Margot ROUSSEAU: Jedna bitwa po drugiej, czyli barykada z latte

Jedna bitwa po drugiej, czyli barykada z latte

Photo of Margot ROUSSEAU

Margot ROUSSEAU

Filozof i historyk kina. Żyje między Paryżem a Aix-en-Provance. Swoje przemyślenia publikuje w Medium i na Instagramie, tworząc unikalny esej wizualny. Autorka Cinema Margot.

One Battle After Another (Jedna bitwa po drugiej) z Leonardo di Caprio i o amerykańskiej tęsknocie za rewolucją, która nigdy się nie wydarzyła – pisze Margot ROUSSEAU

.One Battle After Another (Jedna bitwa po drugiej) Paula Thomasa Andersona nie jest filmem o rewolucji. Jest filmem o wstydzie z jej braku. O pragnieniu, by móc powiedzieć, sobie i innym, że także Ameryka potrafiła stanąć przeciw własnemu państwu, że umiała wyprodukować bunt, który nie był tylko korektą systemu, lecz jego zaprzeczeniem. To kino liberalnej elity, która chciałaby być dziedzicem królobójców, ale pozostaje spadkobiercą administratorów.

Oni wszyscy chcieliby budować barykady, strzelać, wysadzać, a potem u psychiatry leczyć się z PTSD wreszcie prawdziwego, a nie urojonego w literackiej fikcji.

Stany Zjednoczone powstały w drodze buntu, który od początku był kontrolowany. Ich rewolucja nie była europejskim zerwaniem metafizycznym, lecz pragmatyczną secesją. Tocqueville widział w niej triumf obyczaju nad gwałtem, Burke — dowód, że można zmienić porządek, nie niszcząc fundamentów. Nie było gilotyny, terroru, masowej ofiary składanej idei. Była konstytucja, prawo, ciągłość. To doświadczenie ukształtowało kraj, który nauczył się zarządzać konfliktem, a nie go eskalować.

I właśnie dlatego Ameryka nigdy nie miała prawdziwej rewolucji; takiej, która wystawia wspólnotę na ryzyko samozniszczenia, która zmusza do wyborów ostatecznych, która nie oferuje powrotu do normalności. To, co Europa przeżyła w 1789 roku, w 1848, w 1871 czy w 1917, Amerykę ominęło. Nie dlatego, że była mądrzejsza moralnie, lecz dlatego, że jej porządek polityczny został skonstruowany tak, by rozładowywać bunt, zanim stanie się śmiertelny.

Jedna bitwa po drugiej jest próbą nadrobienia tego braku, wyobrażeniową kompensacją. Film Andersona chce pokazać, że także w Ameryce możliwy jest radykalizm, który przekracza patriotyczną lojalność; że można flirtować z herezją, nawet z przemocą, występując przeciw własnemu państwu. To brzmi odważnie, niemal bluźnierczo. Ale tylko do momentu, gdy przyjrzymy się stawce.

Bo stawki tu nie ma.

Bohater filmu nie jest rewolucjonistą w sensie europejskim. Jest kimś, kto odgrywa rewolucjonistę, jak aktor zakładający dawny kostium. Jego radykalizm jest retrospektywny, muzealny, pozbawiony ryzyka. On nie wchodzi w konflikt, który mógłby go zniszczyć — on wraca do roli, do wspomnienia, do stylu. Rewolucja zostaje tu pokazana nie jako wydarzenie, lecz jako performans, możliwy do powtórzenia i do przerwania.

To kraj ludzi, którzy marzą o męczeństwie bez męki, o śmierci za sprawę, która nic ich nie kosztuje. W Ameryce nie umiera się za idee, ponieważ system nie dopuszcza, by idee stały się śmiertelnie niebezpieczne. Każdy sprzeciw zostaje zawczasu oswojony: zamieniony w opinię, w postawę, w styl życia. Można być przeciw państwu, przeciw wojnie, przeciw kapitalizmowi — byle nie przeciw samej strukturze, która natychmiast przetwarza bunt w bezpieczny sygnał cnoty, pozbawiony realnej stawki i konsekwencji.

W tym sensie Jedna bitwa po drugiej jest filmem głęboko amerykańskim. Jego „radykalizm” mieści się w granicach kultury prestiżowej, jego bunt kończy się tam, gdzie zaczyna się komfort twórców i widzów. To kino, które pozwala powiedzieć: patrzcie, potrafimy być niepokorni, a jednocześnie gwarantuje, że nikt nie zapłaci za to ceny. Wręcz przeciwnie — za ten bunt można zostać nagrodzonym i zarabiać rekordowe stawki.

To bunt uczniaka, którego im głośniejsze gesty sprzeciwu, tym cieplejsze brawa nauczycieli. Radykalizm, który wzmacnia pozycję buntownika, nie jest radykalizmem — jest elementem systemu. Rewolucja, która kończy się Oscarami, jest tylko kolejną formą awansu.

Z europejskiej perspektywy ten film jest jednocześnie śmieszny i żałosny. Śmieszny, bo jego wyobrażenie rewolucji przypomina kawiarnianą inscenizację — barykadę z latte, flanelową koszulę zamiast więziennego drelichu, pościg zamiast ulicznej walki. Żałosny, bo zdradza głęboką zazdrość wobec historii, której się nie przeżyło.

.Nie popieram rewolucjonistów francuskich. Nie popieram Maja ’68. Uważam wiele ich postulatów za destrukcyjne. Ale nie mogę odmówić im jednego: gotowości do poniesienia najwyższej ofiary. Oni wiedzieli, że stawką jest więzienie, wygnanie, czasem śmierć. Twórcy One Battle After Another wiedzą co najwyżej, że stawką jest opinia krytyków i lista nagród.

Amerykańska wolność jest zbyt szeroka, by dopuścić prawdziwy bunt. Daje tak rozległe ramy ekspresji, krytyki i sprzeciwu, że każda forma radykalizmu zostaje natychmiast wchłonięta. Można być antypaństwowym w kinie. Można flirtować z terroryzmem w estetycznej formie. Można „atakować system”, o ile system na tym zarabia.

Dlatego Jedna bitwa po drugiej nie jest filmem o walce. Jest filmem o niemożności walki w kraju, który perfekcyjnie opanował sztukę neutralizowania konfliktu. To kino narodu, który chciałby mieć swoje barykady i swoich męczenników, ale potrafi co najwyżej ich odegrać. I właśnie w tym sensie film Andersona jest cenny, nie jako manifest, lecz jako symptom. Dowód na to, że w Ameryce bunt jest dozwolony pod jednym warunkiem: musi pozostać fikcją. Rewolucja może się wydarzyć na ekranie, nigdy w rzeczywistości. Może być radykalna w formie, nigdy w skutkach.

.Europa zna cenę prawdziwego konfliktu i dlatego nie musi go romantyzować. Ameryka tej ceny nie zapłaciła i dlatego wciąż próbuje ją sobie wyobrazić. Z marnym skutkiem.

Margot Rousseau

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 lutego 2026