Prof. Andrzej SZAHAJ: Co jest nie tak z Unią Europejską?

TSF Jazz Radio

Co jest nie tak z Unią Europejską?

Prof. Andrzej SZAHAJ

Profesor zwyczajny filozofii, Dziekan Wydziału Humanistycznego Filozofii UMK w Toruniu, członek Komitetu Nauk Filozoficznych PAN oraz Komitetu Nauk o Kulturze PAN. Ostatnio opublikował książki: Relatywizm i fundamentalizm (2008), Teoria krytyczna szkoły frankfurckiej (2008), Liberalizm, wspólnotowość, równość. Eseje z filozofii polityki (2012), Kapitalizm drobnego druku (2014).

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Można odnieść wrażenie, że elity unijne całkowicie oderwały się od społeczeństw, które nominalnie reprezentują, i zamknęły się w swoim własnym kokonie, który – wziąwszy pod uwagę poziom wynagrodzeń w agendach Unii – trudno nazwać inaczej niż złotym – pisze prof. Andrzej SZAHAJ

Unia Europejska jest projektem znakomitym. Zjednoczyć kontynent tak naznaczony wojnami i cierpieniem, tak przez wieki rozdarty i skłócony, to cud. Odwołać się do wspólnych korzeni, przypomnieć o tym, że więcej nas łączy, niż dzieli, rzecz to piękna. Zlikwidować granice, pozwolić ludziom swobodnie podróżować, mieszkać tam, gdzie chcą, czuć się obywatelami Europy. Cóż może być lepszego? Starać się wyrównać różnice ekonomiczne, chwalebny cel.

Pochwały projektu Unii można by mnożyć. Nie będę tego czynił, jest ich w Polsce co niemiara. Są mi bliskie, tym bardziej że aż za dobrze pamiętam starą, podzieloną Europę i granice, których pokonywanie upokarzało. Podobnie bliskie jest mi uznanie, że nasze wejście do Unii to epokowy sukces. Z drugiej strony nie ma na świecie rzeczy doskonałych, a więc i Unia nie jest doskonała. Ale przecież w kategoriach długiego trwania jej istnienie to zaledwie chwila. W tym sensie Unia jest młoda. Wciąż się dobrze zapowiada.

Ale jednak coś tutaj nie gra. Bo jeśli taka młoda, to dlaczego już tak zmęczona? Jeśli taka obiecująca, to dlaczego już tak rozczarowana sama sobą? Coś poszło nie tak. A jeśli z Unią coś poszło nie tak, to i nasza w niej obecność już mniej cieszy.

Co poszło nie tak? Przede wszystkim Unia to projekt ewidentnie niedokończony. Nie wiem, jakie były w tym względzie intencje jej ojców założycieli, ale jedno nie ulega wątpliwości. Sama logika rozpoczętego procesu jednoczenia domaga się jego dokończenia. W tej chwili mamy bowiem do czynienia z czymś, co sprawia wrażenie prowizorki, czegoś niespójnego i zatrzymanego w pół kroku. Co więcej, może się wydawać, że pewne rzeczy zaczęto od końca.

Tak jest ze wspólną walutą. Dziś mało kto ma wątpliwości, że jej wprowadzenie było błędem. Najpierw należało dokonać harmonizacji ekonomicznej krajów Unii, uspójnić ich modele ekonomiczne (bardzo różne, istnieje wszak przepaść pomiędzy brytyjskim modelem kapitalizmu a modelem niemieckim czy tym bardziej szwedzkim), znacząco zmniejszyć różnice w zamożności poszczególnych krajów, a dopiero potem wprowadzać wspólną walutę. Byłby to proces bardzo długi i wymagający intensywnych działań dostosowawczych. Być może dlatego zdecydowano się iść na skróty.

W rezultacie mamy sytuację, w której państwa popadające w kłopoty ekonomiczne, jak Grecja, nie mogą wprowadzać w życie podstawowego mechanizmu dostosowawczego w sytuacji kryzysu, a mianowicie dewaluacji własnej waluty, lecz zamiast tego muszą dokonywać radykalnych cięć płac, emerytur i wydatków socjalnych.

Generalnie wprowadzenie euro okazało się bardzo korzystne dla pewnych krajów (Niemcy), niekorzystne dla innych (Grecja, Włochy, Francja). Co jednak ważniejsze, w żaden sposób nie przyczyniło się ono do wyrównania różnic ekonomicznych między krajami europejskimi.

Dziś widać, że Unia się ekonomicznie rozpada. Północ radzi sobie bardzo dobrze, ale kraje południa i Francja mają poważne kłopoty. Słabym pocieszeniem jest, że kraje Europy Wschodniej znacznie zmniejszyły dystans wobec niektórych krajów Europy Zachodniej. Oznacza to bowiem jedynie, że w puli krajów Unii zwiększa się liczba krajów stosunkowo biednych, które nie mają żadnego pomysłu na to, jak dogonić bogatą Północ. Co więcej, owe kraje bogatej Północy zdają się tym w ogóle nie przejmować, czasami realizując swoje własne interesy kosztem krajów biedniejszych. Wszak rewersem sukcesu Niemiec jest klęska Grecji, a ogromny sukces Irlandii to nic innego jak tylko wynik realizacji jej egoistycznych interesów bez oglądania się na resztę Unii. Ten przypadek wraz z przypadkiem Luksemburga jest szczególnie ciekawy, pokazuje bowiem, że Unia jest wciąż rozrywana przez egoistyczną politykę ekonomiczną poszczególnych krajów, które dbają przede wszystkim o swój interes. Radykalne obniżenie podatków dla wielkich korporacji amerykańskich działających na terenie Europy, które miało miejsce w tych krajach (a nie bez winy są także Holandia i Wielka Brytania), zbliżające owe kraje do pozycji tzw. rajów podatkowych, było działaniem sprzecznym z długofalowym interesem Unii. Tymczasem kraje te nie tylko nie zostały za to ukarane (nieco przywołano do porządku Luksemburg), lecz wręcz stały się wzorem dla innych, aby wykorzystywać różnice w stopach opodatkowania korporacji (ogólnie kapitału). Nie mówiąc już o tym, że strażnik interesów Luksemburga jako raju podatkowego, jego były premier Jean-Claude Juncker, został nagrodzony najwyższym stanowiskiem w Unii!

Wszystko to pokazuje, że Unia nie ma spójnej polityki gospodarczej. Jej ogólne ramy, wyznaczane od wielu lat przez neoliberalne credo, mówiące, że im mniej ingerencji w wolny rynek, tym lepiej, po kryzysie 2008 roku wyraźnie straciło na atrakcyjności, chociaż dla wielu urzędników Unii wciąż pozostaje niestety aktualne. Świadczą o tym niektóre wypowiedzi komisarz Elżbiety Bieńkowskiej, z radością witające pojawienie się w Europie Ubera jako przedstawiciela „nowego modelu biznesowego”. Firmy, która stanowi symbol amerykańskiej wersji kapitalizmu, prowadzącej do całkowitej dewastacji rynku pracy przez sprowadzanie warunków pracy i płacy na dno. W ten sposób Unia sprzeniewierza się „europejskiemu marzeniu”, jak nazwał to amerykański politolog Jeremy Rifkin, które w odróżnieniu od amerykańskiego marzenia nie wspiera się na micie indywidualnego sukcesu materialnego, uzyskanego w procesie bezwzględnej konkurencji z innymi, lecz na systemowym wspieraniu najsłabszych oraz wyrównywaniu szans awansu przez aktywną politykę edukacyjną i społeczną (państwo dobrobytu).

Można by pomyśleć, że Unia uległa mitowi USA jako kraju realizującego jakąś wzorcową formę kapitalizmu. Swoista amerykanizacja Unii przejawiła się np. w sposobie, w jaki potraktowano wielkie amerykańskie korporacje internetowe. To, że pozwolono im przez dziesięciolecia działać w Europie tak jak w podległym sobie folwarku, pokazuje słabość Unii. Jej nieśmiałe i nader ślamazarne próby opodatkowania gigantów internetowych, ucywilizowania zasad ich działania (fake newsy itd.) pokazują jedynie, jak słaba i niezdecydowana jest Unia. Trudno zresztą nie odnieść wrażenia, że ta bezsilność Unii wobec wielkich korporacji i banków wynika także z wieloletniej działalności lobbystycznej przedstawicieli wielkiego kapitału amerykańskiego, która miała i ma miejsce w Brukseli. A także istnienia „drzwi obrotowych”, tego, że do różnych instytucji Unii trafiają osoby przechodzące wcześniej trening w wielkich bankach amerykańskich na czele z bankiem Goldman Sachs – głównym dostarczycielem wyższych kadr ekonomicznych dla rządu USA oraz agend bankowych i ekonomicznych Unii.

Drugą stroną tego opanowania Unii przez interesy wielkiego kapitału (nie tylko amerykańskiego) jest jej całkowite lekceważenie spraw pracowniczych. Unia od lat przygląda się temu, jak procesy związane z globalizacją, uberyzacją gospodarki, z dopełnianiem się logiki działania neoliberalizmu dewastują rynek pracy w Europie, i nic nie robi poza permanentnym nawoływaniem do utrzymania w ryzach deficytu budżetowego (polityka austerity, zaciskania pasa, lansowana przez Unię, ma wyraźnie antypracowniczy charakter). Jest strażnikiem interesu kapitału, a nie pracowników, co widać choćby po systematycznie malejącym udziale płac w PKB krajów członkowskich Unii oraz pogarszającej się sytuacji ekonomicznej wielu pracowników najemnych, zwłaszcza zamieszkujących regiony prowincjonalne poszczególnych krajów.

Trudno się dziwić, że spora część mieszkańców Unii nie ma pojęcia, do czego Unia jest im potrzebna. Tym bardziej, że jej działanie całkowicie wymyka się demokratycznej kontroli.

Parlament Europejski nie ma faktycznie żadnego znaczenia, ważne decyzje zapadają gdzie indziej, w nieprzejrzysty sposób, i to często pod naciskiem poszczególnych państw (tajemnicą poliszynela jest, że żadna istotna decyzja nie może zapaść bez zgody Niemiec). Nie od wczoraj mówi się o zakulisowych działaniach, które mają miejsce w Brukseli, gdzie osoby nieodgrywające formalnie żadnej ważnej roli w ciałach decyzyjnych Unii faktycznie decydują o wielu sprawach (ostatnio głośna jest sprawa sekretarza Junckera, który podobno skoncentrował w swych rękach faktyczną władzę, zakulisowo wpływając na decyzje swojego szefa). Można odnieść wrażenie, że elity unijne całkowicie oderwały się od społeczeństw, które nominalnie reprezentują, i zamknęły się w swoim własnym kokonie, który – wziąwszy pod uwagę poziom wynagrodzeń w agendach Unii – trudno nazwać inaczej niż złotym.

Do tego wszystkiego dochodzi ślamazarność Unii w podejmowaniu ważnych decyzji. Jest ona jak wielki okręt, którego rozmiary powodują, iż staje się trudno sterowalny i najczęściej po prostu dryfuje. I to nierzadko wtedy, gdy już od dawna wiadomo, że zmiana kursu jest konieczna. Na przykład, choć wiedza na ten temat jest dostępna od co najmniej kilkunastu lat, dopiero całkiem niedawno Unia zdecydowała się wprowadzić środki zapobiegające – fatalnym dla klientów, ale także dla ekologii – procesom programowego postarzania przedmiotów tzw. trwałego użytku, jak sprzęt AGD czy komputery, które są zaprojektowane i wyprodukowane tak, aby zepsuć się po kilku latach, a ich naprawa była niemożliwa lub nieopłacalna. Innym przykładem ślamazarności Unii jest wspomniany wyżej jej stosunek do wielkich korporacji amerykańskich, które grają jej na nosie od dziesięcioleci, unikając opodatkowania. Bardzo marnie wyglądają też działania Unii na rzecz oddalenia widma katastrofy ekologicznej. Trudno nie zauważyć, że są one spóźnione, nieśmiałe i mało radykalne.

Można uznać, że owa ślamazarność wynika w ogromnej mierze z tego, że Unia musi brać pod uwagę interesy różnych państw. Proces uzgadniania stanowisk, podejmowania decyzji musi w tej sytuacji być długi. Pokazuje to, że dotychczasowa formuła działania Unii się wyczerpała i pełzający kryzys może ostatecznie doprowadzić do jej rozpadu.

Moim zdaniem albo Unia się zmieni, albo jej losy są przesądzone. W jakim jednak kierunku powinna się zmienić? Sądzę, że jest z nią jak z człowiekiem, który utknął w dziurze w płocie. Nie może się już cofnąć, ale nie ma też sił, aby przejść na drugą stronę. Trzeba go popchnąć. Ktoś musi wreszcie popchnąć Unię do przodu, w kierunku głębszej integracji (wspólny budżet, jednolita polityka podatkowa, socjalna i finansowa), demokratyzacji (wzrost roli Parlamentu Europejskiego), odbiurokratyzowania. Moja intencja jest zatem skierowana dokładnie w przeciwną stronę niż intencja piewców Europy ojczyzn itd. Obawy, że poszczególne kraje i kultury rozpuszczą się w jakiejś nieokreślonej europejskości, są w moim przekonaniu czysto teoretyczne. Nie da się tożsamości narodowych i kulturowych, które kształtowały się przez setki lat, zniwelować przez wykreowanie organizacji, która ma za zadanie jedynie poprawę naszego wspólnego losu i wskazanie na to, co nas łączy, pomimo wszelkich różnic, których jesteśmy często aż za bardzo świadomi.

Wszystkie te obawy są zatem płonne. Realna jest obawa inna – że fiasko eksperymentu z Unią może spowodować powrót do egoizmów narodowych, starych konfliktów i zadawnionych ran, co jak pokazuje historia Europy, prędzej czy później musi się skończyć otwartym konfliktem. Tego scenariusza musimy za wszelką cenę uniknąć. I tu widziałbym rolę Polski jako kraju, który aktywnie włączy się w proces naprawy Unii. Nasze dotychczasowe korzyści wynikające z partycypacji w tym projekcie powinny być argumentem na rzecz przyjęcia takiego właśnie stanowiska.

.Bez względu bowiem na to, jak oceniamy nasz sposób wykorzystania funduszy unijnych (z pewnością można tu mieć różne opinie, np. co do tego, na ile wzmocniły one nasze długofalowe szanse rozwoju, a na ile zaspokoiły jedynie najpilniejsze potrzeby infrastrukturalne), ogólny bilans naszej obecności w Unii jest niewątpliwie pozytywny.

Andrzej Szahaj
Tekst opublikowany w nr 13 magazynu opinii “Wszystko Co Najważniejsze” [LINK]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam