
Ogniem i mieczem
Odbieranie orderów w międzynarodowych relacjach jest ewenementem. Musiałoby służyć temu, aby poinformować przywódcę drugiego kraju, że nie jest w Polsce szanowany, a jego obecność u nas w przyszłości nie jest mile widziana. To na poziomie symbolicznym akt wrogi wobec innego państwa i celowo upokarzający dla jego przywódcy, coś więcej niźli zwyczajowe odwołanie ambasadora i zarazem coś mniej niż oficjalne zerwanie stosunków dyplomatycznych – pisze Jan ROKITA
.Chwila obecna to dobry czas, aby publicznie wyznać, że tak naprawdę podziwiam tylko dwóch mężów stanów współczesnego świata, obu skądinąd wyjątkowo kontrowersyjnych: Donalda Trumpa i Wołodymyra Zełenskiego.
Podziwiam ich, rzecz jasna, jako polityków, czyli nie z powodu tego, kim są (zresztą na ten temat wiem niewiele, bo ani jednego, ani drugiego nigdy w życiu nie spotkałem), ale za to, co niosą współczesnemu światu jako polityczni przywódcy. Mogę przypuszczać jednak, że Trump ze swoim złym gustem estetycznym, popkulturowym lekceważeniem dla różnicy pomiędzy prawdą a zmyśleniem czy egotyzmem graniczącym czasem ze śmiesznością, w życiu prywatnym wydałby mi się pewnie kimś obcym i dziwnym, z kim zapewne nie chciałbym się zaprzyjaźnić. Dużo lepiej pod tym względem jest z Zełenskim, choć – przyznam otwarcie – nie przepadam za ludźmi wychowanymi na show-businessie, który z reguły charaktery ludzkie psuje, a nie naprawia.
Ale przecież ani jedno, ani drugie nie ma żadnego znaczenia, gdy myślę o nich obu jako o mężach stanu. Obaj bowiem walnie przyczynili się do tego, że ja sam, parę lat temu pogrążony raczej w czarnych myślach i defetyzmie, gdy idzie o beznadziejnie rysującą się przyszłość Zachodu, odzyskałem wiarę i nadzieję na ocalenie naszego zachodniego świata. Trump przywrócił mi nadzieję na to, że Ameryka jako lider Zachodu może być potęgą, która wygra cywilizacyjne starcie ze wschodnimi despotiami w rodzaju Pekinu i Moskwy czy Teheranu. A Zełenski – wiarę w to, że w Europie jest jeszcze tak dzielny naród i tak odważny przywódca, który potrafi postawić tamę moskiewskiemu imperializmowi. Ani w jedno, ani w drugie parę lat temu już nie wierzyłem.
Rzecz jasna, świadom jestem, że idę pod prąd współczesnym nastrojom, także w Polsce, uważając, że z tych właśnie fundamentalnych dla naszej przyszłości powodów my – ludzie Zachodu – winni jesteśmy wdzięczność tym obu mężom stanu. A my, Polacy, nawet bardziej niźli wszyscy inni, bo restytuowana przez Trumpa technologiczno-militarna potęga Ameryki jest (co tu dużo mówić) jedyną polisą ubezpieczeniową naszego narodowego bezpieczeństwa. A gdyby ta polisa z jakichś powodów jednak nie okazała się wystarczająca i naszą wolność spotkałoby naprawdę poważne nieszczęście, to mam nieprzeparte wrażenie, że umocnieni duchowo i militarnie przez Zełenskiego Ukraińcy należeliby do tych nielicznych, którzy „za naszą i waszą wolność” gotowi byliby się bić razem z nami.
Niestety, tak się składa, że w dzisiejszych polskich realiach wybraliśmy szefa rządu, który żywi ideologiczne uprzedzenia wobec Trumpa, a nawet obraża go co jakiś czas, z oczywistą szkodą dla polskiego interesu narodowego, choć sprawiając tym uciechę milionom rodaków, którym media i politycy wmówili, że Trump zasługuje tylko na wrogość i pogardę. No i wybraliśmy głowę państwa, która – jak się teraz okazuje – z upokarzania Zełenskiego uczyniła polską strategię polityczną.
Jakiś czas temu, kiedy prezydent Ukrainy odwiedzał Polskę na zaproszenie prezydenta Karola Nawrockiego, wydawało mi się, że rzeczowa rozmowa o interesach pomiędzy tymi przywódcami jest możliwa. Po spektakularnej deklaracji Nawrockiego o represyjnym pozbawieniu Zełenskiego Orderu Orła Białego, nadanego mu przez Andrzeja Dudę, wiem już, że była to tylko moja iluzja. I wiem też oczywiście, że tym aktem, mającym upokorzyć przywódcę Ukrainy, Nawrocki również sprawił uciechę milionom Polaków, a nawet zyskał poklask i dodatkowe zaufanie.
Jeszcze jedną rzecz muszę tutaj przyznać: do wszelakich orderów zawsze miałem stosunek ironiczny, świadom, że nigdy nie służyły one niczemu innemu, jak ludzkiej próżności i szukaniu uznania. A już chyba w szczególności dotyczy to Orderu Orła Białego, który nie tylko został zszargany przez carów, którzy przypisali sobie siłą prawo jego nadawania, ale nigdy nie był też wiele wart w Polsce, skoro dawna Rzeczpospolita przyznała go carycy Katarzynie II, a nowa Polska Gerhardowi Schroederowi. W stosunkach krajowych każda władza nadaje ordery swoim klientom, którym chce się jakoś za ów klientelizm odwdzięczyć, a zarazem uczynić to łatwo i małym kosztem. A że próżność ludzka jest bez granic, więc wypinanie piersi do orderów było zawsze w modzie.
Ostatnimi laty pojawiło się w Polsce jeszcze zjawisko odwrotne, ale biorące się z tej samej próżności i pragnienia uznania: zwracanie nadanych niegdyś orderów na znak protestu przeciw wynikom demokratycznych wyborów. Jeśli ktoś „orderowy” oznajmi publicznie, że odsyła order, bo aż tak go brzydzi obecna władza, ma gwarantowaną chwilę zainteresowania i podziwu mediów dla jego ideowości. W stosunkach międzynarodowych ordery pełnią funkcję trochę odmienną: służą budowie jakiejś nici zaufania pomiędzy przywódcami państw, które czasem dzielą wielkie animozje i realne różnice interesów. Jeśli zagranicznemu przywódcy Polska daje swój najwyższy order, to powinien on zrozumieć, iż mimo tego rodzaju konfliktów jest on w Polsce szanowany, a jego obecność w naszym kraju jest mile widziana.
Odbieranie orderów w międzynarodowych relacjach jest więc ewenementem, no bo musiałoby służyć temu, aby poinformować przywódcę drugiego kraju, że nie jest w Polsce szanowany, a jego obecność u nas w przyszłości nie jest mile widziana. To po prostu na poziomie symbolicznym akt wrogi wobec innego państwa i celowo upokarzający dla jego przywódcy, coś więcej niźli zwyczajowe odwołanie ambasadora, i zarazem coś mniej niż oficjalne zerwanie stosunków dyplomatycznych. Taki właśnie symbolicznie wrogi sygnał wobec Ukrainy i jej przywódcy dał teraz prezydent Nawrocki. Powód czy raczej pretekst dla tego aktu nie robi poważnego wrażenia, jeśli tylko rozważyć szerszy kontekst sprawy.
Zełenski, po uchwale żołnierzy, nadał imię bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii jakiejś tamtejszej jednostce wojskowej, a oddziały UPA były odpowiedzialne za rzeź wołyńską. Tyle tylko, że kult UPA na Ukrainie trwa już przeszło dekadę, a jego inicjatorem był poprzedni prezydent, Petro Poroszenko, zresztą generalnie znacznie mniej przychylny Polsce niźli Zełenski i prowadzący politykę całkowitej uległości Ukrainy wobec Berlina. Za Poroszenki zbrodniarze tacy jak Taras Czuprynka nagradzani byli tytułem Bohatera Ukrainy, a ich imiona prowokacyjnie nadawano głównym ulicom niegdyś polskiego Lwowa. A Poroszenko też jest posiadaczem Orła Białego, choć nikt nigdy w Polsce nie domagał się, aby go tego orderu pozbawić. Trochę to wszystko niepoważne.
.Jaki więc cel może mieć teraz na oku Nawrocki, uderzając w ten symboliczny sposób w Zełenskiego? Zapewne chce popłynąć na rosnącej w Polsce antyukraińskiej fali, co winno przysporzyć mu ludowej popularności. Oczywiście z premedytacją dolewa tu oliwy do ognia, rozniecając wrogość pomiędzy Polakami i Ukraińcami wbrew oczywistym polskim narodowym interesom.
Skoro Nawrocki odbiera order, no to licytujący się z nim politycy prawicy muszą poszukać już czegoś ostrzejszego. No i mamy – jak należało się spodziewać – kandydata na premiera Przemysława Czarnka, który żąda zablokowania wojskowego wsparcia dla Ukrainy. Bogu dzięki, Czarnek może na razie tylko mówić takie rzeczy i podbechtywać przeciw Ukrainie pisowską publiczność, ale nie ma żadnej realnej siły sprawczej.
Nie wykluczam też, że akcja Nawrockiego służyć ma jedynie zawiłej rozgrywce z Tuskiem, który musi (choć co prawda jest to nie do końca jasne w konstytucji) kontrasygnować odebranie orderu. Jeśli tego nie zrobi będzie można również przeciw niemu rozpętać kampanię oskarżeń, iż nie tylko zaciągnął się już na usługi dla Berlina, ale także dla Kijowa, gdzie – jak już teraz wszyscy powinni widzieć jasno – rządzą postnaziści, uprawiający kult ludobójstwa. Że to wszystko szkodliwy i absurdalny teatr? Tak, oczywiście. Szkoda, że przed podjęciem decyzji Nawrockiemu, który jest ponoć wielbicielem Sienkiewicza, nie zorganizowano pokazu filmu „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana. Zyskałby niewątpliwie okazję do refleksji nad długofalowymi konsekwencjami własnej polityki.
Jan Rokita





