Obrona Poczty Polskiej w Gdańsku – 14 godzin walki okupionych krwią
1 września 1939 roku to nie tylko atak na Westerplatte, bombardowanie Wielunia i pierwsze akty wojny granicznej. Symbolem polskiego oporu przeciwko niemieckiemu najeźdźcy stała się też obrona Poczty Polskiej w Gdańsku. Kilkudziesięciu słabo uzbrojonych funkcjonariuszy urzędu przez czternaście godzin odpierało kolejne szturmy SS, SA i policji gdańskiej. Zdecydowana większość z nich przypłaciła swoje bohaterstwo śmiercią, choć nie od razu.
Gdańsk przed wybuchem wojny
.Wolne Miasto Gdańsk było tworem istniejącym od 1920 roku, ustanowionym na mocy kończącego I wojnę światową traktatu wersalskiego. Jego istnienie miało być kompromisem pomiędzy Polską i Niemcami – oba państwa zgłaszały bowiem pretensje do nadbałtyckiego portu. W praktyce Gdańsk był tylko częściowo niezależny – jego suwerenność ograniczali bowiem dwaj posiadający duże uprawnienia komisarze, reprezentujący Ligę Narodów oraz Rzeczpospolitą Polską. Z drugiej strony, większość (nawet 90%) mieszkańców miasta stanowili Niemcy, mający wpływ na lokalną scenę polityczną. Prezydentem Senatu, czyli głową państewka, był zaś należący do Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP) Arthur Greiser. Można było się wobec tego spodziewać, że w przypadku wybuchu wojny z III Rzeszą Gdańsk szybko przyłączy się do najeźdźców.
Polski sztab nie zamierzał oddawać miasta bez podjęcia walki. Najbardziej oczywistym ośrodkiem oporu był gmach Poczty Polskiej w Gdańsku – a w zasadzie siedziba Polskiego Urzędu Pocztowo-Telegraficznego nr I, mieszcząca się przy Heveliusplatz (obecnie noszącym nazwę Placu Obrońców Poczty Gdańskiej). Placówka ta funkcjonowała na mocy międzynarodowych ustaleń, zgodnie z którymi strona polska mogła w Gdańsku utrzymywać własną służbę pocztowo-telegraficzną. Budynek Poczty Polskiej stanowił formalnie terytorium II Rzeczpospolitej – tym łatwiejsze było wobec tego zorganizowanie tam obrony.
Przygotowania rozpoczęły się już wczesną wiosną 1939 roku, gdy ryzyko nadchodzącej wojny z III Rzeszą stawało się coraz większe. Do Gdańska skierowano wówczas podporucznika Konrada Guderskiego (pseudonim „Konrad”), 39-letniego wojskowego uczestniczącego już wcześniej w akcjach specjalnych. Guderski podawał się za inspektora i w ciągu kolejnych kilku miesięcy potajemnie inwentaryzował pomieszczenia gmachu Poczty Polskiej oraz organizował antyniemiecką konspirację. Pocztowcy zaangażowani w raczkujący ruch oporu działali w „piątkach”, nie znając tożsamości pozostałych uczestników tajnej organizacji. W sierpniu 1939 roku dwóch z nich zostało aresztowanych. Guderski natychmiast zarządził wyjazd ich ośmiu towarzyszy z miasta. Na ich miejsce sztab polski skierował do Gdańska dziesięciu gdyńskich i bydgoskich pocztowców mających żołnierską przeszłość. Tym samym jeszcze bardziej wzmocniono obsadę Poczty.
Obrona Poczty Polskiej: przebieg akcji
.Niemcy od dłuższego czasu podejrzewali, że gmach Poczty Polskiej może stać się punktem oporu. Budynek zdecydowali się zatem zaatakować tuż po rozpoczęciu działań zbrojnych, o godzinie 4:45 nad ranem, 1 września 1939 roku. Do szturmu przeznaczonych zostało 180 gdańskich policjantów, wzmocnionych przez miejscowych funkcjonariuszy SS i SA – paramilitarnych bojówek III Rzeszy. W środku znajdowało się w tym czasie 56 polskich pracowników. Nie było wśród nich kobiet, które już wcześniej Guderski zwolnił z obowiązków służbowych. Korzystając ze zgromadzonej przez „Konrada” broni i amunicji przebywającemu na Poczcie personelowi udało się odeprzeć pierwszy szturm.
Później siły niemieckie przypuszczały kolejne ataki z różnych stron, również przy udziale artylerii. W wyniku toczonych zaciekle walk poległ Konrad Guderski. Obrońcy zdecydowali się walczyć dalej z nowym dowódcą – Alfonsem Flisykowskim. Około południa drugi wielki szturm został odparty. Po pewnym czasie pocztowcy zmuszeni jednak zostali do zejścia do piwnic. Tam napastnicy zgotowali im prawdziwe piekło, wlewając do budynku benzynę, a następnie dokonując jej zapalenia. W wyniku pożaru śmierć poniosło kilku obrońców, pozostali zaś zdecydowali się poddać. Pierwsi dwaj wychodzący – dyrektor Jan Michoń oraz Józef Wąsik – zostali przez Niemców zabici pomimo że dawali sygnały jednoznacznie świadczące o kapitulacji. W zamieszaniu czterem innym udało się uciec. Jak się później okazało, tylko oni mieli doczekać końca wojny.
Obrona Poczty Polskiej: losy niemieckich jeńców
.38 aresztowanych obrońców zostało przewiezionych do gmachu Komendy Policji przy ulicy Karrenwall (obecna Okopowa). Naziści postanowili wytoczyć im sfingowany proces, uznając za partyzantów i nie przyznając im praw należnych jeńcom wojennym. Funkcję prokuratora objął Hans Werner Giesecke. Sędzią w tej sprawie został zaś Kurt Bode. Dwie niezależne rozprawy przeprowadzono 8 i 29 września. Wszystkich pojmanych skazano na śmierć. Wyrok wykonano 5 października 1939 roku w pobliżu lotniska na Zaspie.
Oprawcy obrońców Poczty Polskiej nie zostali po wojnie rozliczeni ze swoich czynów. Zarówno Giesecke, jak i Bode przeszli proces denazyfikacji i zrobili kariery prawnicze. Sprawiedliwość zamordowanym pocztowcom oddał dopiero w 1995 roku Sąd Krajowy w Lubece, uznając przeprowadzone procesy za mordy sądowe. W decyzji zwrócono uwagę między innymi na to, że obrońcy Poczty nie mogli być nazwani partyzantami, jako że działali w obrębie terytorium Polski, ich przeciwnikami nie był Wehrmacht, a jedynie jednostki policyjne oraz oddziały paramilitarne, a ponadto w Wolnym Mieście Gdańsku w tym czasie kara śmierci w ogóle nie obowiązywała.
Obrońcy Poczty Polskiej zostali pośmiertnie odznaczeni Orderem Virtuti Militari, a ich imieniem nazwano dawny Heveliusplatz. W 1998 roku przyznano im także tytuły honorowych obywateli Gdańska. Poświęcenie kilkudziesięciu pocztowców z 1 września 1939 roku nie miało dużego znaczenia strategicznego i ostatecznie nie przyniosło stronie polskiej żadnych korzyści. Zasługuje jednak na uwagę i pamięć, jako symbol bohaterskiego oporu przeciwko pozbawionym skrupułów agresorom.
Dlaczego nie można zapomnieć o zbrodni pomorskiej z 1939 r.
.O innym tragicznym epizodzie związanym z niemiecką agresją na Polskę we wrześniu 1939 roku pisze dla „Wszystko co Najważniejsze” historyk Monika TOMKIEWICZ, zatrudniona w Biurze Badań Historycznych IPN.
„Mieszkający na Pomorzu Polacy i Żydzi, przedstawiciele różnych warstw społecznych – inteligencji, duchowieństwa, robotników, właścicieli ziemskich – i osoby chore psychicznie, zostali w pierwszych miesiącach II wojny światowej zamordowani przez oddziały Volksdeutscher Selbstschutz. W krótkim czasie zginęło ok. 40 tys. osób, przez co tzw. zbrodnia pomorska jest dziś porównywana do Katynia. Mimo ogromnej skali zbrodnia ta jest ciągle znikomo obecna we współczesnej refleksji nad II wojną światową.” – stwierdza Monika TOMKIEWICZ.
„Ofiarami byli obywatele polscy narodowości polskiej i żydowskiej, przedstawiciele różnych warstw społecznych – inteligencji, duchowieństwa, robotników, właścicieli ziemskich – i osoby chore psychicznie. Skalę tej zbrodni, ze względu na zacieranie śladów oraz częściowe zniszczenie archiwum Selbstschutzu, trudno oszacować liczbowo. Mimo to dzięki mozolnej współpracy historyków i prokuratorów do dnia dzisiejszego udało się ustalić dane personalne blisko 10 tys. ofiar. Najwięcej osób w tym okresie zamordowano w Lasach Piaśnickich koło Wejherowa, Lasach Szpęgawskich koło Starogardu Gdańskiego, w Mniszku koło Świecia nad Wisłą, Paterku koło Nakła nad Notecią, jak też na terenie bydgoskiego Fordonu.”
„Nie można jednak zapominać, że w okresie II wojny światowej na Pomorzu prowadzono również eksterminację pośrednią. Jedną z jej form były masowe wysiedlenia do Generalnego Gubernatorstwa. Celem tych działań była przede wszystkim chęć usunięcia wszystkich Polaków, określanych jako obcy rasowo i etnicznie, z nowo zajętych i wcielonych do Rzeszy terenów. Majątki wysiedlanych były rekwirowane przez ustanowionych powierników. W miejsce Polaków przesiedleni mieli zostać odpowiednio dobrani osadnicy niemieccy. Efektem tych działań miał być całkowity rozpad polskich partii politycznych i stowarzyszeń, a co z tym związane – ograniczenie wszelkiej działalności niepodległościowej. Warunki życia Polaków przesiedlonych z obszarów włączonych do Rzeszy na teren GG miały zostać przygotowane tak, aby poprzez przeludnienie, ciężkie warunki ekonomiczne, socjalne i bytowe zapobiec ich szybkiemu przyrostowi naturalnemu. Mieli stać się jedynie tanią siłą roboczą.” – zauważa Monika TOMKIEWICZ.






