
Subtelny cień Franciszka
W Watykanie najważniejsze rzeczy rzadko dzieją się głośno. Historia Kościoła nie jest przecież opowieścią o rewolucjach, lecz o przesunięciach akcentów: o zmianie tonu, rytmu, czasem jednego słowa w dokumencie albo gestu podczas audiencji. Nadzwyczajny konsystorz zwołany przez papieża Leona XIV wpisuje się właśnie w tę logikę ciągłości podszytej korektą, dokonaną w ciszy, bez triumfalnych deklaracji – pisze Michał KŁOSOWSKI
.Na poziomie formalnym wszystko wydaje się jasne: powrót do instytucjonalnej roli Kolegium Kardynalskiego, dowartościowanie kolegialności, regularność spotkań, przywrócenie ciężaru wspólnego rozeznawania. Dla jednych to znak „normalizacji” po latach pontyfikatu Franciszka, dla innych próba uporządkowania procesów, które papież z Argentyny świadomie pozostawiał otwarte, nieostre, czasem drażniąco niejednoznaczne. Dla innych zaś to wszystko jest wbrew pozorom wyrazem pewnej ciągłości.
Uważny obserwator Watykanu wie, że to, co najważniejsze, kryje się nie w strukturze, lecz w duchu. A duch Franciszka paradoksalnie ponownie unosi się nad Watykanem, nie tylko tym konsystorzem, jak cień: nienarzucający się, ale niemożliwy do zignorowania. To, co rozpoczął Franciszek, jest bowiem nie do cofnięcia i komentując ostatni konsystorz, przyznają to nawet najwięksi krytycy poprzedniego papieża.
Franciszek był bowiem papieżem gestu i drogi. Myślał bardziej kategoriami procesu niż systemu, bardziej peryferiami niż centrum, bardziej pytaniem niż odpowiedzią, stąd jego miłość do procesu synodalnego czy specyficznego dla wielu modelu zarządzania Kościołem. Wprowadził do watykańskiego języka kategorię rozeznania nie jako metody, lecz jako postawy egzystencjalnej. Kościół – mówił – nie jest twierdzą ani biurem administracyjnym. Jest ludem w drodze, który musi słuchać, zanim zacznie nauczać, wywodząc to przekonanie z dokumentów Soboru Watykańskiego II.
Leon XIV nie jest oczywiście kontynuatorem Franciszka w sensie stylistycznym, jest jego dziedzicem dialektycznym. Bardziej powściągliwy, bardziej instytucjonalny, bardziej „rzymski” w klasycznym znaczeniu tego słowa, mniej pewnie ekstrawertyczny, a bardziej skrupulatny. Ale właśnie dlatego cień poprzednika jest tak interesujący: nie widać go w deklaracjach, lecz w założeniach, w duchu i metodzie. Nie w słowach, lecz w tym, co uznaje się już w Watykanie za oczywiste. Bo oto papież, który mógłby zamknąć franciszkowy rozdział grubą kreską, wybiera drogę syntezy. Przywraca wagę konsystorzom, a więc jednej z najstarszych form papieskiego rządzenia, ale czyni to w świecie już ukształtowanym przez franciszkową wizję Kościoła „wychodzącego”, nieskupionego na sobie, świadomego własnej kruchości. Powiedział to dokładnie, rozpoczynając swój pierwszy konsystorz.
.W tym sensie konsystorz Leona XIV nie jest kontrrewolucją, lecz reinterpretacją. Nie jest powrotem do przeszłości, lecz próbą osadzenia franciszkowej intuicji w stabilniejszej formie. To gest filozoficzny w duchu Arystotelesa: nadanie formy materii, która wcześniej była płynna, dynamiczna, czasem niepokojąco nieokreślona, jak cały ten proces synodalny, od samego początku będący bardziej pomysłem niż jasnym przesłaniem.
Watykan zawsze bowiem lepiej rozumiał kulturę niż politykę. Od wieków dla Stolicy Apostolskiej jasne jest, że prawdziwe zmiany nie dokonują się przez dekret, lecz przez zmianę imaginarium; dokumenty jedynie temu służą. A Franciszek to katolickie, kościelne i watykańskie imaginarium zmienił jak mało kto – od sposobu, w jaki mówi się o władzy, o autorytecie, o centrum i peryferiach, o dramatach i szansach. Nawet jego krytycy przejęli jego język, choć często używają go wbrew jego intencjom.
Leon XIV odziedziczył ten świat i rozwija po swojemu. Świat, w którym nie da się już mówić o Kościele wyłącznie jako o instytucji normatywnej; świat, w którym pytanie o sens poprzedza pytanie o regułę, w którym kardynałowie – nawet jeśli różnią się teologicznie – wiedzą, że nie są jedynie elektorami papieża, lecz współodpowiedzialnymi za los wspólnoty, która wykracza poza Europę, poza Zachód, poza dawne podziały, nie tylko wertykalnie, ale też głębiej, wnikając w to, co nowe, jak internet, technologie czy globalna świadomość.
Subtelność franciszkowego cienia nad Watykanem polega na tym, że nie ogranicza on wolności nowego papieża. Przeciwnie, poszerza ją. Leon XIV może być sobą, a jednocześnie działać w przestrzeni już otwartej, już przewietrzonej, mając luksus zamykania spraw, których zamykanie uzna za konieczne, i otwierania nowych. To cień, który nie przygniata, lecz chłodzi w upale; znak, że nawet w najbardziej uporządkowanych strukturach pozostaje miejsce na ducha. Pokazał to ostatni konsystorz w duchu synodalnym, jak żaden poprzednio. Być może właśnie dlatego to spotkanie było tak ważne. Nie dlatego, że zapowiadało nową linię doktrynalną, nie dlatego, że rozstrzygał spory, ale dlatego, że pokazał Kościół, który uczy się żyć z własną historią bez nostalgii i bez lęku, patrząc w przód i idąc faktycznie w jedności. Kościół, który rozumie, że prawdziwa ciągłość nie polega na powtarzaniu form, lecz na wierności sensowi, nie na rewolucji, lecz na Ewangelii. W poszukiwaniu tego sensu Leon XIV prowadzi Kościół w XXI wieku, zapraszając do tego kardynałów z całego świata.
.W epoce kryzysu autorytetów, w świecie zmęczonym instytucjami i podejrzliwym wobec wielkich narracji Watykan po raz kolejny przypomina, że jego największą siłą jest czas. I to samo w sobie jest bardzo franciszkowe: tempus super spatio to znana zasada w nauczaniu papieża Franciszka, podkreślająca, że procesy i rozwój (czas) są ważniejsze niż chwilowe, materialne posiadanie czy struktury (przestrzeń), co w praktyce oznacza, że Kościół powinien stawiać na duszpasterskie działanie i ewangelizację (czas) kosztem dbania o idealną organizację czy majątek (przestrzeń), nawet jeśli budzi to kontrowersje. Umiejętność zaś czekania, słuchania, korygowania kursu bez paniki to wyznaczniki tego franciszkowego testamentu, z którym rozpoczyna się nowy pontyfikat. Subtelny cień Franciszka nad konsystorzem Leona XIV jest znakiem właśnie tej mądrości: świadomości, że nawet papież nie zaczyna od zera i że czasem najgłębsze reformy dokonują się wtedy, gdy nikt nie ogłasza rewolucji.




