 Obecne amerykańsko-izraelskie starcie z Iranem trwa już dłużej niż to, które miało miejsce w czerwcu zeszłego roku. Jego natężenie i geograficzny zakres są bez porównania większe. Miejmy nadzieję, że zapowiedzi prezydenta Donalda Trumpa o cztero- czy pięciotygodniowych zmaganiach się sprawdzą, ale wiele wskazuje na to, że czas ich trwania będzie mierzony w miesiącach, jeśli nie w latach.  To miała być szybka operacja; precyzyjna, ograniczona i przeprowadzona z chirurgiczną precyzją. W strategicznej logice Tel Awiwu i Waszyngtonu uderzenie w Iran miało bowiem sparaliżować kluczowe elementy aparatu państwowego i wojskowego tego kraju, takie jak systemy obrony powietrznej, centra dowodzenia, infrastrukturę rakietową, a jego celem nie była klasyczna wojna, lecz dekapitacja reżimu ajatollahów i doprowadzenie do politycznego wstrząsu wewnętrznego. Po dwóch tygodniach wiemy już jednak, że tak się nie stało.  Nie mam pojęcia, jak można było przypuścić, że obywatele Iranu, w dużej części przeciwni panującemu reżimowi, ale przecież reżimowi dysponującemu doskonałym i bezwzględnym aparatem represji, wyjdą od razu na ulice, by ten reżim obalić. Szanse na rychłą kapitulację władz, i to kapitulację właściwie bezwarunkową oraz totalną, były prawie zerowe.  Stany Zjednoczone i Indie mają bardzo zbieżne interesy, jeśli chodzi o zapobieganie terroryzmowi czy zapewnienie wolności żeglugi na morzach i oceanach. Widzimy już zmiany we współpracy USA i Indii w dziedzinie obronności – zmiany, które jeszcze kilka lat temu byłyby nie do pomyślenia. Mam nadzieję, że będziemy tę współpracę dalej rozwijać.  Każdy dolar wydany przez Stany Zjednoczone na obronę szlaków żeglugowych na Morzu Czerwonym to dolar mniej na budowę okrętów podwodnych, rozwój baz na Pacyfiku czy przygotowania na ewentualny konflikt wokół Tajwanu. Każda grupa lotniskowcowa wysłana do Zatoki Adeńskiej to jedna mniej na zachodnim Pacyfiku. Irańskie milicje działają więc jak mechanizm strategicznego wyczerpywania Stanów Zjednoczonych. Koszty ponosi Waszyngton, a korzyści strategiczne gromadzi Pekin.

Muszę przyznać, że z satysfakcją obserwuję, jak z hukiem upadają rozmaite przesądy, co do których sądziłem, iż panować będą nad Europą już do końca mojego żywota. Atomowe nawrócenie Emmanuela Macrona sprawia mi radość, dając zarazem nadzieję, że i inne mroczne nonsensy, panujące nad Europą, będą odchodzić w przeszłość, a politycy zaczną odzyskiwać zdrowy rozsądek.  Czy życie ludzkie ma jakąś szczególną wartość? Czy ludzkie tkanki, ludzki tłuszcz, ludzki popiół można swobodnie utylizować? Czyje życie jest coś warte, a czyje bezwartościowe? Od czego to zależy – rasy, wieku, zdrowia, umiejętności, majątku?
Najnowszy, 74 numer „Wszystko co Najważniejsze” jest już dostępny w EMPIK-ach, Księgarni Polskiej w Paryżu oraz wysyłkowo i w prenumeracie – w Sklepie Idei  W 74. numerze miesięcznika Wszystko co Najważniejsze teksty m.in.: prof. Michała KLEIBERA, Jana ROKITY, Pawła SZEFERNAKERA, prof. Jacka HOŁÓWKI, Mateusza MORAWIECKIEGO, prof. Chantal DELSOL i Blaise METREWELI.  Polska posiada jeden z największych i najszybciej rozwijających się przemysłów zbrojeniowych w Europie Środkowej. Rząd deklarował, że ponad 80 procent środków z unijnego SAFE zostałoby wydanych w polskim przemyśle. Przy inicjatywie czysto krajowej, niezwiązanej warunkiem zakupu sprzętu wyprodukowanego w UE, odsetek ten mógłby być jeszcze wyższy, obejmując zakupy sprzętu i komponentów od dostawców ze Stanów Zjednoczonych, Korei Południowej czy Izraela, z których część produkcji byłaby offsetowo lokalizowana w Polsce.  Polonia amerykańska, kanadyjska, brytyjska i europejska dysponuje znacznym potencjałem inwestycyjnym, sięgającym dziesiątek miliardów dolarów rocznie. Jednak brak spójnych narzędzi, stabilnych kanałów komunikacji oraz przewidywalnych zachęt sprawia, że większość tego kapitału nigdy nie trafia do Polski.  Krótki horyzont rozliczeniowy UE SAFE sprawia więc, że pieniądze muszą iść przede wszystkim na zakup gotowego sprzętu, nie na budowę nowych zdolności wytwórczych. Instrument zaprojektowany pod potrzeby istniejących ośrodków przemysłowych Europy Zachodniej wzmacnia ich pozycję zamiast tworzyć nową bazę produkcyjną w Europie Środkowej.  Po długim milczeniu Michel Houllebecq zabiera głos. Jednak w czasach inflacji wypowiedzi artystów o świecie jest to głos całkowicie odrębny, dla wielu skandaliczny. Taki, jakiego oczekiwalibyśmy od ludzi sztuki. Zupełnie inny od histerycznych reakcji na tegoroczny Festiwal Filmowy w Berlinie.  „Un homme et une femme” sygnowane Claude Lelouch to film o miłości, która nie zaczyna się od zapomnienia przeszłości, lecz od jej uznania.  Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, że nowoczesna technologia stworzyła coś w rodzaju potwora. To system komunikacji, który omija niegdyś autorytatywne instytucje, tworzące demokratyczny dyskurs i zapewniające obywatelom wspólną bazę rzetelnej wiedzy, nad którą mogliby się gremialnie zastanawiać. |