Prof. Łukasz WORDLICZEK: Wybory w USA a pomoc dla Ukrainy

Wybory w USA a pomoc dla Ukrainy

Photo of Prof. Łukasz WORDLICZEK

Prof. Łukasz WORDLICZEK

Adiunkt w Instytucie Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor nauk politycznych, doktor habilitowany nauk humanistycznych w zakresie nauki o polityce.

Im dłużej będzie trwała wojna, a zarazem będą się zbliżać kolejne amerykańskie wybory w 2024 roku, tym bardziej będzie malało zainteresowanie Amerykanów sytuacją w Europie Wschodniej i tym bardziej będzie wzrastała presja na prezydenta Joe Bidena, żeby został „akuszerem” rozmów pokojowych. Wiele wskazuje na to, że będzie to presja płynąca z obu partii politycznych – pisze prof. Łukasz WORDLICZEK

„If we could first know where we are, and whither we are tending, we could then better judge what to do, and how to do it”. [Abraham Lincoln]

.Powyższy cytat pochodzi z jednego z najsłynniejszych przemówień („House Divided” speech) szesnastego prezydenta USA. Abraham Lincoln wyraźnie nas przestrzega, że przed namysłem na temat kierunków i sposobów działania najpierw należy dokonać oceny sytuacji; mówiąc językiem wojskowych – należy dokonać rozpoznania terenu. W istocie trudno chyba o przykład bardziej trzeźwego osądu autorstwa polityka wyższego szczebla. Jednocześnie na przekór powyższej przestrodze czytelnik jest zaproszony do udania się w krótką podróż w nieznane. W tym wypadku bowiem nieznane są ostateczne wyniki wyborów do Kongresu USA – przynajmniej w dniu, gdy powstaje niniejszy tekst. Jaki jest zatem cel takiej podróży „po omacku”? Otóż… brak tych wyników w istocie nie ma znaczenia. Dlaczego?

Zacznijmy od Senatu. Wielu obserwatorów emocjonuje się wynikami przez pryzmat braku rozstrzygnięcia w jednym ze stanów – Georgii. Owszem, jest to sytuacja dość niekomfortowa, ale z drugiej strony wybory w USA nauczyły nas obserwowania rozstrzygnięć dużo bardziej zaskakujących. W tym wypadku wynik dogrywki zaplanowanej na grudzień nie ma jednak większego znaczenia dla oblicza partyjnego amerykańskiej izby wyższej – demokraci już dzisiaj mają zapewnioną skromną, ale jednak – większość. Z kolei w Izbie Reprezentantów, także wciąż bez finalnego rozstrzygnięcia wyborczego, większość zdobywają dla odmiany republikanie. Tutaj znowu stawką jest tylko skala zwycięstwa. Według aktualnych danych republikanie mają dokładnie tyle mandatów, ile wymagane jest do zdobycia większości – 218. A wciąż pozostaje w grze 6 nieobsadzonych miejsc w izbie niższej Kongresu. A zatem nie ma ostatecznych wyników, ale i jednocześnie – wcale nie musi to być czynnik zwalniający nas od zastanowienia się nad konsekwencjami obecnych zmian politycznych w USA. Wracając do polemiki z myślą Abrahama Lincolna, pomimo niepełnego rozpoznania terenu i tak możemy pokusić się o wskazanie kierunków niektórych działań w amerykańskiej polityce w cieniu wyborów, przynajmniej na kolejne dwa lata (następne wybory federalne w USA odbędą się planowo 5 listopada 2024 roku). Skupmy się na dwóch kwestiach – dotyczącej polityki wewnętrznej i dotyczącej polityki zagranicznej.

W pierwszej sferze, spraw wewnątrzamerykańskich, szczególne zainteresowanie powinna budzić polityka nominacyjna. Senatorowie mają bowiem konstytucyjne prawo zatwierdzania prezydenckich nominacji na wszystkie wyższe urzędy państwowe. Nie jest to bynajmniej prawo martwe. Przypomnijmy w tym miejscu jedną z głośniejszych historii z ostatnich lat, która zresztą może polskiemu Czytelnikowi przypominać nasze rodzime zawirowania polityczne. Otóż wobec wakatu na stanowisku w Sądzie Najwyższym na początku 2016 roku ówczesny prezydent Barack Obama wskazał osobę, która mogłaby objąć taki urząd. Był nią Merrick Garland, obecny Prokurator Generalny USA.

Jednak właśnie wobec faktu, że większość w Senacie miała druga partia polityczna, czyli republikanie, lider większości nie wyraził zgody na procedowanie tej kandydatury. Argumentacja była oparta na założeniu, że objęcie tak ważnego urzędu w ostatnich miesiącach kadencji prezydenta (wybory odbyły się w listopadzie tego samego roku) byłoby działaniem niestosownym. Ostatecznie po niemal roku (!) sprawa umarła śmiercią naturalną wraz z końcem kadencji Kongresu. I tutaj wróćmy do obecnego rozdania wyborczego. Otóż wyścig wyborczy w Georgii jest dość wyrównany. A zatem skoro obecne wyniki wskazują na podział Senatu w proporcji 50 demokratów do 49 republikanów, to ostatecznie wynik może zamknąć się układem 50 do 50 lub też 51 do 49. W każdym z tych rozdań górą są demokraci, gdyż nawet w przypadku remisu – zgodnie z konstytucją – głos rozstrzygający należy do wiceprezydenta. Jak wiemy, obecnie ten urząd sprawuje Kamala Harris. A zatem nominacje prezydenta Joe Bidena są względnie bezpieczne na najbliższe dwa lata.

Jeśli zaś chodzi o drugą kwestię – losy polityki zagranicznej – to przykładem niech będzie stosunek do wojny na Ukrainie. Uwaga wielu komentatorów oraz polityków skupiła się na wypowiedzi kandydata republikańskiego na spikera Izby Reprezentantów, Kevina McCarthy’ego, na temat konieczności przemyślenia kontynuowania wsparcia dla Ukrainy. Słowa padły i jak to często bywa w polityce, żyją własnym życiem. Jednak względnie niewiele uwagi poświęcono inicjatywie 30 demokratycznych kongresmanów, którzy jeszcze w czerwcu (sic!) tego roku przygotowali list wzywający Ukrainę do podjęcia rozmów pokojowych z Rosją. Po upublicznieniu tej inicjatywy dokonano pod koniec października zwrotu o 180 stopni i kongresmani ostatecznie wycofali się z tego „kłopotliwego” pomysłu. Dodajmy do tego jeszcze dość szczególne – mówiąc oględnie – relacje osobiste prezydentów USA i Ukrainy. Otrzymamy tym samym znacznie pełniejszy obraz sytuacji: sprawa wojny i dalszych kroków USA wobec niej nie przebiega według powierzchownego podziału partyjnego, zgodnie z którym – rzekomo – republikanie są krytyczni, a demokraci – przychylni wsparciu. Biorąc lekcję z historii można z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że im dłużej będzie trwała wojna, a zarazem będą się zbliżać kolejne wybory w 2024 roku, tym bardziej będzie topniało zainteresowanie Amerykanów sytuacją w Europie Wschodniej i tym bardziej będzie wzrastała presja na prezydenta Joe Bidena, żeby został „akuszerem” rozmów pokojowych. Wiele wskazuje na to, że będzie to presja płynąca z obu partii politycznych.

.„Wybory są świętem demokracji” – to znane powiedzenie jest także prawdziwe dla takich państw, w których instytucje demokratyczne działają od szeregu już lat. Co jednak intrygujące, niektóre kierunki działań politycznych podlegają dużo bardziej złożonym mechanizmom niż prosta kalkulacja: wygrywa partia „A”, więc oznacza to automatycznie zmianę polityki kraju. Ostatecznie jest to chyba dość krzepiąca konstatacja, zwłaszcza dla obserwatorów z zewnątrz USA, gdyż może budować kapitał polityczny oparty na przewidywalności. Niestety – w interesującym nas przypadku jest i łyżka dziegciu w beczce miodu. Otóż jedna partia wygrywa tylko w jednej izbie parlamentu. A wobec faktu, że zarówno Izba Reprezentantów, jak i Senat mają niemal takie same (czyt.: realne) kompetencje w procesie ustawodawczym, to z pewnością nie raz odczujemy w ciągu najbliższych dwóch lat wysoką temperaturę politycznego sporu made in America.

Łukasz Wordliczek

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 24 listopada 2022