Stephane WŁODARCZYK, Joanna NOJSZEWSKA: "Francuski łącznik"

TSF Jazz Radio

Francuski łącznik

Stephane WŁODARCZYK

Paryżanin pomieszkujący w Polsce. Twórca i dyrektor artystyczny festiwalu muzycznego Francophonic, który odbywa się w Warszawie od 2006 r. Dziennikarz, historyk, organizator.

Joanna NOJSZEWSKA

Frankofonka i frankofilka w drugim pokoleniu. W pierwszym – dziennikarka od lat związana z miesięcznikiem „Twój Styl”, obecnie redaktorka działu kultury. Była też redaktorką naczelną polskiej edycji magazynu „Elle”. Po godzinach gra i śpiewa w amatorskim teatrze.

zobacz inne teksty autora

Joanna NOJSZEWSKA: – Skąd wziąłeś się nad Wisłą?

Stephane WŁODARCZYK: – Wychowywałem się w Paryżu w rodzinie „bikulturalnej”. Ojciec jest Polakiem, mama Francuzką, której dziadkowie mówili między sobą po polsku, gdy nie chcieli, aby dzieci wiedziały, o co chodzi.

Ojciec mamy pochodził z polskiej rodziny żydowskiej, a jej najlepszą przyjaciółką w liceum była Polka. Jako młoda nauczycielka rosyjskiego wybrała się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku w podróż językową do Związku Radzieckiego, świeżo po Francuskim Maju, z czerwoną książeczką Mao pod pachą. Po drodze było zwiedzanie Warszawy. Akurat tą grupą opiekował się ojciec i… Legenda rodzinna mówi, że gdy mama wracała z Rosji — znowu przez Warszawę — ojcu udało się ogłosić przez dworcowy megafon, że: Na pannę Helenę oczekują kwiaty. Zostali parą. Swoją drogą — po podróży do Rosji i Polski mama szybko zmieniła zdanie na temat komunizmu. Ojciec wyjechał do Francji, gdzie został naukowcem i profesorem języka japońskiego.

– Tata pilnował, żebyś jako dziecko uczył się polskiego?

– Oboje rodzice o to dbali. Mama, zanim jeszcze się urodziłem, została polonofilką, a potem profesorem polskiego na Sorbonie. Kiedy byłem nastolatkiem, kultura polska była dla mnie miłym bonusem. Znałem dodatkowy język, mogłem czytać autorów, o których francuscy koledzy nie słyszeli, na przykład Gombrowicza. Ale do pierwszego przyjazdu szczególnie się Polską nie interesowałem. Dopiero po upadku systemu komunistycznego ojciec przywiózł mnie tutaj. Miałem siedemnaście lat.

W ówczesnej Warszawie uderzyło mnie to, że stolica wielkiego kraju funkcjonuje jak małe miasteczko. Nie była anonimową metropolią, ludzie się znali. Jeszcze wtedy nie zakochałem się w Polsce. Zacząłem w Paryżu studiować prawo, po kilku latach przeszedłem na historię i wreszcie na czwartym roku zdecydowałem się wykorzystać znajomość polskiego i zrobić coś oryginalnego. W dwutysięcznym roku przyjechałem na dwa miesiące, zebrać materiały do pracy magisterskiej o… historii „Dziennika telewizyjnego” w Polsce. Tata zachował kontakty, miałem więc kilku znajomych wśród tutejszej inteligencji albo — jak tu się mówi — warszawki. Byłem wtedy zdziwiony, że młodzi ludzie zakładają firmy i robią kariery. Miałem wrażenie, że kraj, przez tyle lat uśpiony, budzi się do życia. W mediach pojawiło się wielu młodych artystów, reżyserów teatralnych, malarzy, pisarzy. Dla mnie polska kultura stała się czymś bardziej realnym niż tylko doświadczeniem polonijnym.

Po powrocie do Francji napisałem pracę magisterską, skończyłem studia, ale nadal chciałem mieć coś wspólnego z relacjami polsko-francuskimi, śladem wielkich poprzedników — Mickiewicza, Chopina i innych, nieco skromniejszych kompanów (uśmiech). Wymyśliłem, że chciałbym zostać takim passeur interculturel, czyli punktem kontaktowym tych dwóch kultur. Przyjechałem więc do Polski na roczny staż, żeby napisać pracę o wymianie polsko-francuskiej w dziedzinie techniki w XX wieku. To mieściło się w ramach moich głównych zainteresowań — historii innowacji.

Szybko jednak się okazało, że zawód historyka nie jest dla mnie. W głębi duszy czułem się muzykiem. Latami grałem na gitarze, komponowałem, byłem liderem zespołu. Na studiach na Sorbonie grałem w teatrze na scenach zawodowych i nawet trochę po polsku na uniwersytecie, u mamy.

– Człowiek renesansu.

– Tak, to ja! Ale nie jestem pewien, czy w XXI wieku bycie człowiekiem renesansu jest à propos. Zarzuciłem pisanie pracy o stosunkach technicznych. Traf chciał, że poznałem attaché audiovisuel Ambasady Francuskiej w Warszawie, pana Juliena Lamy’ego. Szukał kogoś, kto zajmie się promocją muzyki francuskiej. Akurat dwa tygodnie wcześniej zobaczyłem na mieście plakat francuskiego artysty Mathieu Boogaertsa. Pomyślałem: Niekomercyjny, hermetyczny, poeta — zadziwiające, co on tu robi. I druga myśl: Halo, to ja powinienem się zajmować takimi rzeczami! I proszę — dzwonią z ambasady, że jest taka możliwość. A jeszcze — i to jest niewiarygodne! — w tym samym momencie widzę z autobusu baner reklamowy jakiejś firmy z napisem jakby stworzonym dla mnie. Właściwie tam było kilka napisów w różnych językach, a ten po francusku wołał wielkimi literami: Stéphane, tu vas y arriver, czyli Stéphane, uda ci się. Uznałem to za znak — czas spróbować polskiej przygody! Bo to tak traktowałem.

Ruszałem na podbój, tak jak kiedyś ruszało się do Stanów Zjednoczonych czy Australii. Dopiero potem zrozumiałem, że po przygodę trzeba było przyjechać do Polski w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku. Dziś może miałbym w Polsce imperium muzyczne. W dwutysięcznym roku karty były już rozdane.

– Jednak…

– Rok później zostałem przedstawicielem francuskiej fonografii w Polsce, w Bureau Export de la Musique Française, i z tego tytułu pracowałem w Instytucie Francuskim w Warszawie. Zresztą już podczas pierwszego pobytu w Polsce, gdy zobaczyłem ich piękny budynek na ulicy Senatorskiej, pomyślałem, że chciałbym tu pracować. I spełniło się. Organizowałem koncerty i inne wydarzenia kulturalne w Polsce.

– Pierwszy duży koncert?

– Cóż, nie był to sukces. Pełen wiary, że Polacy są ciekawi innych nacji, zaprosiłem Rachida Tahę. We Francji był gwiazdą, podobał się moim przyjaciołom z Warszawy, wydawało się, że będzie interesujący dla szerszej publiczności. Reprezentuje Francję dzisiejszą, która różni się od tej dawnej spod znaku Brela i Brassensa. Chciałem pokazać Polakom, że inne kultury inspirują kulturę francuską. Pomyliłem się okrutnie. Rachid to Algierczyk. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że kultura arabska jest chyba najbardziej oddalona od tutejszych zainteresowań. Polacy interesują się Ameryką, Japonią, Afryką, Azją Centralną, Azerbejdżanem nawet, ale nie Algierią. Na domiar złego, tego samego wieczoru odbywał się ważny mecz piłkarski reprezentacji Francji, automatycznie więc odpadła francuska część publiki. Rachid gra muzykę nieoczywistą — algierski punk rock pomieszany z muzyką zachodnią — co jeszcze bardziej skomplikowało sytuację. Bo ci, którzy chcieli posłuchać muzyki arabskiej, dostali hard rocka, a ci którzy chcieliby hard rocka, nie zrozumieli, że to Led Zeppelin na odwyrtkę, i też nie przyszli. Ludzie wołali też: Skandal, Rachid Taha to nie Francja! Ukoronowaniem całej sytuacji była prywatna wypowiedź policjanta z ambasady francuskiej: Chciałbym dorwać tego człowieka, który zaprosił Rachida do Polski. Spojrzałem mu w oczy i powiedziałem: Ten człowiek stoi przed tobą. I się nie wstydzi. W następnych latach zaprosiliśmy oczywiście dziesiątki innych artystów francuskich do Polski. I w znakomitej większości była świetna frekwencja.

– Pierwszy wielki sukces?

– Festiwal Francophonic, w zasadzie jego prequel w dwa tysiące szóstym roku. W okolicach dwudziestego marca, czyli święta frankofonii, wszystkie ambasady francuskie mają zadanie coś zorganizować. Przypadek sprawił, że w Warszawie miały się odbyć w tym samym czasie dwa koncerty: Yanna Tiersena — trochę już w Polsce znanego, bo napisał muzykę do „Amelii” — oraz duetu Amadou & Mariam grającego funky-afro-bluesa. Pracując przy tych występach, stwierdziłem, że wystarczyłoby „owinąć” taki program w spójny festiwal, żeby stworzyć prawdziwe francuskie wydarzenie w Polsce, czytelne dla masowych mediów. Trafiliśmy na dobry czas. W Polsce nie było wtedy wielu tego typu wydarzeń, media więc nami się zainteresowały, program był nowoczesny, publiczność z miejsca nas polubiła. A ja złapałem wiatr w żagle. Moje nowe życie zaczęło mi się podobać: wszak wyjazdy na targi muzyczne Midem do Cannes znacząco różnią się od żmudnej pracy naukowej. Co ciekawe, przez te ponad siedem lat w Polsce, zajmując się kulturą, wyrobiłem sobie takie kontakty w paryskiej branży muzycznej, jakich nigdy, tam mieszkając, bym nie nawiązał.

– Nie żałujesz kariery naukowca?

– Nie żałuję, bo trochę do niej wróciłem. Właśnie staram się napisać doktorat na Sorbonie. Temat: „Polityka kulturalna w Polsce”. Sam jestem ciekaw, na ile uda mi się coś zrozumieć i przekazać w formie sprawdzonej na uniwersytecie to, co leży u podstaw istnienia działalności kulturalnej w Polsce.

– A zawodowo?

– Opuściłem Instytut Francuski i od kilku lat jestem niezależny — pracuję sezonowo dla agencji Come4Event, która organizuje tournée artystów francuskich — Yanna Tiersena — czy odpowiada za French Kiss Tour i Francophonic w Berlinie, a także wielki bal czternastego lipca, który — mam nadzieję — uda się nam kiedyś urządzić w Warszawie. Bo nie sądzę, żeby komuś to przeszkadzało, gdyby odbywała się tu wielka impreza z bezpłatnymi koncertami, tak jak to jest we Francji. Trzeba tylko siąść do stołu z dużymi francuskimi firmami i naszą ambasadą i powiedzieć sobie: Robimy. To nie jest łatwe, bo relacje między wszystkimi partnerami do takich projektów są — nazwijmy je — bardzo polityczne.

– Jak po latach mieszkania w Polce patrzysz na Polaków?

– Wszędzie są ludzie w porządku i mniej w porządku. Polacy, pewnie z racji doświadczeń z komunizmem, są dość zamknięci, nieufni, podejrzliwi. Francuzi może także nie są tacy otwarci, komunikacja jednak jest łatwiejsza, bardziej bezpośrednia. We Francji mamy zwyczaj rozmawiać w kolejce w barze czy w sklepie. Tu raczej nie. W różnych tak zwanych dobrych domach nieraz znalazłem się w sytuacji, w której przed chwilą zostaliśmy sobie przedstawieni, ja zaczynam coś mówić, a ci ludzie są tym głęboko zadziwieni: Co on sobie myśli? To, że się zapoznaliśmy, nie oznacza jeszcze, że mamy konwersować. Z drugiej strony, to pewnie wpływ języka angielskiego, młodzi ludzie bardzo skracają kontakt. W dzisiejszej młodej Polsce brakuje mi więc mówienia sobie na „pan” w relacji klient-sprzedawca.

Mam wiele obserwacji z kontaktów zawodowych. Kilka razy rozmawialiśmy godzinę o projekcie, wszystko pięknie, ładnie, a potem… cisza. Żadnego e-maila, żadnego odzewu. Ani na tak, ani na nie. Co ciekawe, im wyższe progi, tym częściej zdarzały się spotkania, które prowadziły donikąd. Często odnoszę wrażenie, że w Polsce coś się robi, aby robić, jakby wielu ludziom nie zależało na skuteczności. We Francji pracownik, który ma dość fajną pracę i jest dobrze opłacany, musi efektywnie pracować. Kultura pracy jest wyższa niż w Polsce. Widzę to na przykładzie i McDonald’sa, i branży muzycznej. Czasem ktoś mi w jakiejś sprawie oświadcza: Tego nie da się zrobić. Dla mnie to nie odpowiedź. Staram się szukać pomysłów. Dla mnie nie ma problemów, są tylko rozwiązania. Zauważ, nie ma marki polskiej, może poza wódką, która jest znana na świecie, a z całym geniuszem Polaków, ich kulturą i edukacją, takich marek powinno być więcej. Macie potencjał, tylko powinniście być bardziej przebojowi. Żeby wygrać, trzeba wierzyć w siebie i chcieć. Polacy bywają defetystami i lubią mówić, że w Polsce nic się nie udaje. Ja wciąż jednak czekam na wielki polski sukces. Macie przecież wspaniałych, utalentowanych artystów, tylko oni potrzebują wsparcia i zaplecza.

– Hm, a usłyszę coś dobrego o Polakach?

– Moje narzekanie na Polaków jest już chyba moją polską cechą, tak jak narzekanie na Francuzów jest moją cechą francuską. Plusy? Polacy są gotowi stawić czoło wszelkim trudnościom. Sumiennie wywiązują się ze zobowiązań, chociaż często „rzutem na taśmę”. We Francji rzadko się zdarza, aby jakąkolwiek imprezę dopinano za pięć dwunasta, tuż przed otwarciem drzwi. W Polsce tak się dzieje często. Może nie ma w tym niczego złego, przecież praca jest wykonana, przed widzami wszystko jest OK.

Podziwiam też waszą umiejętność panowania nad emocjami. Polacy to mieszanka kultur: nordycko-germańskiej ze słowiańską i łacińską, a to są światy opozycyjne. Macie więc fantazję i szaleństwo, ale również pragnienie porządku, organizacji, wiedzy technicznej. Francuzi też mają tę mieszankę „łaciny” z „nordykiem”, dlatego widzę wiele podobieństw w naszych temperamentach. Polakom na pewno jest bliżej do Francuzów niż na przykład do Niemców. Mamy wspólną katolicką bazę. We Francji polskie nazwiska kojarzą się dobrze.

Polska to kraj, który osiąga swe cele mimo barier i ograniczeń. Jesteście przygotowani na spotkanie ze światem XXI wieku. Wierzę, że Polska się wzbogaci. Wyobrażam sobie, że za dwadzieścia lat to będzie kraj marzeń. I już dziś, wydaje mi się, jest u was więcej radości życia niż we Francji.

– A w tobie co jest polskiego, a co francuskiego?

– Polacy często mi mówią, że mam francuski wygląd, co mnie dziwi, bo nie jestem niewysokim brunetem, mam jasne włosy i oczy. Francuska jest we mnie otwartość, pewna forma humanizmu i tolerancja wyuczona w szkołach Republiki. Z kolei po polskich przodkach mam wyższy niż francuska średnia poziom empatii. Tu ludzie wkładają więcej wysiłku w to, żeby zrozumieć drugiego człowieka. Taka polska cecha, której Francuzi nie mają w ogóle. Konwersacja po francusku wygląda inaczej. My sobie non stop przerywamy, wchodzimy w słowo, nie zgadzamy się. To nawet stwarzało problemy w mojej rodzinie. Ojciec wciąż powtarzał matce: Daj mi wreszcie coś powiedzieć do końca.

Słucham rocka, który był bardziej popularny w Polsce niż we Francji. Może więc to zasługa polskiego temperamentu. Pewnie ma to też związek z tradycją literacką. Wielcy polscy intelektualiści: Gombrowicz, Kantor, Grotowski, a nawet Mickiewicz, uczyli, jak łamać reguły. We Francji, od encyklopedystów aż do Sartre’a i Foucaulta, w kartezjanizmie, nigdy nie było możliwości popatrzenia na sprawy inaczej, niekonwencjonalnie.

– Od spraw ducha przeskoczmy do spraw ciała. Zdarza ci się na środku Pól Elizejskich zatęsknić za bigosem?

– Kiedy zagraniczni znajomi pytają, jak tu się jada, odpowiadam, że tak jak w Niemczech — bo są ziemniaki i kapusta — tylko znacznie lepiej. Łapię się na tym, że gdy tylko wyląduję w Polsce, zaraz mam chęć na schabowego. Chociaż nam, Francuzom tu mieszkającym, brakuje konceptu „sklep u rzeźnika”, podobnie jak piekarni na każdym rogu. Za to obok BUW-u namierzyłem bardzo dobre naleśniki francuskie.

Życzyłbym sobie, żeby więcej restauracji było otwartych do późnych godzin nocnych. W Paryżu można iść na kolację nawet o północy. W Polsce zaś mogę wszędzie zjeść obiad około szesnastej, a w Paryżu o tej porze nie serwują już dań obiadowych. Wiadomo — rytm posiłków we Francji jest inny. Nie jem dużego śniadania, muszę więc w południe zjeść solidnie. No i kolacja o dwudziestej też powinna być porządna. To rodzi zabawne sytuacje. Kiedyś zaprosiłem dziewczynę o wpół do ósmej do restauracji z wizją wielkiej uczty, a ona mi mówi: Dziękuję, ale już jadłam.

– Jeżeli kolacja, to wino. Istnieje teoria spiskowa, że francuskie wina sprzedawane w Polsce są za drogie.

– Prawda jest taka: przez długi czas Francuzi sprzedawali Polakom wina za drogo i nie zawsze były to wina wysokich lotów. W tym czasie Chilijczycy i Hiszpanie nadeszli z konkurencją i podbili rynek. Co nie zmienia faktu, że najlepsze wina na świecie są z Francji. Tylko że te dobre powinny w Polsce kosztować nie siedemdziesiąt złotych, lecz trzydzieści pięć, najwyżej czterdzieści. Zresztą od niedawna tak chyba już jest, w tym przedziale cenowym butelka z Francji jest najlepsza.

– Mój kuzyn od wielu lat mieszkający we Francji ma sprawdzony sposób na ocenę wina. Jeśli kosztuje powyżej ośmiu euro, jest dobre, jeśli mniej — słabe.

– Warto pamiętać jeszcze o kilku rzeczach. Gdy butelka ma wgłębienie od spodu — zwłaszcza jeśli chodzi o bordeaux — to dobry znak. Poza tym dobre wino powinno mieć na etykiecie napisane: Mise en bouteille à la propriété czy au château. To już jest znak jakości. I koniecznie: Appellation supérieure contrôlée.

– Wspomniałeś o kolacji z dziewczyną. Czy relacje damsko-męskie wyglądają u nas inaczej?

– We Francji byłem przyzwyczajony do bardzo wymagających kobiet. Bo niby jest równouprawnienie, ale… Może odpowiem dialogiem z życia wziętym. Z życia we Francji oczywiście.

— Kochanie, dokąd chcesz pójść dziś na kolację? — Nie wiem. — Do Chińczyka czy do włoskiej? — Oj, nie denerwuj mnie, jesteś facetem, zdecyduj. Następnym razem on oznajmia:

— Idziemy zjeść do Chińczyka. Na co ona: —Nie denerwuj mnie, dlaczego zawsze ty o wszystkim decydujesz?

To pokrótce obraz relacji z Francuzką. Polki są łagodniejsze. Francuz, który tu przyjeżdża, odkrywa kobietę w całej swojej mocy i potędze. Polki są kobiece, zalotne, umalowane — czasem może za bardzo, ale na pewno uwodzicielskie. To Francuzom z mojego pokolenia bardzo się podoba. Z drugiej strony, jest mi dużo łatwiej być w sytuacji przyjacielskiej, niedwuznacznej z Francuzką niż z Polką.

– A polscy mężczyźni?

– Są pełni galanterii, starsi wciąż jeszcze całują kobiety w rękę, który to zwyczaj zresztą pochodzi chyba z Francji. W obu krajach obserwuję jednak wspólną rzecz: dziś bardziej kobiety wybierają mężczyzn. Polska to kraj matriarchalny. Oficjalnie rządzą mężczyźni, ale de facto kobiety szepczą im do ucha, co mają robić.Okładk_cala

– Stephane, poproszę o złotą dziesiątkę wykonawców francuskich, których każdy szanujący się frankofil w Polsce powinien posłuchać.

– Podam tylko młodych artystów, bo zakładam, że klasykę polska publiczność zna. Więc: Arthur H, Les Têtes Raides, Emily Loizeau, Benjamin Biolay, M (Matthieu Chedid), Emilie Simon, Camille, Zaza Fournier, Ben l’Oncle Soul i — oczywiście — Zaz. Po detale zapraszam do mojej nowej radiowej audycji w Jedynce. To taki niekończący się festiwal Francophonic na falach radiowych.

Rozmawiała Joanna Nojszewska
Fragment książki Joanny Nojszewskiej “Klucz francuski. O francuskim stylu opowiadają Polacy zakochani we Francji i Francuzi zakochani w Polsce”, wyd. Czarno na białym

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam