Prof. Jan WOLEŃSKI: Wolność zwykła i „prawdziwa” Prof. Jan WOLEŃSKI: Wolność zwykła i „prawdziwa”

Wolność zwykła i „prawdziwa”

Photo of Prof. Jan WOLEŃSKI

Prof. Jan WOLEŃSKI

Filozof analityczny, logik i epistemolog, teoretyk prawdy oraz filozof języka, profesor nauk humanistycznych.

Ryc. Fabien Clairefond

Wolność do czegoś (pozytywna) jest kluczowa dla analizy takich zjawisk, jak marsz lewicy przez instytucje czy kultura wykluczania – pisze prof. Jan WOLEŃSKI

Przy końcu sztuki Mrożka Na pełnym morzu jest taka kwestia: „Wolność to nic nie znaczy. Dopiero prawdziwa wolność to znaczy coś. Dlaczego? Bo jest prawdziwa, a więc lepsza. […]. Pomyślmy logicznie. […] Gdzie jest prawdziwa wolność? […] Jest tylko tam, gdzie nie ma zwyczajnej wolności”. W tej samej jednoaktówce pojawia się odróżnienie sprawiedliwości elementarnej od sprawiedliwości dziejowej – druga słusznie mogłaby uchodzić za prawdziwą.

Uwagi Mrożka i ich rozwinięcie są satyrą na stan rzeczy w reżimach autorytarnych. Niemniej jednak ilustrują szerszy problem, mianowicie nadużywanie takich przymiotników, jak „prawdziwy”, „słuszny”, „autentyczny” itd. W konsekwencji te słowa często pełnią funkcję modyfikującą, tj. zmieniają znaczenie stojącego przy nich rzeczownika. Klasycznym przykładem jest kontekst „fałszywy przyjaciel”, bo takowy nie jest przyjazny, a wręcz odwrotnie. Wszelako jest pewna pułapka w powyższym wywodzie o wolności, ponieważ nie funkcjonuje w nim przymiotnik „fałszywy”, tylko jego antonim. W samej rzeczy głosiciele prawdziwych (słusznych, autentycznych itd.) wartości przekonują, że zalecają doskonałe, a nawet najdoskonalsze wydania np. wolności i sprawiedliwości, a nawet często w to wierzą.

Cudzysłów użyty w tytule wyraża niejaką wątpliwość w to, czy prawdziwa wolność jest wolnością. Nie jest tak, jak w przypadku emfatycznego użycia przymiotnika „prawdziwy”, np. gdy mówimy: „On jest naszym prawdziwym przyjacielem”, tj. kimś, na kim można bezwarunkowo polegać – „prawdziwa” wolność jest fałszywa. Czasami w związku z tym pojawiają się zabawne nieporozumienia. Ponoć książka Poppera Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie, manifest liberalnej demokracji, miała być wydana w Związku Radzieckim. Wydawnictwo zasugerowało się podtytułem II tomu – Wysoka fala proroctw: Hegel, Marks i następstwa. Dopiero wyższy cenzor zorientował się, że Popper poddał radykalnej krytyce ideę „prawdziwej” wolności u tych filozofów.

Powyższe uwagi są wstępem do dyskusji na temat zadany przez redakcję, dotyczący „wolności, marszu lewicy przez instytucje, cancel culture, poznania świata i tego, jak wpływa na to język”. Schematycznie rzecz ujmując, to, co określa się „marszem lewicy przez instytucje” (program przejęcia instytucji państwowych przez tzw. Nową Lewicę, sformułowany w 1967 r.), i cancel culture (kultura unieważniania) to typowe kwestie ideologiczne, ściśle związane z tzw. poprawnością polityczną, a więc „właściwym” sposobem mówienia o tym, co dzieje się w społeczeństwie. Cudzysłów w poprzednim zdaniu odgrywa tutaj podobną rolę jak w tytule, tj. markuje możliwą modyfikującą funkcję przymiotnika tak oznaczonego. Innymi słowy, ocena dyskursu o marszu lewicy i kulturze unieważniania zależy od tego, czy i jak aprobuje się te zjawiska. Siłą rzeczy ma to wpływ na język, którym mówimy o wolności (i innych wartościach) w kontekście zjawisk naznaczonych kwalifikacjami w rodzaju „lewicowy” czy „konserwatywny”, a w konsekwencji prowadzi do pytania o to, jaka jest rola praktyk językowych w poznaniu (ujęciu) świata, przede wszystkim społecznego, chociaż filozofowie dyskutują też o kształtowaniu obrazu świata przyrodniczego przez kategorie pojęciowe.

Od razu zaznaczam, aby uniknąć zarzutu, że kreuję się na bezstronnego obserwatora, że moje sympatie polityczne sytuują się po stronie liberalizmu w pojmowaniu państwa i społeczeństwa. Aby odwołać się do tradycji, wystarczy, że wspomnę o Locke’u, J.S. Millu czy de Tocqueville’u. Wolność rozumiem jako zwyczajną (w sensie Mrożkowskim), dopuszczającą jej ograniczenia, a także błędy w ludzkich wyborach. Demokrację liberalną preferuję, bo jest najlepszym środowiskiem ustrojowym dla społeczeństwa otwartego (w sensie Popperowskim) oraz optymalizuje uczenie się na wcześniejszych błędach.

Wprawdzie jest rzeczą sporną, czy jesteśmy wolni w sensie ontologicznym, ale zakładam, że tak. Wyróżnia się wolność od czegoś (nie jesteśmy całkowicie zdeterminowani), tj. negatywną, i wolność do czegoś (wybieramy sposoby postępowania, np. korzystamy lub nie z wolności politycznej), tj. pozytywną. Pierwsza jest warunkiem drugiej, ale druga manifestuje, że mamy pierwszą. Filozofowie egzystencjaliści uważają wolność za istotę kondycji ludzkiej – Sartre ujął to w powiedzeniu, że człowiek jest wolnością w sytuacji, dodając: „Jesteśmy wolni i nic nas nie usprawiedliwia”. Interpretacja, że jest to apologia absolutnej wolności czy nawet anarchizmu, jest jednak nietrafna. Bohaterowie Dróg wolności Sartre’a czy Dżumy Camusa wybierają, ale to nie znaczy, że dany wybór jest równie zasadny, jak inny. Problem tkwi w obiektywnych uniwersalnych kryteriach usprawiedliwiających sposoby postępowania. Od razu odnotujmy, że propagatorzy „prawdziwej” wolności nie mają z tym problemu, bo jest ona, by tak rzec, bezalternatywna. Liberalizm zakłada, że zdecydowana większość naszych decyzji podejmowana jest w warunkach niepewności, tj. gdy nie jesteśmy w stanie określić nawet prawdopodobieństwa zajścia stanów świata. Ten fakt wyjaśnia, dlaczego decyzje bywają błędne. Możemy np. kierować się zasadą maksymalizacji zysku, ale uznać ex post, że bardziej właściwe byłoby zastosowanie kryterium minimalizacji straty. Wszelako zgodnie z maksymą, że to, co się stało, już się nie odstanie, pozostaje nauczyć się czegoś z poprzedniego doświadczenia. Tak rozumiana wolność jest warunkiem odpowiedzialności, np. prawnej czy moralnej. Prawnicy powiadają, że za dany czyn (pomijam przypadki szczególne) odpowiada ten, kto postąpił w pewien sposób, ale mógł postąpić inaczej.

Wolność do czegoś (pozytywna) jest kluczowa dla analizy takich zjawisk, jak marsz lewicy po instytucje czy kultura wykluczania. To pierwsze dotyczy nie rywalizacji o przejęcie stanowisk administracyjnych, ale o stworzenie możliwości realizowania wizji społeczeństwa akceptowanej przez Nową Lewicę. Miała to być kontrkultura, a więc coś mającego zastąpić tradycję kulturową. Oryginalny (raczej planowany niż odbyty) marsz (w powyższym sensie) lewicy jest zaszłością historyczną, ale nadal aktualne są pochody przez państwo, uskuteczniane przez zwolenników takich lub innych reform. Przykładem może być aktywność wielu prawicowców i katolików obserwowana w obecnej Polsce – w celu przeforsowania rygorystycznych zakazów dotyczących aborcji czy legalizacji związków partnerskich. To oczywiste, że przeciwko temu występują zwolennicy bardziej „wolnościowych” rozwiązań i też organizują stosowne działania. Rozważmy aborcję. Jedno radykalne stanowisko utrzymuje, że prawdziwa wolność (brak cudzysłowu jest zamierzony) polega na tym, że kobieta akceptuje urodzenie dziecka np. z poważnymi wadami letalnymi lub będącego rezultatem gwałtu, a drugie dopuszcza terminację ciąży w dowolnym jej stadium. Obie strony operują dyskursem w zamierzeniu opisowym, a więc np. „każda aborcja JEST zabójstwem człowieka” lub „płód w żadnym momencie NIE JEST człowiekiem”. Wszelako są to sformułowania nie tylko deskryptywne, lecz zawierające elementy oceniające i postulatywne. Podobnie ma się rzecz z tezami, że zwolennik aborcji jest lewakiem, a jej przeciwnik – średniowiecznym konserwatystą. Takie enuncjacje nie tyle opisują rzeczywistość, ile ją konstruują, zgodnie z ideami tzw. konstruktywizmu społecznego, czyli teorii twierdzącej (z różnym radykalizmem), że realność jest naszym wytworem, a nie czymś od nas całkowicie niezależnym. Wróćmy jeszcze do marszu lewicy przez instytucje – obecni krytycy tego programu zastąpili kontrkulturę antykulturą; łatwo zauważyć, że ten drugi koncept jest zdecydowanie pejoratywny.

Zwrot „kultura unieważniania” dotyczy ostracyzmu za głoszenie poglądów innych niż wypływające z tak lub inaczej rozumianej poprawności politycznej. W Polsce w środowisku akademickim zdarzyło się ostatnio kilka przypadków wszczęcia postępowań (lub innych kroków) dyscyplinarnych np. w związku z wypowiedziami (w ramach wykładów) o aborcji, antykoncepcji czy osobach LGBT. Zwolennicy zastosowania środków dyscyplinarnych powiadają, że nauczyciel akademicki nie może głosić poglądów nienaukowych, a do tego motywowanych światopoglądowo lub ideologicznie, natomiast przeciwnicy – powołują się na wolność do wyrażania własnych opinii w każdej sprawie, o ile to nie narusza prawa. Jest oczywiste, że dyskurs obu stron jest intencjonalnie deskryptywny, ale podobnie jak w przypadku marszów (nie tylko lewicy) przez instytucje państwowe, jest też silnie zabarwiony ocenami i imperatywami, a więc skutkuje konstrukcją rzeczywistości wedle własnych schematów z równoczesnym odrzuceniem obrazu świata oferowanego przez adwersarzy.

Wprawdzie moim celem jest analiza, a nie dyktowanie jakichś konkretnych rozwiązań, np. w kwestii aborcji, legalizacji związków partnerskich czy granic wolności akademickiej, ale trudno ograniczyć się wyłącznie do reportażu. Pierwsza uwaga, jaka się nasuwa, to stwierdzenie, że chociaż nihil novi sub sole, to problemy są obecnie znacznie poważniejsze ze względu na rolę mediów, zwłaszcza społecznościowych – anonimowość autorów w nich piszących podgrzewa temperaturę dyskusji i sprzyja myleniu (czy celowemu mieszaniu) dyskursu opisowego z językiem oceniająco-postulatywnym. Po drugie, modyfikacyjne użycie przymiotnika „prawdziwy” i podobnych tyczy się wielu innych kwestii, nie tylko wyżej poruszonych. Ponieważ trudno oczekiwać, aby spory światopoglądowo-polityczne wygasły (raczej będą coraz częstsze), pytanie, jak je prowadzić, jest i będzie aktualne. Liberalizm, który akceptuje respektowanie tego, że decyzje są podejmowane w warunkach niepewności, zaleca operowanie niewielkim zbiorem ocen i postulatów (coś w rodzaju koncepcji minimum prawa natury w filozofii prawa), gdyż to sprzyja opisowości używanego języka, chociaż nie eliminuje elementów pozapoznawczych, lecz tylko je ogranicza.

.Chciałoby się powiedzieć za Dantem – porzućcie wszelką nadzieję, którzy wstępujecie w spory ideologiczne, ale, i to jest rzecz bardziej optymistyczna, zachowanie umiarkowanej racjonalności w argumentacji jest jednak możliwe.

Jan Woleński
Tekst opublikowany w nr 29 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 31 lipca 2021

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam