Radosław MICHALSKI: Po wyborach w USA.
Ale… co się właściwie stało? I dlaczego?

TSF Jazz Radio

Po wyborach w USA.
Ale… co się właściwie stało? I dlaczego?

Radosław MICHALSKI

Z zamiłowania czytelnik i podróżnik. Z wykształcenia teolog i politolog. Z doświadczenia dziennikarz, fotoreporter i specjalista od PR. Pracował jako asystent Prezydenta Wrocławia, w 2014 roku prowadził jego kampanię wyborczą. Obecnie doktorant Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji.

zobacz inne teksty autora

Nieoddające rzeczywistości sondaże, ukryte poparcie, nurt „społeczności zmiany” i idąca za tym mobilizacja niegłosujących. Donald Trump zdążył przekonać wyborców. Nagła zmiana pogody przebiega burzliwie. Aura polityczna w USA zmieniła się z siłą amerykańskiego tornado

.Gdy myślałem o powyborczym podsumowaniu, rozważałem raczej scenariusz, w którym Donald Trump przegrywa o włos z Hillary Clinton. Więcej. Wydawało mi się, że jego silne przedwyborcze zaangażowanie w tzw. „swing states” nie wystarczy, by przeciągnąć wystarczającą liczbę wyborców na swoją stronę. Że przydałoby mu się jeszcze kilka dni kampanii, by zniwelować przewagę kontrkandydatki.

Przyznaję, dałem się uwieść sondażom — zresztą nie ja jeden. Mimo że zdawałem sobie sprawę z ich przeszacowania. Nie przypuszczałem jednak, że jest aż tak poważne.

.Jak działają sondaże? Mowa, rzecz jasna, o tych rzetelnie przeprowadzanych. Ankieterzy odwiedzają osobiście ściśle wyselekcjonowaną grupę ludzi (lub kontaktują się z nią telefonicznie), reprezentatywną dla mieszkańców danego regionu. Zwykle jest to około 1000 osób, dzięki czemu błąd statystyczny pomiaru jest minimalizowany. Rzadziej przeprowadzane badania z wykorzystaniem mniejszych grup (300 lub 500 osób) cechuje duże ryzyko błędu. Badanych dobiera się w oparciu o dane statystyczne i bazę danych mieszkańców analizowanego terytorium. Liczą się m.in. płeć, wiek, wykształcenie, rodzaj wykonywanego zawodu, a w USA także kolor skóry i pochodzenie kulturowe. Ankietowany odpowiada, czy weźmie udział w wyborach, i jeśli tak, to na kogo zagłosuje. Jeśli odmówi odpowiedzi, ankieter musi znaleźć osobę na jego miejsce, powtarzając procedurę z bazą danych. Do skutku, czyli do odpowiedzi kolejnego przepytywanego. Stąd, jak sądzę, zafałszowanie w sondażach — nie wydaje mi się jednak, że nie ma tu winy przeprowadzających badania.

Wystarczyło bowiem, że wyborcy Donalda Trumpa nie chcieli rozmawiać z przedstawicielami ośrodków badań opinii, uznając ich za reprezentantów mediów sprzyjających władzy. Ankieter, zmuszony metodą badawczą do szukania „zastępstwa”, trafiał w końcu na takiego wyborcę, który udzielał odpowiedzi, wskazując zapewne na Hillary Clinton. Pytani mogli też powiedzieć, że nie wezmą udziału w wyborach — w statystykach badań oznaczani byli wtedy jako niegłosujący. Kilku mogło kłamać, niektórzy mogli zmienić zdanie w ostatniej chwili. Kilkanaście takich osób wystarczyłoby, by zaburzyć wynik sondaży. A co, jeśli było ich kilkadziesiąt. Kilkaset? Wtedy mamy właśnie taki powyborczy dzień, jak w środę 8 listopada w USA. I nie jest to wyłącznie specyfika Stanów Zjednoczonych. Podobnie zdarzyło się w wyborach prezydenckich w 2015 r. w Polsce, a także przy okazji tegorocznego referendum w UK dotyczącym Brexitu.

.Ukryte poparcie dla kandydata republikanów ujawniło się dopiero w dniu wyborów. Wielu wprawdzie przeczuwało, że Donald Trump jest niedoszacowany, ale nikt nie zdawał sobie sprawy ze skali tego zjawiska. Okazała się być wystarczająca, by pokazać, że eksperci „The New York Timesa”, CNN i wielu innych mediów, wyznaczając tzw. „swing states”, kluczowe podczas tych wyborów dla ostatecznego wyniku, bazowali na błędnych danych. Po fakcie widzimy, że łatwiej byłoby wyznaczyć stany twierdze, w których podczas wyborczej nocy nie toczyła się zacięta walka. A nie było ich wiele.

W ostatnich tygodniach kampanii, gdy FBI wznowiło śledztwo w sprawie Hillary Clinton i używania przez nią do służbowych celów prywatnej skrzynki mailowej (niezabezpieczonej w odpowiedni sposób), kiedy pracowała jako sekretarz stanu w administracji Baracka Obamy, część z republikańskich działaczy wróciła z poparciem do Donalda Trumpa. Wciąż jednak pozostawali z dystansem — m.in. nie pokazując się z nim na wiecach. W konsekwencji odwiedzał wszystkie stany sam.

Dlatego też Donald Trump podczas tych wyborów przypominał raczej samotnego szeryfa, startującego wprawdzie z nominacji Partii Republikańskiej, ale bez towarzystwa wielu osób kojarzonych z tą partią. Nawet jego kontrkandydaci w prawyborach nie zaangażowali się silnie w jego kampanię. Paradoksalnie to mogło mu pomóc. Walczący samotnie kandydat jeszcze lepiej wpisał się w narrację tych wszystkich, którzy obwiniali system, instytucje państwowe i polityków za swoją sytuację życiową. Donald Trump zaangażował dzięki temu elektorat pozapartyjny, który w wyborach uczestniczył okazjonalnie lub nie brał w nich udziału wcale. Lepiej pewnie pokażą to powyborcze pogłębione badania opinii z podziałem na konkretne grupy społeczne. Te badania, którymi dysponujemy teraz, nie wydają się miarodajne.

Dodatkowo Donalda Trumpa w niezamierzony sposób promowały media. Nawet krytykując go, czy ośmieszając, zapewniły mu dużo więcej bezpłatnego czasu antenowego niż Hillary Clinton. Szczególnie w końcówce kampanii.

Wsparcie, które miała Hillary Clinton od wszystkich ważnych członków Partii Demokratycznej, urzędującego prezydenta i jego żony, a także mainstreamowych mediów nie tylko nie wystarczyło, ale zadziałało wręcz kontrproduktywnie.

Walczący samotnie kandydat jeszcze lepiej wpisał się w narrację tych wszystkich, którzy obwiniali system, instytucje państwowe i polityków za swoją sytuację życiową.

.Co teraz? Przed jakimi wyzwaniami stajemy? W USA poczekamy na oficjalne potwierdzenie wyborów, które dopełnią się w grudniu, gdy elektorzy oddadzą głosy na wskazanego w poszczególnych stanach kandydata. 45. prezydent USA obejmie urząd 20 stycznia 2017 roku o 12:00 czasu waszyngtońskiego. Wcześniej zaprezentuje swój gabinet (odpowiednik rządu): ludzi, którzy będą stanowili jego najbliższe polityczne otoczenie. To będzie ciekawy czas. W jaki sposób Donald Trump będzie budował relacje z partią, która nominowała go raczej z konieczności wynikającej z wygranych przez niego prawyborów niż z właściwego przekonania? Prezydent elekt będzie musiał ułożyć sobie relacje z Kongresem i rozpocząć reformy. Jego elektorat oczekiwał przecież zmiany. Po tych wyborach — jeśli ich wyniki potwierdzą się w 100% — Partia Republikańska ma pełnię władzy w USA: prezydenta i większość w obu izbach Kongresu.

Najbliższe tygodnie pokażą, na ile postulaty wyrażane w kampanii były tylko elementem narracji, a na ile realnym planem politycznym. Jak bardzo zmieni się Donald Trump kandydat, stając się Donaldem Trumpem 45. prezydentem USA?

I chyba najważniejsze — prosta historia: wczoraj CNN wyemitowało materiał spod jednego z lokali wyborczych. Starsze małżeństwo, z wyglądu powyżej 65. roku życia. Na pytanie, jak zagłosują, ona odpowiada, że na Donalda Trumpa, on, choć nie uważa żadnego z kandydatów za odpowiedniego — na Hillary Clinton. Dziennikarz pyta o to, co po wyborach, czy będą dalej się kochali. Zgodnie odpowiadają, że tak, oczywiście. Ameryka musi się posklejać po kampanii. Ci ludzie dają nadzieję, że to możliwe.

W swoim pierwszym przemówieniu jako prezydent elekt Donald Trump, dziękując swoim wyborcom, zapowiedział gotowość do pracy dla dobra wszystkich obywateli i współpracy z każdym, niezależnie od sympatii politycznych.

Transnarodowy ruch społeczny, którego swoistym początkiem w Europie były podwójne wybory w 2015 roku w Polsce, łączy jeden wspólny mianownik: pragnienie zmiany.

.Wybory w Stanach Zjednoczonych, ich przebieg i wyniki stawiają przed nami pytania o zbliżające się kampanie w Europie. W grudniu czeka nas powtórka wyborów prezydenckich w Austrii. Nie wiem, czy po tym, co wydarzyło się w USA, ktokolwiek będzie ryzykował przewidywanie wyników. Za rok będą swojego prezydenta wybierali Francuzi. Nic nie wskazuje na to, żeby paliwo „zmiany” miało się do tego czasu wyczerpać. Jest go dużo, niemniej jednak opisanie tego zjawiska wymaga osobnego opracowania. Transnarodowy ruch społeczny, którego swoistym początkiem w Europie były podwójne wybory w 2015 roku w Polsce, łączy jeden wspólny mianownik: pragnienie zmiany. Gdybyśmy zapytali uczestników tego ruchu o to, w którą stronę powinny zmierzać zmiany, poza tym, żeby żyło się lepiej, niektórzy nie odpowiedzieliby wcale, głosy pozostałych byłyby rozbieżne. To, co łączy ich obecnie, to chęć odsunięcia od władzy urzędujących elit politycznych.

Całe „szczęście” Europy i Ameryki może zawrzeć się w tym, że wiara w procedury demokratyczne jest na tyle silna, iż pozwala uniknąć ulicznych zamieszek, a postulat „zmiany” realizowany jest w drodze wyborów. Wyraźnie jednak czuć, że sami wyborcy zwątpili już w swoich dotychczasowych liderów. Kolejnym krokiem będzie zwątpienie w instytucje, a ostatnim zwątpienie w procedury. Potem… potem, będziemy musieli wymyślać świat na nowo.

Radosław Michalski

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam