
Weto, któregośmy wyczekiwali…
Zarówno sam akt zawetowania noweli ustawy cyfrowej, jak i jego argumentacyjna obudowa, przedstawiona publicznie przez prezydenta Karola Nawrockiego, oznacza mocne opowiedzenie się Polski przeciw Europie, a po stronie Ameryki – pisze Jan ROKITA
.Weto do rządowej noweli ustawy cyfrowej jest bez wątpienia jednym z kluczowych aktów prezydentury Karola Nawrockiego.
Najpierw dlatego, że dotyczy materii, która jest dziś centralnym punktem przewalającego się przez świat zachodni sporu o zakres swobód jednostki. Sporu, w którym prawica – całkiem odmiennie, niźli to bywało w przeszłości – wzięła na siebie rolę rzecznika klasycznego liberalnego konceptu wolności słowa, wywodzącego się z filozoficznej tradycji liberalizmu anglosaskiego. Z kolei lewica i tzw. potocznie „liberałowie” w imię politycznej poprawności dążą do zawężenia ram wolności słowa, co uświadamia nam skalę ruiny języka i zamętu pojęciowego panującego w naszym kręgu kulturowym.
Ale jest też drugi powód, stricte polityczny, doniosłości cyfrowego weta Nawrockiego. Pojawia się ono bowiem akurat w chwili, w której ustrojowo-filozoficzny spór o granice wolności słowa nabrał praktycznego wymiaru zaostrzającego się konfliktu politycznego pomiędzy USA i Europą, w którym – jak wiemy – po obu stronach Atlantyku uderzono już w siebie nawzajem sankcjami.
Tymczasem zarówno sam akt zawetowania noweli ustawy cyfrowej, jak i jego argumentacyjna obudowa, przedstawiona publicznie przez prezydenta, oznacza mocne opowiedzenie się Polski przeciw Europie, a po stronie Ameryki. Jak się bowiem wydaje, rząd Tuska, który opowiedział się tu po stronie Europy, nie dysponuje narzędziami przełamania weta Nawrockiego, a jeśli tak się okaże, to w praktyce będzie znaczyć, iż państwo polskie stanie w tym poważnym konflikcie po stronie Stanów Zjednoczonych. Ten doniosły fakt zostanie zauważony przez wszystkie kancelarie rządowe po tej i tamtej stronie Atlantyku.
.Gdy zaś idzie o meritum rządowej noweli, uchwalonej przez sejm 18 grudnia 2025 roku, trudno nie odnieść wrażenia, iż w polskim systemie prawnym miał to być jakiś zdumiewający dziwoląg.
Teoretycznie celem noweli miało być wprowadzenie do polskiego obiegu prawnego unijnej dyrektywy DSA (o usługach cyfrowych) z 2022 roku. O tym, jak szerokie pozatraktatowe uprawnienia dyrektywa ta nadała Komisji Europejskiej i jej organowi pomocniczemu – Europejskiej Radzie ds. Usług Cyfrowych – pisałem na tych łamach akurat tydzień temu, analizując amerykańskie sankcje nałożone na byłego francuskiego komisarza, który był spiritus movens owej dyrektywy. Ale jak to zwykle bywa z polskim ustawodawstwem, wprowadzającym unijne dyrektywy, nadgorliwi urzędnicy administracji Tuska oraz parlamentarzyści rządowej koalicji stworzyli specyficznie polskiego „potworka prawnego”.
Otóż z całego systemu polskiego prawa karnego wybrali arbitralnie 27 najrozmaitszych przestępstw, opisanych zresztą nie tylko w kodeksie karnym, które miałyby stać się sui generis „przestępstwami uprzywilejowanymi”. Albowiem jeśli ktoś zostałby tylko posądzony przez policję, urząd skarbowy czy jakąś inną rządową służbę policyjną o popełnienie jednego z tych przestępstw w sieci, to skutkowałoby to nie tylko możliwością wszczęcia postępowania karnego (co normalne), ale także obłożenia takiego użytkownika blokadą dostępu do sieci. I to na mocy decyzji jednego z dwóch wskazanych w ustawie urzędników: Przewodniczącego KRRiTV lub Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
Co najmniej dwie poważne konsekwencje takiego rozwiązania zasługują na uwagę.
Primo – ci dwaj urzędnicy zyskaliby wyjątkowy status – nazwijmy go bez cienia ironii – Naczelnych Cenzorów Internetu (NCI). A stosowana przez nich cenzura miałaby charakter prewencyjny, z góry „zapobiegający” mówieniu czy pisaniu przez danego użytkownika rzeczy „niewłaściwych”. I co ważne, prewencyjne zablokowanie komuś dostępu do sieci wcale nie musiałoby być związane z toczącym się postępowaniem karnym. Przepisy zostały bowiem tak perfidnie sformułowane, aby każdy z dwóch NCI mógł objąć cenzurą prewencyjną kogoś, wobec kogo żadne takie postępowanie się nie toczy.
Niewiarygodność takiego modelu wzmaga jeszcze zawarta w noweli blankietowa deklaracja, wedle której obaj NCI mają wykazywać się „bezstronnością, rzetelnością i polityczną neutralnością”, jak również nie wolno im wyrażać poglądów politycznych. Ciekawe, czy jest choć w Polsce jedna aż tak naiwna osoba, która skłonna by była serio uwierzyć, iż ci dwaj urzędnicy, powoływani przez większość parlamentarną, premiera i prezydenta, za sprawą nakazu ustawy faktycznie zrzekną się swoich poglądów i zapomną o swych partyjnych afiliacjach. Nawet dla mało podejrzliwego obserwatora widać tu jak na dłoni, że naprawdę idzie o wyrafinowaną i obleczoną w ustawowe kłamstwa próbę zyskania przez władzę narzędzia uciszania niewygodnych krytyków albo po prostu – zwolenników opozycji. Prewencyjna cenzura w rękach ludzi władzy – to najprostszy, najstarszy i najbardziej prostacki sposób osiągania takiego celu.
.Secundo – trudny do pojęcia jest sposób doboru owych 27 „uprzywilejowanych” przestępstw, o których popełnienie wystarczy zostać tylko posądzonym przez władzę, aby być objętym cenzurą prewencyjną w sieci.
Z niejaką przykrością trzeba stwierdzić, że uzasadniony jest ciężki zarzut, postawiony przez prezydenta, iż „ochrona dzieci w internecie miała stać się dla koalicji rządzącej cynicznym parawanem, za którym rząd Donalda Tuska ukrył kontrolę swobody wypowiedzi”. Rządowa propaganda, broniąc swojej noweli, podkreśla, iż idzie w niej przede wszystkim o cenzurę treści pedofilskich i pornograficznych, skierowanych do dzieci poniżej piętnastego roku życia. Ale cała lista 27 przestępstw zawiera także sławetne artykuły dotyczące tzw. „mowy nienawiści”, gróźb o podłożu rasowym, mobbingu, znieważania ateistów, rozpowszechniania treści bez licencji autorskiej. Czyli innymi słowy – dobrze znanego arsenału ideologicznie motywowanych zarzutów, za pomocą których ucisza się ludzi niewygodnych dla władzy w niejednym kraju demokratycznym.
Co więcej, na tej liście są takie przestępstwa, jak np. internetowy handel papierosami (art. 12c pkt 5 ustawy o ochronie zdrowia przed papierosami), a nie ma choćby przygotowywania w sieci morderstwa (art. 148 par. 5 kodeksu karnego). Dlaczego?
.Trudno nie odnieść wrażenia, że to w ogóle jest (a raczej, jak mniemam, był) projekt irracjonalny, trudny do prawniczej obrony, łamiący niejedną z ogólnych reguł prawa. Choćby tę, że w cywilizowanym systemie prawnym niedopuszczalne jest uprawnienie administracji do wprowadzania cenzury prewencyjnej, albo inną, wedle której samo posądzenie o popełnienie przestępstwa nie może skutkować wobec nikogo żadnymi sankcjami prawnymi. Nie wspominając już nawet szerzej o skandalu demoralizowania wspólnoty politycznej poprzez zdemaskowaną przez prezydenta próbę otwarcia drogi do budowy i opłacania przez państwo agentury, specjalizującej się (niczym we współczesnej Rosji) w donoszeniu na tych, którzy powiedzieli albo napisali coś, co może być nieprawomyślne.





