Russ ROBERTS: "Czytając Adama Smitha (1). Bądźmy knąbrni" Russ ROBERTS: "Czytając Adama Smitha (1). Bądźmy knąbrni"

"Czytając Adama Smitha (1). Bądźmy knąbrni"

Photo of Russ ROBERTS

Russ ROBERTS

Pracuje w Hoover Institution przy Uniwersytecie Stanforda. Prowadzi wywiady zamieszczane co tydzień w serwisie EconTalk.org. Jest autorem trzech powieści ekonomicznych (w tym The Price of Everything. A Parable of Possibility and Prosperity) oraz współtwórcą rapowych wideoklipów z serii „Keynes kontra Hayek”, wyświetlonych na YouTubie ponad 7 milionów razy.

zobacz inne teksty Autora

Recepta na szczęście według Adama Smitha jest prosta: aby czerpać zadowolenie z życia, trzeba być kochanym i powabnym. Trzeba być szanowanym i wartym szacunku. Trzeba być chwalonym i godnym pochwał. Trzeba być ważnym dla innych ludzi, aby zaś ich obraz naszej osoby był prawdziwy, należy uczciwie zapracować sobie na podziw i zaszczyty.

.Istnieją dwa sposoby na zdobycie miłości bliźnich: być bogatym i sławnym albo mądrym i cnotliwym. Adam Smith radzi, aby wybrać drogę mądrości i cnoty — aby być powabnym. Jeżeli więc pragniemy szczęścia, musimy być powabni. Tylko czym jest ten powab? Czym jest cnota? Sprawy te okazują się nie takie proste.

Filozof udziela dwóch odpowiedzi na pytanie, jak być kochanym, czyli szanowanym, podziwianym, godnym uznania.

.Pierwszą stanowi pewien minimalny standard, który Smith nazywa właściwym postępowaniem, Określenie to wydaje się nieco sztywne, kojarzy się ze szkołą. Tymczasem filozof przywołuje koncepcję, którą wszyscy dobrze rozumiemy — koncepcję zachowania stosownego, czyli takiego, którego oczekują inni ludzie i które pozwala im wchodzić w interakcje z nami również w sposób, jakiego się spodziewają.

Kiedy miałem dwadzieścia parę lat, spędziłem lato w Santiago, stolicy Chile, gdzie prowadziłem badania. Pod koniec pobytu przez cały tydzień pilnowałem domu starszego kolegi. Pierwszego wieczoru po pracy wszedłem do tego domu, usiadłem na kanapie, podwinąłem nogi pod siebie i zacząłem czytać gazetę, delektując się przestrzenią, której tak brakowało mojemu małemu mieszkanku oddalonemu o kilka kroków. Ku mojemu zaskoczeniu nagle z kuchni wyszła kobieta. Kolega zapomniał powiedzieć, że urzęduje tu gosposia.

Kobieta uśmiechnęła się i zadała mi pytanie. Ja hiszpański znałem bardzo słabo, a ona po angielsku nie mówiła wcale. Jasne było jednak, że pytała, co chcę na obiad. Już sam fakt, że obca osoba gotuje dla mnie posiłek, sprawił, iż poczułem się niekomfortowo. Powiedziałem więc, że cokolwiek przyrządzi, będzie w porządku. Teraz gosposia poczuła się niekomfortowo. Zdziwiło mnie to tak samo, jak ją zaskoczyła moja odpowiedź. Zostawiając kobiecie wybór, starałem się być uprzejmy, a postawiłem ją w nietypowej sytuacji, której się nie spodziewała. Zachowałem się więc niewłaściwie.

Jakimś cudem uzgodniliśmy, co gosposia ugotuje na obiad. Poszła więc do kuchni, a ja wróciłem do lektury. Wtedy wydało mi się dziwne, że kobieta, której nie znam ani nie zatrudniam, przyrządza dla mnie posiłek, a ja odpoczywam sobie na sofie w salonie. W efekcie popełniłem kolejne faux pas, raz jeszcze postąpiłem niewłaściwie — bo poszedłem do kuchni dotrzymać gosposi towarzystwa. Chciałem okazać życzliwość, ale znów niechcący zlekceważyłem oczekiwania kobiety. Kiedy otworzyłem drzwi do kuchni, gosposia wydała się całkowicie zaskoczona, widząc mnie na swoim terytorium. Zarumieniła się. „Czy coś się stało?” — zapytała. „Nie” — zapewniłem. Znów zapadła niezręczna cisza. Zdałem sobie sprawę, że naruszyłem pewną normę społeczną. Skoro jednak już przyszedłem, to uznałem, że będzie na miejscu choć krótka wymiana zdań.

Starałem się, jak tylko mogłem, ale rozmowa i tak szła opornie. Pomyślałem, że bezpiecznym tematem będzie muzyka. A zatem czego gosposia słucha? Julia Iglesiasa i Franka Sinatry. W tamtych czasach nie byłem szczególnym fanem żadnego z nich, ale zachowałem na tyle przytomności umysłu, żeby nie wypowiedzieć swojego zdania. (Dopiero z czasem naprawdę polubiłem Sinatrę). Rozpaczliwie starałem się wymyślić, o czym jeszcze moglibyśmy porozmawiać. O sporcie! Może gosposia lubi piłkę nożną? Tak, lubiła A która drużyna jest jej ulubioną? „Coca Cola” — odpowiedziała i zapytała o moje sympatie. „Universidad de Chile” — odparłem. Wszyscy moi koledzy ekonomiści z instytutu badawczego, gdzie wtedy pracowałem, kibicowali drużynie Universidad de Chile, więc i ja stałem się jej fanem. Dopiero później się dowiedziałem, że kibicami klubu Coca Cola są przede wszystkim ubodzy mieszkańcy Santiago, a drużyny Universidad de Chile — absolwenci koledżów.

Usiłując skrócić dystans, przypomniałem gosposi o wszystkich różnicach społecznych, które nas dzielą. Nieświadomie naruszałem kolejne konwencje społeczne, jedną po drugiej. Przy czym problemem nie był cel, jaki sobie postawiłem, czyli interakcja z gosposią. Problemem było to, że nie potrafiłem tego zrobić we właściwy sposób. Miałem dobre intencje. Moje zachowanie zaś było nie tyle złe, ile niewłaściwe. W konsekwencji sprawiłem, że kobieta poczuła się bardzo niekomfortowo. Co gorsza, przez to, że nie postąpiłem tak, jak się tego spodziewała, i nie wyszedłem jej naprzeciw, utrudniłem jej pracę. Tymczasem właściwe postępowanie ma przede wszystkim czynić życie łatwiejszym.

W XXI wieku żywimy niemal bałwochwalczy szacunek do pewnych rodzajów niestosowności. Wystarczy zajrzeć do YouTube i posłuchać Steve’a Jobsa, jak czyta tekst reklamy Think Different: Here’s to the crazy ones („Za tych co szaleni”). Jest to hołd dla tych, którzy łamią zasady. Zresztą dla takich jak sam Steve Jobs, przekorny w bardzo wielu względach zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym.

Żyjemy w czasach ironii — w czasach, w których zachowanie krnąbrne, zachowanie spontaniczne, zachowanie, którego nie sposób zaszufladkować, wydaje się często bardziej doceniane niż właściwe postępowanie.

.Niech przykładami będą choćby Muhammad Ali, Madonna i Bob Dylan. Wszyscy troje zarobili ogromne pieniądze, rozwijając swoje umiejętności poprzez zachowanie lekceważące konwenanse społeczne. Niemniej jednak oni, jak również im podobni, należą do wyjątków. Na każdego Howarda Sterna przypada znacznie więcej takich jak Oprah Winfrey. Na każdego Allena Iversona przypada znacznie więcej takich jak Michael Jordan.

Większość z nas w życiu codziennym stara się postępować właściwie. Powtarzanie dzieciom, że pewne zachowania są niestosowne, stanowi współczesną mantrę rodzicielskiej dezaprobaty. Wychowujemy nasze latorośle w ten właśnie sposób, bo rozumiemy, jak ważna jest umiejętność uwzględniania oczekiwań ludzi wokół nas. Uczymy dzieci mówić „proszę” i „dziękuję”. Tłumaczymy, na czym polega różnica między językiem kolokwialnym, domowym a językiem oficjalnym. Uczymy nasze dzieci jeść w miarę elegancko. Zasada, zgodnie z którą przeżuwa się jedzenie z zamkniętymi ustami, wydaje się wprost ponadczasowa.

Jako dorośli również przestrzegamy pewnych reguł właściwego zachowania, które bardzo rzadko przywołujemy świadomie. Gdy znajomy wraca z wakacji, wówczas po prostu pytamy go o podróż. Gdy twarz znajomego wyraża zatroskanie, wówczas pytamy, czy coś się stało. Gdy twarz obcej osoby w metrze wyraża zatroskanie, wówczas nie mówimy nic. Ale już gdy obca osoba wygląda na zagubioną bądź zdezorientowaną, wówczas można zaoferować pomoc. Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one. Kiedy jesteś w Santiago, poznaj oczekiwania swojej gosposi i staraj się je uszanować.

Wszyscy żyjemy w kręgach bliskości. Osoby nam najbliższe traktujemy inaczej niż te, z którymi łączy nas mniejsza zażyłość. W pierwszej grupie funkcjonują oczekiwania wzajemności, a czasami nie ma żadnych oczekiwań. Na przykład kwiaty wręczone mojej żonie niespodziewanie w środę są czasami lepsze niż kwiaty wręczone w dniu urodzin.

Spełnianie oczekiwań związanych z właściwym zachowaniem pozwala ludziom z naszego otoczenia wchodzić z nami w skuteczne interakcje i — co więcej — robić to z wdziękiem, gracją, przyjemnością. Stosowne postępowanie polega na odpowiednim odgrywaniu własnej partii w symfonii ludzkiej. Owszem, zdarzają się solówki czy improwizacje, lecz nawet te wychodzą najlepiej, jeżeli mają miejsce tam, gdzie są spodziewane.

.Obecnie konwencje społeczne mają charakter mniej formalny niż w czasach Smitha. W 2014 roku właściwie zachowuje się kelner, który podaje nam swoje imię. Kandydat na prezydenta może się pokazywać w dżinsach podczas kampanii wyborczej. Kobieta może zaprosić mężczyznę na randkę, a nawet się o niego starać. Żadne z tych zachowań nie uchodziło za właściwe w roku 1759. Współcześnie można sobie chodzić z dziwnym urządzeniem wystającym z ucha i mówić głośno, jak gdyby do siebie. W 1759 roku takie zachowanie stanowiłoby przejaw dysfunkcji społecznej, a może i szaleństwa. Dziś oznacza to, że rozmawiasz przez telefon komórkowy. Mimo wszystkich odmienności nie zmieniło się to, że w różnych środowiskach społecznych pewne zachowania są uznawane za stosowne, a inne nie.

Omawiając właściwe zachowanie, Adam Smith mniej się skupia na modzie czy etykiecie, bardziej zaś na emocjach i naszych reakcjach na cudze przeżycia — innymi słowy: na naszej zdolności do współodczuwania z innymi tego, czego doświadczają. Wszak książka filozofa jest poświęcona „uczuciom moralnym”. Smith koncentruje się na tym, że akceptujemy albo odrzucamy zachowania innych ludzi w zależności od tego, w jakim stopniu ich reakcje przypominają nasze. Jeżeli więc śmiejesz się głośno z dowcipu, który też moim zdaniem jest zabawny, będę aprobował Twój śmiech. Jeżeli opłakujesz tragedię, która sprawia, że i moje serce się ściska, również zaakceptuję Twoją reakcję. Jeżeli przepadasz za nowym przebojem, który i mnie nie może wyjść z głowy — to świetnie! Nie brakuje jednak sytuacji, w których nasze reakcje nie będą współbrzmiały.

Jeżeli moja uraza przewyższa oburzenie mego przyjaciela, jeśli mój smutek przewyższa jego najbardziej wrażliwe współodczuwanie razem ze mną, jeśli mój podziw jest zbyt ogromny czy zbyt znikomy, by mógł odpowiadać jego własnemu odczuciu, jeśli ja śmieję się głośno i z całego serca, kiedy on tylko się uśmiecha, lub odwrotnie, kiedy ja się tylko uśmiecham, a on śmieje się głośno i z całego serca.

.Gdy nasze reakcje okazują się niewspółmierne — powiada Smith — wówczas wyrażamy dezaprobatę. Tymczasem właściwe zachowanie polega na dopasowywaniu własnych reakcji do reakcji otoczenia.

Zależność ta może się wydawać dość okrutna. Czy jesteśmy aż tak krytyczni? Jeżeli szlocham z powodu śmierci swojego kota, a Ty nie lubisz kotów, to czy naprawdę ocenisz negatywnie moją reakcję? Jeżeli chwalę klasyczny utwór George’a Jonesa He Stopped Loving Her Today jako jedną z najlepszych piosenek wszech czasów, bo wzrusza mnie niemal do łez, a Ty uważasz ją za banalną, czy nie powinniśmy oboje po prostu wzruszyć ramionami i stwierdzić, że o gustach się nie dyskutuje? Ty lubisz The Three Stooges, a ja preferuję braci Marx. Ty lubisz Charliego Chaplina, a ja wolę Bustera Keatona. Tobie się podoba Głupi i głupszy, a mnie Dzień Świstaka. I co z tego? Żyj i pozwól żyć. Czy naprawdę jesteśmy w stanie wyrażać tylko dezaprobatę wobec cudzych reakcji, która wyrasta z naszych odmiennych odczuć?

Presja społeczna, która nakazuje tolerancję wobec cudzych zachowań i wyborów, zdaje się przeczyć twierdzeniu Adama Smitha. Tolerancja to wspaniała religia współczesności; wszyscy ją wyznajemy na sposoby, które filozof uznałby pewnie za zaskakujące. Niemniej jednak, mimo zewnętrznej presji, aby żyć samemu i pozwolić żyć innym, emocje ukryte w naszym wnętrzu często odzwierciedlają to, o czym pisze Smith. Jego spostrzeżenia pomagają wyjaśnić to dziwne zjawisko, w ramach którego ludzie starają się przekonywać innych, aby polubili te same filmy czy piosenki. Zbyt głęboki albo nieadekwatny żal sprawia, że odczuwamy zakłopotanie, dyskomfort. Kiedy w wiadomościach telewizyjnych jest mowa o skandalu politycznym, na temat którego nasi znajomi mają inne zdanie, niepokoimy się, a czasem złościmy.

Im większy zaś jest rozdźwięk między moimi i Twoimi „sentymentami”, tym silniejszą dezaprobatę będziemy odczuwać względem swoich wzajemnych reakcji, które uznamy za niestosowne. Od stanu dysharmonii wolimy harmonię naszych odczuć. Koncepcja harmonii — czyli dopasowania moich reakcji do Twoich i odwrotnie — przenika cały wywód Smitha na temat emocji oraz interakcji społecznych.

Rozdźwięk między odczuciami moimi i Twoimi ma dużo większe znaczenie — powiada Smith — w przypadku kwestii osobistych niż takich spraw, jak opinie na temat wiersza, piosenki, dzieła sztuki. Znacznie ważniejsze jest dla mnie, żebyś lubił moich kolegów niż moje ulubione wiersze. Chcę, żebyś lubił moich znajomych i nie lubił moich wrogów. Zarazem jestem gotowy zaakceptować to, że nie lubisz moich znajomych tak bardzo jak ja albo nawet że nie lubisz ich wcale, ponieważ bardziej zależy mi na tym, żebyś nie lubił moich wrogów.

Najbardziej jednak zależy mi nie na zgodnych gustach w dziedzinie sztuki albo preferencjach dotyczących znajomych czy wrogów. Naprawdę pragnę tego — powiada Smith — aby Twoje emocje harmonizowały z moimi zarówno kiedy cierpię, jak i święcę triumfy. Jeżeli usiłuję poradzić sobie z tragedią, jaka miała miejsce w moim życiu, to chcę, abyś połączył się ze mną w żalu. Zdaniem Smitha jeżeli czujesz choć częściowo mój żal, to mnie pocieszasz; kiedy się wczuwasz w moją sytuację harmonijnie z moją reakcją, dzieje się coś niezwykłego — ściągasz mi z barków część dźwiganego ciężaru.

Oczywiście możesz tylko wyobrażać sobie mój żal, nie jesteś w stanie poczuć dokładnie tego samego. Nie da się postawić w 100 procentach w sytuacji drugiego człowieka. Nie jesteś przecież mną. Możesz więc jedynie wyobrażać sobie, jak by to było przechodzić przez to, przez co przechodzę ja. Utrudnia to Twoja sytuacja życiowa, utrudniają to Twoje problemy, lęki, a nawet przyjemności. Staramy się więc wspólnie robić co w naszej mocy.

.Trzymając się muzycznej metafory: jeżeli mój głos jest głośniejszy od Twojego, nasz duet nie będzie brzmiał szczególnie ładnie. Będę Cię zagłuszał, Twój głos nie zdoła się przebić. Ponieważ wiem, że nie jesteś w stanie doświadczyć cierpienia tak samo jak ja, łagodzę w Twojej obecności ekspresję swojego żalu. Zamiast oczekiwać, że zaśpiewasz tak głośno jak ja, sam śpiewam ciszej. Ty z kolei starasz się śpiewać nieco głośniej. W ten sposób kształtuję swoją reakcję emocjonalną według tego, co uważam za Twój potencjalny poziom empatii. Wyjaśnia to, dlaczego łatwiej mi rozpłakać się przy rodzinie niż przy znajomych i łatwiej przy znajomych niż przy obcych.

Interakcja emocjonalna przypomina duet, w którym cały czas dopasowujemy siłę naszych głosów do siebie nawzajem. Gdy cierpię, wówczas Ty wyobrażasz sobie, jak to jest być w mojej sytuacji, i częściowo doświadczasz mojego smutku. Ja zaś widzę, jak się starasz połączyć ze mną w żalu. Smith zauważa jednak, że nie sposób tego zrobić tak doskonale jak podczas wspólnego wykonywania pieśni. Jesteśmy tylko ludźmi. Jeżeli przeżywam jakąś tragedię, to pewne granice ma zarówno odczuwanie przez Ciebie mojego cierpienia, jak i łagodzenie przeze mnie ekspresji swoich emocji. Im bardziej jednak zbliżona jest intensywność naszych reakcji, tym bardziej czuję się pocieszony. To zaś zachęca mnie do zmniejszenia intensywności mojej reakcji, a Ciebie — do zwiększenia Twojej.

Jedynym pocieszeniem dla niego jest widzieć, że poruszenia ich serc w każdym względzie współgrają w tym samym rytmie z jego własnymi gwałtownymi i przykrymi odczuciami. Jednakże musi sobie zdawać sprawę, że osiągnięcie tego stanu jest możliwe jedynie wtedy, gdy obniży nasilenie swego gniewu do poziomu, jaki jest jedynie osiągalny przez jego obserwatorów.

.Aby przekazać idee wzajemnego dopasowywania intensywności emocji, Smith posługuje się muzyczną metaforą — stępienia ostrości naturalnego tonu gniewu w celu osiągnięcia harmonii. Filozof upewnia się u czytelnika, czy może użyć tej przenośni.

Musi stępić, jeśli mogę tak powiedzieć, ostrość naturalnego tonu gniewu, aby osiągnąć harmonię i zgodę z uczuciami otoczenia.

.Zatem ten, kto cierpi, próbuje łagodzić swoje emocje. Druga osoba zaś, poprzez współczucie, stara się poczuć ten ból, choć jest to nie do końca możliwe. Doświadczenia tych ludzi okazują się po prostu odmienne.

To, co oni odczuwają, niewątpliwie będzie zawsze różne w pewnych aspektach od tego, co on czuje, zaś współczucie nigdy nie może być dokładnie tożsame z jego naturalnym smutkiem. Ponieważ głęboko ukryta świadomość zmiany okoliczności, z której powstają uczucia sympatetyczne, jest jedynie produktem wyobraźni, nie tylko powoduje to spadek jego napięcia, lecz w pewnej mierze zmienia także jego charakter i stwarza całkiem inną jego odmianę.

.Dopasowanie nie jest jednak konieczne do tego, aby osoba cierpiąca poczuła się pocieszona. Smith ponownie używa metafory muzycznej.

Te dwa uczucia mogą jednakże, co jest oczywiste, wykazywać taką odpowiedniość wzajemną, iż wystarcza to do uzyskania harmonii w społeczeństwie. Choć nigdy nie mogą występować unisono, to tutaj potrzeba tylko zgodności i niczego więcej się nie wymaga.

.W muzyce mamy do czynienia z unisono, kiedy dwa dźwięki mają identyczną wysokość. Jeżeli dźwięki są różne, ale wciąż dobrze współbrzmią, mówi się o nich, że są harmonijne. W rezultacie pojawia się harmonia, która przynosi cierpiącemu pocieszenie, a pocieszającemu możliwość ulżenia cierpiącemu.

Dokonana przez Smitha analiza muzyki cierpienia wyjaśnia, dlaczego wyrażamy tak łagodnie smutek w obecności obcych czy nawet znajomych i części przyjaciół. Jeżeli nie znasz mnie dobrze lub wcale, Twoja zdolność odczuwania mojego bólu jest znacznie gorsza, niżby była, gdybyśmy byli przyjaciółmi czy rodziną. Dlatego wyraźnie obniżam poziom wyrażanego przeze mnie smutku, wiedząc, że Twoja zdolność do okazania mi empatii pozostaje dość ograniczona.

Zdaniem Smitha towarzystwo przyjaciela może przegonić smutek.

Umysł nieczęsto jest więc tak poruszony, by towarzystwo przyjaciela nie przywróciło mu, do pewnego stopnia, spokoju i zrównoważenia. W obecności przyjaciela serce ucisza się i uspokaja.

.Sposób, w jaki to się dzieje, jest wprost nadzwyczajny.

Natychmiast zaczynam się zastanawiać, w jakim świetle będzie on widział moją sytuację, i sam zaczynam ją widzieć w tym samym świetle.

.Pocieszenie bierze się częściowo z możliwości spojrzenia na nasze cierpienie oczami przyjaciela. Ponieważ ten cierpi mniej niż my, to i my zaczynamy cierpieć mniej. Patrzymy, jak przyjaciel się nam przygląda, a postrzeganie samych siebie oczami przyjaciela zmniejsza skalę naszej tragedii. Tyle o przyjacielu; na następnym poziomie znajduje się znajomy, a potem obca osoba. W miarę jak oddalamy się od naszego przyjaciela czy ukochanej osoby, zdajemy sobie sprawę, że otaczający nas ludzie okazują raczej umiarkowane współczucie w związku z naszą sytuacją.

Od zwykłego znajomego oczekujemy mniej sympatii [współczucia] niż od przyjaciela: znajomemu nie możemy odsłonić wszystkich szczegółowych okoliczności, które możemy wyjawić przyjacielowi. Przyjmujemy więc wobec znajomego postawę bardziej powściągliwą i staramy się skoncentrować nasze myśli na ogólnych okolicznościach naszego położenia, które on jest skłonny rozważyć. Jeszcze mniej sympatii oczekujemy od zbiorowiska nieznajomych, dlatego wobec nich przyjmujemy postawę jeszcze bardziej powściągliwą i nieustannie staramy się złagodzić nasilenie naszej emocji do tego poziomu, który, jak można oczekiwać, to towarzystwo może przyjąć.

.Następnie Smith formułuje dość zaskakujące stwierdzenie: ponieważ obcy odczuwa nasze cierpienie mniej intensywnie niż znajomy, który z kolei odczuwa nasze cierpienie mniej intensywnie niż przyjaciel bądź ukochana osoba, przebywanie w towarzystwie ludzi nieznanych pomaga nam odzyskać równowagę emocjonalną skuteczniej niż przebywanie z przyjacielem.

Nie jest to jedynie zachowanie pozorów. Jeśli bowiem trochę jesteśmy panami siebie, obecność zwykłego znajomego rzeczywiście uspokoi nas bardziej niż przyjaciela; obecność zaś zbiorowiska nieznajomych bardziej niż znajomego.

.Innymi słowy: mając za sobą jakieś emocjonalne wyzwanie, kiedy bierzemy się w garść w towarzystwie obcych, nie tylko udajemy odważnych, ale naprawdę czujemy się lepiej. Względny spokój nieznanej nam osoby — przekazywany nam ze względu na jej niezdolność do pełnego współodczuwania z nami w trudnej sytuacji — daje tak naprawdę korzystny efekt.

Efekt ten możesz zaobserwować w praktyce, na przykład kiedy się kłócisz z członkiem swojej rodziny. Oto atmosfera robi się gorąca, a Ty zaczynasz odczuwać silną złość. Druga osoba również irytuje się coraz bardziej. JAKADA_okladkaNagle dzwoni Twój telefon komórkowy. Patrzysz na wyświetlacz: to Twój współpracownik, którego ściga termin i któremu obiecałeś pomóc. Kiedy odbierasz i witasz się z kolegą, Twój głos jest zupełnie normalny. Cała złość wywołana kłótnią znika. Jak to możliwe? Nie jest to świadome, ale telefon od osoby słabo Ci znanej po prostu wyłącza Twoją złość. Wcześniej nie udawałeś złości — ale i teraz, podczas rozmowy telefonicznej, nie udajesz spokoju. Naprawdę się uspokoiłeś.

Russ Roberts
Fragment książki “Jak Adam Smith może odmienić Twoje życie. Zaskakujące rozważania o ludzkiej naturze i szczęściu” (wyd.Helion, 2015). POLECAMY: [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 stycznia 2016

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam