fabularyzowane, a wśród nich „Robotnicy ’71”, „Historia pewnej miłości”, „Sztygar na zagrodzie”, „O człowieku, który wykonał 552% normy”, „Elementarz”, „Stolarz” – fascynowały prawdą przekazu, obnażającą opresyjną i beznadziejną rzeczywistość realnego socjalizmu, jego zakłamanie, pogardę dla człowieka. Filmy te weszły do szerszego obiegu w okresie pierwszej Solidarności, w roku, w którym ich autor przedwcześnie zmarł. Wtedy Tomek studiował już w łódzkiej Filmówce reżyserię, spotkał na swej drodze Romana Polańskiego i Wojciecha Hasa. 

* * *

.Zanim doszło do tych spotkań, Tomek – lublinianin z urodzenia – uczył się w Liceum im. Zamoyskiego, w którym stawiał swoje pierwsze kroki reżyserskie. Prowadził uczniowski teatr autorski, stworzony z rówieśnikami, w rywalizacji z równie ambitnymi kolegami, konkurującymi na niwie teatralnej o palmę pierwszeństwa. Tworzył własne scenariusze przedstawień, z których jedno nosiło tytuł „Pupa”. Odwoływało się do kultowego, a wówczas prawie niedostępnego dzieła Gombrowicza, przy czym wpływ lektury „Ferdydurke” nie sprowadzał się tylko do tytułu, a dotyczył w ogóle problemu dojrzewania, konfliktów pokoleniowych i pierwszych uniesień miłosnych. Oprócz „Ferdydurke” czytaliśmy wówczas „Bakakaj”, zbiór młodzieńczych, debiutanckich opowiadań Gombrowicza, opublikowanych w 1933 r. pod tytułem „Pamiętnik z okresu dojrzewania”, wznowiony w PRL w 1957 na fali październikowej odnowy. W znacznej części konstrukcja „dramatu” nawiązywała do Gombrowicza, ale posiadał swą oryginalną warstwę, opartą na właściwych wiekowi rozmowach o sprawach istotnych i na autentycznym materiale w postaci młodzieńczych listów miłosnych, które znalazły się w sztuce za moim pośrednictwem. Role dramatis personae grali Agnieszka, sam reżyser i jeszcze jeden kolega, którego obraz w mojej pamięci już się zamazał. Reżyser chciał wciągnąć także innych do udziału w przedstawieniu, ale bezskutecznie. Nie udało mu się namówić do aktorstwa Jarka Salomonowicza (który przedwcześnie odszedł), mającego również pewien wpływ na dramaturgię. Jarek należał do naszego kręgu przyjacielskiego, wyróżniał się wnikliwą inteligencją, ciętym dowcipem, oczytaniem, błyskotliwością, pewną tajemniczością kryjącą wewnętrzną walkę. Stanowiliśmy przez parę lat trójkę przyjaciół, która rywalizowała o tę samą dziewczynę – wyraźnie z tego zadowoloną. A poza tym chodziliśmy do teatru, na koncerty, na wystawy do galerii Labirynt, nowatorsko prowadzonej przez Andrzeja Mroczka, do lubelskiego BWA. Wtedy Mroczek jako kurator organizował wystawy promujące młodych artystów, zapraszał na filmy artystyczne, połączone z prelekcją i dyskusją. 

Na jednym z takich spotkań włączyliśmy się z właściwą wiekowi młodzieńczemu zapalczywością w dyskusję na temat „Psa andaluzyjskiego” Buñuela: Tomasz spierał się ze wszystkimi o przesłanie tego surrealistycznego filmu, o jego miejsce w historii i znaczenie dla sztuki. Kłóciliśmy się, kto jest większym reżyserem – Bergman czy Buñuel. Oglądaliśmy w DKF-ach szokujące tematyką „Piękności dnia” z zachwycającą i uwielbianą Catherine Deneuve, „Dyskretny urok burżuazji”, „Mroczny przedmiot pożądania”, Bergmanowskie „Milczenie”, „Szepty i krzyki” (z Harriet Andersson, Liv Ulman), „Jesienną sonatę” (z Ingrid Bergman, Liv Ullman). Wymądrzaliśmy się na temat tych dzieł głównie na podstawie przeczytanych recenzji, gdyż same filmy były długo niedostępne, a wchodziły do ograniczonego rozpowszechniania ze znacznym opóźnieniem, z reguły do wspomnianych klubów filmowych, stanowiących w PRL-owskiej rzeczywistości okno na światowe kino. Trochę snobowaliśmy się tymi filmami, wystawami, koncertami, dyskusjami, ale był to snobizm pozytywny – pobudzający, generujący samokształcenie, poznawanie, rozwój…

* * *

.Inspirowani przez Wiszniewskiego śledziliśmy, kiedy i gdzie będzie wyświetlane „Wielkie żarcie” Ferreriego, film, który trafił do kin studyjnych w okresie zbliżonym do wydarzeń radomskich, a w każdym razie w tym czasie funkcjonował w naszej świadomości. Ten dekadencki, prowokacyjny obraz ukazywał historię czterech bogatych mężczyzn, którzy spotykają się w kapiącej zbytkiem willi w celu popełnienia samobójstwa z przejedzenia. Hedonistyczna orgia wymyślnego obżarstwa i seksu, odbywająca się w ekskluzywnym entourage’u pałacu arystokraty – w konfrontacji z przaśną rzeczywistością PRL, z niedoborami podstawowych produktów bytowych, wprowadzeniem kartek na żywność i ogłoszoną w czerwcu 1976 podwyżką cen podstawowych produktów żywnościowych – zdawała się być kwintesencją surrealizmu. 

Z podchmielenia nadrealizmem wyprowadzała nas jednak szybko brutalna rzeczywistość, trzeźwiąca skutecznie z rojeń nad konsumpcjonizmem, materializmem i hedonizmem świata. Właśnie rozgorzała – tak to wtedy odbieraliśmy – krwawa rozprawa komunistycznego systemu z robotnikami Radomia i Ursusa, protestującymi przeciwko podwyżkom i spadkowi poziomu życia. W zalążku tliła się coraz poważniej niezgoda na istniejący system, co władza komunistyczna dobrze już wtedy rozpoznała: świadczyły o tym siła reakcji, tortury, okrutne i nieludzkie traktowanie – mówiąc językiem Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka, o której stosowaniu w Polsce jeszcze się wtedy nikomu nie śniło. Nie dostrzegaliśmy wówczas, że w istocie podłożem jest wewnętrzna walka o władzę tocząca się w aparacie partii komunistycznej, sprytnie inspirowana przez służby wojskowe i cywilne, znające świetnie – i wykorzystujące – nastroje społeczne, niezadowolenie ludzi i ludzkie słabości. 

Z szeptanych informacji i z Wolnej Europy dowiadywaliśmy się o bestialskich represjach stosowanych przez milicję, których symbolem były „ścieżki zdrowia”, o bezprawnych aresztowaniach i masowych zwolnieniach z pracy. Tak zwane środki masowego przekazu, będące tubą propagandy komunistycznej, usiłowały urabiać opinie korzystne dla władzy; przodowali prezenterzy dziennika telewizyjnego, informacyjnych serwisów radiowych, posługując się kłamstwem, zjadliwymi komentarzami. Organizowane były akcje propagandowe, pełne zakłamania i obłudy wiece na stadionach, potępiające „warchołów”. Ściągano na nie całe załogi zakładów pracy, uczniów i studentów. Po stronie władzy – w charakterze mówców piętnujących protesty robotnicze, sławiących zalety socjalizmu i składających hołdownicze przysięgi wierności partii przewodniczce – występowały całkiem ochoczo osoby zajmujące wyższe pozycje społeczne czy zawodowe, naukowcy, pisarze, aktorzy. Byli wśród nich, niestety, także prawnicy, przedstawiciele mojej przyszłej profesji: kilku partyjnych adwokatów, których później poznałem, a którzy jawili się jako ludzie przyzwoici, ojcowie kochający swoje rodziny, dbający o dzieci, pomocni sąsiadom i znajomym, skłonni wygłaszać tyrady o moralności, tacy „specjaliści od etyki”. 

Ludzi takich, podatnych na koniunkturalne włączanie się w działania po stronie władzy, spotykaliśmy w autorytarnym systemie PRL, pozbawionym barier dla ochrony praworządności i mechanizmów demokratycznych. Pojawiają się oni i obecnie, również w kraju formalnie demokratycznym, lecz o niedojrzałej kulturze politycznej, nieugruntowanych standardach funkcjonowania systemu podziału władz, praworządności, przestrzegania konstytucji, poszanowania praw mniejszości i uznania dla walorów pluralizmu w życiu społecznym. W takich warunkach triumfują osoby z zapędami autorytarnymi, owładnięte totalistyczną – czarnej, brunatnej czy czerwonej maści – wizją państwa i życia społecznego, znające jedyną prawdziwą odpowiedź na wszystkie problemy życia, dzielące społeczeństwo na patriotów (swoich) i obcych (kosmopolitów, proeuropejskich liberałów), ludzi lepszego i gorszego sortu, na tych, co stoją tu, a kiedyś byli tam, traktujące osoby inaczej myślące jako obce, wrogie, jako owych „warchołów”, jak ich nazywano na stadionowych wiecach w 1976 roku.

Do dziś powracają obrazy udokumentowanego aktywnego udziału w stadionowych wiecach, ślady ze wspierania opresyjnego stanu wojennego; zapisane są oportunistyczne i służalcze wypowiedzi, wiadome są pełnione koniunkturalnie funkcje w aparacie władzy oraz otrzymane gratyfikacje, przywileje, nominacje i zaszczyty. Żyją one w świadomości i wracają jak odnalezione w rodzinnym albumie zdjęcie „kochanego tatusia” czy „dobrotliwego dziadzia” w… mundurze esesmana: nie wiadomo, skąd się wzięło, a jeśli już jest w albumie, to ta podniesiona ręka oznaczała – jak w starej anegdocie – „hola, hola, panie Hitler”. 

Rozprawialiśmy z Tomaszem o tym gorąco, roztrząsaliśmy etyczną stronę zachowań, postawy koniunkturalne i te dające świadectwo prawdzie, uczciwości. Dyskusja nabierała nieraz wysokiej temperatury – zapewne także z osobistych powodów, z uwikłań i powiązań. W argumentacji pojawiała się Hannah Arendt z esejami o naturze zła, Erich Fromm z analizami mechanizmów „ucieczki od wolności”. Te lektury o formacyjnym charakterze nadawały ton dyskusji, kształtowały postawy, a i dzisiaj pozostają wartościową lekturą, skłaniającą do myślenia o otaczającej rzeczywistości. 

Katalizatorem przemian świadomości naszego pokolenia były zmiany w konstytucji na początku 1976 roku, które wprowadzały zapisy o przewodniej roli PZPR i wieczystej przyjaźni z ZSRR. Żyliśmy wówczas heroicznym i samotnym protestem posła Stanisława Stommy oraz wydarzeniami Czerwca 1976 roku w Radomiu i Ursusie. Oddziaływały też silnie krystalizujące się wtedy różne formy oporu społecznego, powstanie KOR-u, SKS-u, ROPCiO, które po czterech latach zaowocowały Solidarnością i nawiązaniem wcześniej nieistniejącego sojuszu inteligencji z robotnikami. Wywoływało to gorące dyskusje, podsycane rozmowami o filmach Wojciecha Wiszniewskiego oraz bieżącymi wydarzeniami (procesy radomskie, milicyjne ścieżki zdrowia), informacjami z codziennych nasłuchów Wolnej Europy. 

* * *

.Opresyjna rzeczywistość konkurowała często z kinem i teatrem, ale ich nie przesłaniała. Tomek zachwycał się Kubrickowską „Mechaniczną pomarańczą” (z Malcolmem McDowellem w roli Alexa), która we mnie – już widzącym siebie jako prawnika, obrońcę praw człowieka – wywoływała sprzeciw związany z etycznym wymiarem stosowania terapii Ludovica: ta fikcyjna technika resocjalizacyjna polegać miała na wlewaniu do organizmu zbrodniarza płynu wywołującego wstręt do agresji, ale także do seksu i muzyki, co w naszym młodzieńczym życiu wydawało się czymś szczególnie niepojętym. Muzyka – stanowiła ważny element filmu: słuchaliśmy „Dziewiątki” Beethovena i „Sarabandy” Haendla, przetworzonych przez syntezator Mooga, i porównywaliśmy je z wersjami oryginalnymi. Inne jeszcze filmy pochłaniały Tomka, wciągającego otoczenie w swoje pasje: „Absolwent” Mike’a Nicholsa z Dustinem Hoffmanem i Anne Bancroft, z muzyką Simona & Garfunkela i Dave’a Grusina, ze słynną piosenką „Mrs. Robinson”, która brzmi w uszach tak, jakby to było wczoraj. Podśpiewywaliśmy „O Lucky Man!” ze słynnego filmu Lindsaya Andersona, również z McDowellem w roli smutnego Micka Travisa. Tomasz upodabniał się nawet fizycznie do aktora, który był dla nas takim Jamesem Deanem lat 70. Wszystkie te kultowe filmy z McDowellem łączył wątek surrealistyczny, czasami kafkowski: samotność jednostki zderzającej się z bezduszną machiną, wymuszającą podporządkowanie; absurdalność obrazu człowieka z przyszytym tułowiem świni, przekraczający tabu obraz kobiety karmiącej Travisa piersią w kościele niczym Madonna z Dzieciątkiem… Tomasz prowadził wywód na temat związków Buñuelowskiego „Psa andaluzyjskiego” z Andersonowskim „O Lucky Man!”; dostrzegał pokrewieństwo twórców, łączył oba obrazy, które dzieliło ponad 50 lat, w sekwencyjny ciąg twórczy. Zachwycaliśmy się muzyką Alana Price’a, śpiewaliśmy piosenki dawnego Animals, sytuowanego w naszej hierarchii na szczycie, jednocześnie kpiliśmy z idolów naszych kolegów – z popularnego wtedy brytyjskiego popu (Smokie, Garry Glitter, Sweet, Bee Gees), określając go jako kwintesencję szmirowatego kiczu (czyniliśmy wyjątki dla Davida Bowiego i Deep Purple).

Zainteresowania nie ograniczały się do teatru czy filmu. Chodziliśmy na wernisaże wystaw do Labiryntu i BWA. Z tego okresu pamiętam oglądane wspólnie prezentacje twórczości Józefa Robakowskiego, Jana Berdyszaka, Lachowiczów, Teresy Murak, Marka Sapetto, Jacka Siennickiego, a także pierwsze informacje o Kōjim Kamojim, a trochę później jeszcze o młodych wówczas twórcach – Leonie Tarasewiczu, Tomaszu Tatarczyku, Mirosławie Bałce, Krzysztofie Bednarskim… Jednak przede wszystkim wpatrywaliśmy się w artystycznego guru, którym był kurator i późniejszy dyrektor BWA, wspomniany już Andrzej Mroczek, promujący artystów współczesnych, ceniący wysoki warsztat plastyczny, a nade wszystko sztukę konceptualną, performatywną. Tworzenie sztuki na żywo, interakcje autora z odbiorcą stały się żywiołem Tomasza. Świeża była pamięć słynnego happeningu pod nazwą „Ból Tomka Kawiaka”, polegającego – dziś powiedzielibyśmy – na ekologicznym proteście przeciwko obcięciu do pnia gałęzi, a w istocie poranieniu drzew rosnących przy ul. Narutowicza w Lublinie. Kawiak wspominał, że niemal niemożliwe w tamtych czasach było nabycie reglamentowanych w aptekach bandaży, a zatem pocięto na kawałki – posagowe jeszcze – prześcieradła babki Kawiaka i obandażowano nimi w nocy poranione konary drzew. 

Wiszniewski, który mieszkał z rodzicami przy ul. Narutowicza, chwalił się, że widział ten nowatorski akt twórczy przez okno mieszkania, dodając swojej wypowiedzi szczególnej mocy jako bezpośredni świadek. Uważał się za znawcę happeningu, co uzasadniał swoim bezpośrednim doświadczeniem, gdy spieraliśmy się o to, co było ważniejsze dla współczesnej sztuki: czy Kantor dyrygujący we fraku falami Bałtyku na sopockiej snobistycznej plaży, czy Kawiak bulwersujący prowincjonalną społeczność Lublina niezrozumiałym, dla większości wręcz absurdalnym działaniem w sferze publicznej. Byliśmy zgodni, że oba happeningi poruszały, nie pozwalały być obojętnymi, a Tomasz był oczywiście za prymatem Kawiaka. Chętnie przyjmowaliśmy pozę besserwisserów, deprecjonujących – ze szczególną łatwością i zapalczywością właściwą niedojrzałemu wiekowi – wszystko, co uważaliśmy za chłam, komercję, chałturę. Jednocześnie chłonęliśmy filmy, książki (popularnych wtedy Ibero-Amerykanów – Cortázara, Marqueza, Carpentiera) czy ambitniejszą muzykę. 

* * *

.W preferowanym tonie było używanie z luzacką manierą angielskich zwrotów, których nauczyliśmy się w wakacje 1976 roku na obozie językowym UNESCO w Puławach. W charakterze native speakerów uczestniczyli w nim młodzi nauczyciele i uczniowie – nasi rówieśnicy z Anglii, Szkocji i Irlandii Północnej, w której w tym czasie były zamachy IRA. Irlandka Caroline z Belfastu opowiadała z przejęciem o toczącej się wojnie domowej, o podzielonym na tle religijno-narodowościowym i politycznym społeczeństwie, o terroryzmie występującym po obu walczących stronach, brutalności policji i wojska; nasłuchiwała wiadomości BBC z troską o los najbliższych. Szkotka Malindy rozprawiała o aktorstwie, które chciała studiować, recytowała Szekspirowskie sonety – ich zrozumienie było nie lada wyzwaniem również dla Tomka, uważającego się za eksperta także od teatru. Były i inne gwiazdy naszego pokolenia, z którymi się kolegowaliśmy, jak Ewelina – znana w całej Polsce z udziału w kultowym programie telewizyjnym prof. Bardiniego, uczącego amatorów, jak śpiewać piosenki, jak zachowywać się na scenie, oglądanego wówczas powszechnie. Odwiedzał ją Tomek, syn Stanisława Jerzego Leca, którego aforyzmami sypaliśmy wtedy jak z rękawa. Było w dobrym stylu znać ich co najmniej kilkanaście.

Z angielskimi nauczycielami i kolegami po zakończeniu obozu – jako przedstawiciele polskiej młodzieży – pojechaliśmy z Wiszniewskim w nagrodę za osiągnięcia językowe na wycieczkę do Krakowa i Zakopanego. Co prawda nie zafundowano nam Cracovii, jak gościom z Wielkiej Brytanii, ale znaleźliśmy lokum u mojej znajomej krakowianki. Chłonęliśmy Kraków, oprowadzani przez Haneczkę (taką formę swego imienia preferowała), z którą zaprzyjaźniłem się rok wcześniej na podobnym obozie lingwistycznym, tyle że niemieckim. Haneczka, dziewczyna o niepospolitej urodzie i rzadkim intelekcie, rozprawiała o nieznanej mi wówczas artystce Marii Jaremiance, której mały obrazek miała w domu. Tomasz, dla którego Jaremianka też była nowością, chwycił w lot opowieść, interpretującą jej abstrakcyjną sztukę, wyraził te same wrażenia, budując relację z Haneczką, co nie przeszło bez zgrzytu. Naruszona została moja niepisana przewaga w wyrobieniu w sztukach plastycznych, oparta wszak na uczęszczaniu na wykłady prof. Woźniakowskiego na KUL, o dłuższej znajomości z Haneczką nie wspominając, a tu Tomasz znalazł linię porozumienia z Haneczką, i to w tej „zastrzeżonej” dziedzinie! 

* * *

.Takie to były młodzieńcze ambicje, które jednak nie przeradzały się w zawiść, lecz owocowały ostatecznie pożyteczną myślą, by czerpać pełną garścią z kontaktów z innymi, przebywać w towarzystwie osób dających z siebie coś nowego, rozwojowego, inspirującego. Tak było z Tomaszem, który swą inteligencją, bystrością umysłu i umiejętnością szybkiego przyswajania i przetwarzania wzbudzał podziw. Różniliśmy się zainteresowaniami. Zdaje się, że więcej wtedy czytałem, miałem dostęp do literatury drugiego obiegu, w miarę często otrzymywałem na dzień lub dwa „Kulturę” paryską, byłem już po lekturze Sołżenicyna – „Archipelagu GUŁag”, „Zagrody Matriony”, „Jednego dnia Iwana Denisowicza”, „Oddziału chorych na raka”. Czytałem i przeżywałem Odojewskiego „Zasypie wszystko, zawieje” i Mackiewiczowską „Kontrę”, a zaraz potem książki Koestlera, Michnika (kultowa książka „Kościół, lewica, dialog”), „Główne nurty marksizmu” Leszka Kołakowskiego. Te lektury dla Tomasza były czymś zupełnie nowym, wcześniej nieznanym, może nawet czasem obcym, a razem z filmami Wojciecha, ukazującymi – wbrew obłudnym hasłom – pogardę systemu dla szarego człowieka, jego pustkę aksjologiczną, zaczęły robić swoje w kształtowaniu świadomości politycznej i wrażliwości społecznej Tomasza. 

Wkrótce rozpoczęliśmy studia, nasze drogi zaczęły się rozchodzić i już nie powróciliśmy do młodzieńczej przyjaźni. Jeszcze zdążyliśmy świadkować Jarkowi na jego ślubie: Tomasz na cywilnym, a ja na kościelnym, co zdarzało się wyjątkowo, a wynikało z naszych rozbieżnych odniesień do religii. Tym bardziej zaskoczyło mnie głęboko religijne przesłanie filmu „Wszystko będzie dobrze”, za który Tomasz w 2007 roku dostał Złote Lwy – nagrodę dla najlepszego reżysera podczas 32. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Film o chłopcu Pawełku, który postanawia – przy wsparciu towarzyszącego mu nauczyciela-alkoholika (Więckiewicz) – przebiec 350 km do Częstochowy, by taką indywidualną pielgrzymką wyprosić u Matki Boskiej Częstochowskiej zdrowie dla umierającej na raka matki, otrzymał też szereg innych nagród: Więckiewicz za najlepszą rolę, a Michał Lorenc – za muzykę. Wiszniewski na festiwalu reżyserii w Świdnicy otrzymał wyróżnienie honorowe za „reżyserską głębię w portretowaniu ludzkich charakterów”, a sam film był bardzo dobrze odbierany w środowiskach związanych z Kościołem, tak tych otwartych, jak i klerykalnych. Czy było to w pełni zgodne z intencją twórcy? Może tak, a jeśli nawet nie w pełni, to przecież dzieło odrywa się od swego ojca i wiedzie niezależny byt, często wbrew zamierzeniom. 

* * *

.Parę razy spotkaliśmy się na festiwalu filmów w Kazimierzu. Był już wtedy uznanym reżyserem, a ja adwokatem, który znajdował coraz więcej czasu dla pozazawodowych zainteresowań. Wtedy przez chwilę rozmawialiśmy tak, jak przed niemal 20 laty: całym sobą żył filmem i teatrem, mówił z pewną nutą nostalgii o swych kontaktach z Romanem Polańskim, któremu asystował przy reżyserowaniu głośnego „Amadeusza” w Teatrze Ochoty. Istotną postacią dla Wiszniewskiego, jego najważniejszym nauczycielem był Wojciech Has – przewodnik intelektualny i niedościgły mistrz, którego cenił najwyżej. Wspomniał o reżyserowaniu w Teatrze TVP na początku lat 90. sztuki „Szalbierz” Györgya Spiró, zaliczonej do Złotej Setki Teatru Telewizji. Mówił o pierwszym filmie pełnometrażowym pod tytułem „Kanalia”, z Adamem Ferencym w roli głównej, za który aktor otrzymał nagrodę na Festiwalu Filmowym w Gdyni, o spocie „Stop AIDS” – zwieńczonym nagrodami na festiwalach w Portorożu i Florencji. 

Niechętnie odpowiadał na pytania o reżyserowanie „Klanu”, a z pasją o pracy z Bobem Hoskinsem – hollywoodzką gwiazdą – którego zaangażował do głównej roli w filmie „Gdzie żyją Eskimosi”. Ten dobrze zrobiony film o człowieku, który na zlecenie poszukuje dziecka w ogarniętej wojną Bośni, by sprzedać je na organy, o zaprzyjaźnieniu się cynicznego drania (Bob Hoskins) z chłopcem – potencjalnym dawcą-ofiarą – niósł głębokie humanistyczne przesłanie i refleksję nad nieokiełznaną wrogością narodów, bestialstwem i ludobójstwem w sercu Europy, co zdawało się tak niewiarygodne w XX wieku, po Holocauście, napiętnowanych zbrodniach faszyzmu i komunizmu (choć nie do końca i niekonsekwentnie). Naszkicowana w tle narracja o wojnach na Bałkanach po upadku Jugosławii przywodziła na myśl relacje Caroline z ogarniętej wojną domową Irlandii Północnej sprzed 20 lat; o wojnie trwającej przez długie lata w centrum Europy – i to tej lepszej cywilizacyjnie, cieszącej się rządami prawa i tolerancji, chroniącej prawa człowieka. W Polsce film Tomka nie spotkał się z szerszym oddźwiękiem. Nie najlepsze przyjęcie dziwiło zwłaszcza dlatego, że film premierę miał na festiwalu w Sundance (2002) i uzyskał nagrodę dla najlepszego filmu europejskiego na Festiwalu Filmowym w Awinionie.

Rangi reżyserskiej Wiszniewskiego dowodzą aktorzy, których zatrudniał, a należeli do nich m.in. Robert Więckiewicz, Bogusław Linda, Dominika Ostałowska, Krzysztof Stroiński, Janusz Gajos, Andrzej Zieliński, Magdalena Schejbal, Katarzyna Gniewkowska, Adam Ferency oraz wspomniany Bob Hoskins. Przed paroma laty rozmawialiśmy o Tomaszu z Juliuszem Machulskim, który był producentem filmu „Wszystko będzie dobrze”. Mówił o talencie Tomasza – nie do końca spełnionym, o jego sprawności reżyserskiej i o nim jako człowieku, wewnętrznie skomplikowanym, stale niespokojnym i poszukującym, z elementem samozniszczenia.

* * *

.Jak zawsze, gdy odchodzą ci, z którymi wiążą się młode lata, wspólne przeżycia czy zażyłości, pozostaje żal o niedokończone rozmowy, o to, że wiele z nich się nie odbyło i że już nigdy się nie odbędą. Najbardziej jednak doskwiera świadomość, że wraz ze śmiercią odchodzi też cząstka nas, że wygasa – choćby domniemana – pamięć o nas, tkwiąca w tych, co odeszli. Świadomość tego może będzie pewnym usprawiedliwieniem dla egocentrycznej narracji, która we wspomnieniu o zmarłym nie jest w stanie oderwać się od narratora. Myśląc o zmarłym, odnosimy się wszak z reguły do tego, jak go odbieraliśmy w kontekście sytuacyjnym spotkań, rozmów, przeżyć, lektur, zainteresowań i… „pamięci z okresu dojrzewania”, przypominającej dawne zauroczenie dziełem Gombrowicza.

Piotr Sendecki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam