Arabia Saudyjska broni się przed włączeniem do wojny

Wpływowy senator Republikanów Lindsey Graham ostrzegł Arabię Saudyjską i innych sojuszników z Rady Współpracy Zatoki Perskiej, że jeśli nie przyłączą się do ataków na Iran, spotkają je konsekwencje.

„Jeśli nie jesteście gotowi użyć swojego wojska teraz, to kiedy zamierzacie to zrobić?”

.Lindsey Graham skrytykował w zamieszczonym wpisie brak zaangażowania Arabii Saudyjskiej i państw Zatoki w świetle irańskich ataków odwetowych na te kraje, których skutkiem było m.in. ewakuacja ambasad USA.

„Pytanie: dlaczego Ameryka miałaby zawierać porozumienie obronne z krajem takim jak Królestwo Arabii Saudyjskiej, który nie chce przyłączyć się do walki we wspólnym interesie?” – napisał Lindsey Graham. „Amerykanie giną, a USA wydają miliardy na obalenie terrorystycznego reżimu irańskiego, który zagraża regionowi. Tymczasem Arabia Saudyjska wydaje oświadczenia i działa w tle w sposób marginalnie pomocny, ale nie chce uczestniczyć w operacjach wojskowych, mających na celu położenie kresu terrorowi ze strony Iranu” – dodał.

Jak zaznaczył, ma nadzieję, że zarówno Saudowie, jak i inne kraje Rady Współpracy Zatoki Perskiej bardziej się zaangażują, „bo ta walka toczy się na ich podwórku”.

„Jeśli nie jesteście gotowi użyć swojego wojska teraz, to kiedy zamierzacie to zrobić? Mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni. W przeciwnym razie poniesiecie konsekwencje” – zagroził senator.

Lindsey Graham ostrzegł Arabię Saudyjską

.Na wpis Lindsey’a Grahama odpowiedział bliski władzom Dubaju prominentny emiracki miliarder Chalaf al-Habtur, oskarżając USA o wciąganie państw Zatoki w wojnę bez konsultacji z sojusznikami.

„Jeśli prezydent Donald Trump i senator Graham są gotowi ryzykować swój kraj i życie Amerykanów dla interesów Izraela, to ich wybór. My nie zrobimy tego samego” – napisał biznesmen. Dodał, że choć Lindsey Graham jest senatorem USA, można by go pomylić z deputowanym do izraelskiego Knesetu.

Irańskie ataki na infrastrukturę i cele cywilne w sąsiednich państwach wywołały duże straty ekonomiczne, powodując paraliż sektora naftowego. Jak dotąd państwa te w większości ograniczyły się do działań defensywnych.

Arabia Saudyjska nie ma formalnego, wiążącego traktatu o wzajemnej obronie ze Stanami Zjednoczonymi, choć Donald Trump w ub.r. nadał jej status Głównego Sojusznika spoza NATO (Major Non-NATO Ally). To zapewnia uprzywilejowany dostęp do amerykańskiej sprzedaży uzbrojenia, ale nie daje żadnych szczególnych ani egzekwowalnych gwarancji bezpieczeństwa i nie jest wiążącym traktatem. Zawarcie takiego traktatu miało być natomiast postulatem wysuwanym przez Rijad w ramach negocjacji w sprawie normalizacji stosunków monarchii z Izraelem.

(Nie)święta ziemia

.Pisanie o Bliskim Wschodzie (i nie tylko) jest trudnym zajęciem. Po pierwsze, występuje tam splot najróżniejszych interesów i zajęcie obiektywnego, wyważonego stanowiska jest trudne. Po drugie, gdy prawie gotowy tekst czeka na podsumowanie i korektę, zdarza się coś, co wywraca sytuację do góry nogami. Tak jest teraz: otwarta wojna między Izraelem a Iranem. Nie będziemy czekać na jej rezultat. Na pewno niemożliwe są w tej chwili prognozy. Jednak podstawowe uwarunkowania i dotychczasowe wydarzenia dają się opisać – i na tym się zatrzymamy – pisze Jan ŚLIWA.

d dekad trwa niekończący się konflikt na Bliskim Wschodzie. Ciekawa historia, może pouczająca, ale czy ma jakiś związek z nami? Owszem ma. Każde natężenie konfliktu, masakry i bombardowania, prowadzą do strumieni uchodźców, jak najbardziej prawdziwych. Niestabilność i nędza produkują uchodźców ekonomicznych. Osiedlają się oni na Zachodzie, często nie mają perspektyw, słuchają wojowniczych imamów. Europa nie ma żadnego realistycznego pomysłu, co z nimi zrobić. W ten sposób problem ten staje się naszym problemem. Przyjrzyjmy mu się więc.

Kto ma rację w konflikcie na Bliskim Wschodzie? Szczerze mówiąc – przywódcy obu stron są siebie warci, a ludność cywilna cierpi. To jest zwięzła odpowiedź, ale spróbujemy ją pogłębić. Ocena moralna jest trudna, bo mamy do czynienia z tym, co ktoś komu zrobił, co robi, co chce zrobić, co można się obawiać, że zamierza zrobić. A obie strony są wojownicze i mocne w wojnie narracji. Obecna asymetria wynika z faktu, że Żydzi mogą Arabom zrobić (prawie) wszystko, co chcą, a Arabowie Żydom nie. Ale to może się zmienić, czego widzieliśmy przykłady. Również w Europie niektórzy obawiają się konsekwencji dla nas, a drudzy twierdzą, że to tylko propaganda i wszystko jest pod kontrolą. Wielu ma do tego tematu stosunek bardzo emocjonalny, tak że spodziewam się krytyki ze wszystkich stron. Zgromadziłem trochę literatury i podzieliłem ją na trzy kupki: proizraelską, proarabską i mniej więcej obiektywną.

Sytuacja wyjściowa jest dość prosta, zacznijmy od roku 1917. Jest kraina, gdzie dawno temu mieszkali Żydzi, a teraz mieszkają Arabowie. Kraina należy do Turcji, ale to Anglicy obiecują, że będzie ona narodowym domostwem Żydów. Tak wyglądała deklaracja Balfoura.

Deklaracja była prosta, ale niewykonalna. Problem, że Anglicy obiecywali coś na terenie, którego nie kontrolowali, rozwiązał się po I wojnie światowej, gdy upadło imperium osmańskie i mandat nad Palestyną otrzymała Wielka Brytania. Większym problemem była próba ulokowania dwóch narodów na tym samym terytorium. Teoretycznie mówiono o jego podziale, ale żadna ze stron właściwie nie miała zamiaru rezygnowania z całości.

Motywacją Żydów do budowania swojego państwa było życie w diasporze przez prawie dwa tysiące lat. Zależnie od miejsca i czasu, było im lepiej lub gorzej, ale zawsze byli mniejszością – czasem tolerowaną lub nawet wspieraną, ale czasem prześladowaną lub wypędzaną. Niekiedy pogromy antyżydowskie były stosowane dla odwrócenia uwagi społeczeństwa od innych problemów, jak w carskiej Rosji. Marzeniem Żydów było zbudowanie nowoczesnego państwa, takiego jak mają inni, z silnymi nowymi Żydami, będącymi zaprzeczeniem pejsatych kramarzy w chałatach. Ostatecznym bodźcem był Holocaust, który pokazał, że życie w rozproszeniu jest niebezpieczne. Holocaust był też powodem poczucia winy u ludności nieżydowskiej, mocnym argumentem dla powstania państwa Izrael.

Program stworzenia państwa żydowskiego sformułował Theodor Herzl w wydanej w 1896 książce „Der Judenstaat” (Państwo żydowskie: Poszukiwanie nowoczesnego rozwiązania kwestii żydowskiej). Zaniepokojony konsekwencjami takich kroków ówczesny arabski burmistrz Jerozolimy, Yusuf Diya Pasha al-Khalidi, wystosował do Herzla długi list poprzez Zadoca Kahna, wielkiego rabina Francji. Zaczął od wyrażenia podziwu dla Herzla, żydowskiego patrioty, z którym Arabowie dzielą wspólnego przodka, Abrahama. Ostrzegł jednak przed konsekwencjami takiego kroku i radził, by Herzl szukał żydowskiej ojczyzny gdzie indziej, a zostawił Palestynę w spokoju. Herzl odpowiedział, jak wielkim pożytkiem dla Palestyny będzie napływ wykształconych, zamożnych i przedsiębiorczych Żydów. Brzmi to bardzo kulturalnie, ale podstawowe znaczenie ma fakt, że nie chodziło o przyjazd nielicznej grupki pasjonatów, lecz o masowy napływ Żydów i wyparcie Arabów.

Teza o zaniedbanym, pustym kraju ma centralne znaczenie w uzasadnieniu żydowskiego osadnictwa. Odnajdziemy ją w niemieckiej argumentacji „Volk ohne Raum” (Lud bez przestrzeni: Niemcy) / „Raum ohne Volk” (Przestrzeń bez ludu: Afryka, a potem Polska). Jest mocno naciągana, delikatnie mówiąc.

Wokresie uzyskiwania przez Izrael niepodległości, zwanego przed Arabów Nakba (Katastrofa), Żydzi przeprowadzili szereg masakr ludności arabskiej, takich jak w Deir Yassin. Prowadziły one do ucieczki Arabów, co pozwalało na argumentację, że Żydzi zajmują puste tereny, które Arabowie samorzutnie opuścili. „Przejęte” zostały setki tysięcy hektarów gajów oliwnych, winnic i plantacji cytrusów, a w pozostawionych domach w ciągu kilku lat osiedliło się ponad pół miliona żydowskich przybyszów. Arabowie wypędzeni z Jaffy, Hajfy i innych miast zabrali ze sobą klucze do swoich domów – dziś stanowią one tylko pamiątki.

Z kolei dzień po ogłoszeniu niepodległości państwa Izrael (14 maja 1948) napadły na nie sąsiadujące z nim państwa arabskie, lecz Izrael się obronił. Ten cykl – z różnym natężeniem i w różnych formach – trwa do dziś. Na początku socjalizujący Izrael wspierany był przez blok wschodni, a monarchie arabskie przez Zachód. Po rewolucjach w krajach arabskich role się odwróciły. Spektakularnym zdarzeniem była wojna sześciodniowa 1967, w której wojska izraelskie (na zachodnim sprzęcie) pokonały wojska arabskie wyposażone w sowiecki sprzęt. Jako chłopak widziałem w Polsce radość wielu (w tym mojego Taty), że nasz sowiecki formalny sojusznik (a właściwie kolonialny dominator) dostał w skórę. Nadmierną radość wykazywali też oficerowie żydowskiego pochodzenia w Ludowym Wojsku Polskim, przez co komuniści zwątpili w ich lojalność. Było to preludium do akcji antyżydowskich PZPR w marcu 1968.

Ważna była wojna w święto Jom Kipur w październiku 1973, gdy Izrael został zaskoczony i w końcu wygrał, ale był w ciężkich opałach. Widomo było (podobnie jak w 1967), że otwartym celem Arabów było zepchnięcie Żydów do morza. Następowały potem różne fazy konfliktu. Izrael miał przewagę techniczną, Arabowie stosowali terroryzm – uprowadzania samolotów oraz bombowe zamachy samobójcze wśród ludności żydowskiej. W konsekwencji Izrael wybudował potężny mur na granicy obu terytoriów, który utrudnia życie Arabom przekraczającym tę granicę w drodze do pracy i daje okazję do szykan.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-sliwa-wojna-miedzy-izraelem-a-iranem/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 9 marca 2026