Prof. Ziemowit Miłosz MALECHA: Klimatyczna „czarna skrzynka”

Klimatyczna „czarna skrzynka”

Photo of Prof. Ziemowit Miłosz MALECHA

Prof. Ziemowit Miłosz MALECHA

Profesor Politechniki Wrocławskiej na Wydziale Mechaniczno-Energetycznym. Badacz w dyscyplinie naukowej inżynieria środowiska, górnictwo i energetyka.

Jeśli 96 proc. „oficjalnych” badań to nieweryfikowalne „czarne skrzynki”, to paradoksalnie wiarygodność badaczy sceptycznych wobec dominującej roli człowieka w obserwowanych zmianach klimatu drastycznie rośnie. W świecie, w którym konsensus ukrywa swój „kod źródłowy”, jawne i oparte na faktach analizy stają się jedynym solidnym punktem odniesienia – pisze prof. Ziemowit Miłosz MALECHA

.Jesteśmy bombardowani apokaliptycznymi wizjami. Każda wichura, powódź czy fala upałów podnoszona jest do rangi bezprecedensowej katastrofy, będącej rzekomo bezpośrednim wynikiem antropogenicznych emisji dwutlenku węgla. Narracja jest prosta: koniec świata jest bliski, chyba że natychmiast wyłączymy nowoczesną gospodarkę i wrócimy do jaskiń. Jednak gdy zdejmiemy tę emocjonalną warstwę i zajrzymy w głąb twardych danych oraz – co ważniejsze – w głąb warsztatu naukowego, obraz przestaje być tak czarno-biały, jak chcieliby tego unijni komisarze.

Nauka w „czarnej skrzynce”

.Poważny wyłom w powyższej narracji przynosi lektura najnowszej metaanalizy badań naukowych. W prestiżowym czasopiśmie „PNAS” ukazał się artykuł zespołu pod kierownictwem Adama B. Pollacka pt. Unlocking the benefits of transparent and reusable science for climate risk management. Nie jest to bynajmniej głos „klimatycznych sceptyków”, lecz licznego i prestiżowego konsorcjum naukowego, które postanowiło publicznie posypać głowę popiołem. Autorzy to blisko trzydziestu ekspertów z absolutnego topu amerykańskiej nauki: od Dartmouth College i Princeton, przez Rutgers, po University of Florida i Penn State.

To, co ustalili, a pośrednio to, do czego przyznali się jako środowisko kreujące dotychczasową narrację zagrożenia, powinno zatrząść posadami polityki klimatycznej. Otóż fundamenty, na których budujemy wielomiliardowe strategie zarządzania ryzykiem klimatycznym, są… nieweryfikowalne.

Badacze przeanalizowali najbardziej wpływowe prace dotyczące zagrożeń klimatycznych z ostatnich lat. Wynik jest kompromitujący: aż 96 proc. tych badań nie spełnia podstawowych standardów przejrzystości, które są przecież fundamentem metody naukowej. Tylko 4 proc. autorów udostępniło kompletne dane i kody źródłowe swoich modeli w sposób umożliwiający ich weryfikację. Mamy więc do czynienia z „czarnymi skrzynkami” – modelami, które wyrzucają z siebie mrożące krew w żyłach prognozy, ale których mechanizmu nikt z zewnątrz nie może powtórzyć, sprawdzić czy podważyć.

Kryzys wiarygodności

.Pollack i jego zespół wyliczają konkretne groźne konsekwencje tego naukowego „zaniedbania”:

Brak możliwości walidacji. Jako przykład przywołali modele powodziowe dla Los Angeles. Różne narzędzia dawały wyniki rozbieżne aż o 76 proc. Bez dostępu do danych historycznych i kodu nie sposób ocenić, który model mówi prawdę, a który jest zwykłym błędem statystycznym.

Błędne decyzje finansowe. Na podstawie tych „tajnych” modeli banki zarządzają ryzykiem kredytowym, a rządy lekką ręką wydają miliardy publicznych, czyli naszych pieniędzy. Jeśli model jest błędny (a przypomnijmy – nie możemy tego sprawdzić), marnujemy gigantyczne środki publiczne.

Łamanie etyki naukowej. Autorzy wprost punktują, że mimo iż czasopisma naukowe deklarują otwartość, w praktyce akceptują teksty, gdzie dane są „dostępne na prośbę” (co zazwyczaj kończy się odmową) lub ukryte za komercyjnymi barierami.

Podstawą wiarygodności nauki od czasów oświecenia jest transparentność, oznaczająca możliwość powtórzenia badań przez innych w celu ich weryfikacji. Jeśli naukowiec mówi: „będzie katastrofa”, ale nie pokazuje obliczeń, które go do tego wniosku doprowadziły, to nie jest to nauka, lecz konstrukt o znamionach szarlataństwa.

Artykuł Pollacka to akt samokrytyki i wezwanie do zmian wewnątrz akademii. Autorzy domagają się, aby każda prognoza klimatyczna była publikowana wraz z pełnym kodem i danymi. Bez tego nie wiemy, czy np. przewidywany wzrost poziomu mórz to rzetelna prognoza, czy wynik błędu w jednej linii kodu, którego nikt postronny nie miał prawa zobaczyć.

Rehabilitacja sceptycyzmu

.Wnioski płynące z pracy Pollacka rzucają zupełnie nowe światło na dotychczasowy układ sił w debacie publicznej. Jeśli bowiem 96 proc. „oficjalnych” badań to nieweryfikowalne „czarne skrzynki”, to paradoksalnie wiarygodność badaczy sceptycznych wobec dominującej roli człowieka w obserwowanych zmianach klimatu drastycznie rośnie. W świecie, w którym „konsensus” ukrywa swój kod źródłowy, jawne i oparte na faktach analizy stają się jedynym solidnym punktem odniesienia.

Doskonałym przykładem jest niedawna praca Andy’ego Maya i Marcela Croka pt. Carbon Dioxide and a Warming Climate are not problems. Autorzy przypominają w niej o kwestii fundamentalnej, o której brukselscy decydenci woleliby zapomnieć: Ziemia zaczęła wychodzić z objęć Małej Epoki Lodowcowej i ocieplać się już ok. 1850 roku, kiedy ludzkie emisje były wręcz znikome.

Co więcej, May i Crok, opierając się na dostępnych danych historycznych, a nie na ukrytych algorytmach, wykazują brak przekonujących dowodów na to, by ekstremalne zjawiska pogodowe – te wszystkie medialne huragany, susze czy powodzie – miały trend wzrostowy i były powiązane z działalnością człowieka. Pokazują, że „bezprecedensowe zagrożenie” jest po prostu naturalną zmiennością klimatu, którą nasza cywilizacja, dzięki postępowi technicznemu, znosi dziś lepiej niż kiedykolwiek w dziejach. Co ciekawe, zbieżne wnioski przedstawił niedawno Departament Energii USA, co stało się fundamentem do diametralnej rewizji podejścia Waszyngtonu do kwestii klimatycznych.

Ziemowit Miłosz Malecha

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 24 lutego 2026