
Jeśli tożsamość gospodarza jest słaba czy pusta, lukę wypełni tożsamość przybyszów
W pierwszej kolejności mamy prawo, a nawet obowiązek, zapraszać do nas tych Polaków, którzy na obczyźnie znaleźli się nie z własnej woli – mówi prof. Zbigniew STAWROWSKI w rozmowie z Moniką ODROBIŃSKĄ
Moniką ODROBIŃSKA: W dyskusjach o przyjmowaniu migrantów i uchodźców katolików często manipuluje się argumentem o miłosierdziu. Ale czy w tej kwestii nie chodzi raczej o sprawiedliwość?
Prof. Zbigniew STAWROWSKI: Miłosierdzie i sprawiedliwość to dwie fundamentalne wartości, ale realizowane na różnych poziomach. Do miłosierdzia jako postawy bezinteresownej pomocy potrzebującemu powołany jest każdy człowiek. Nie jest to jednak zadanie państwa, ponieważ ono ma realizować zasadę sprawiedliwości, czyli oddawać każdemu to, co mu się słusznie należy.
Jeśli przy granicy znalazłbym wycieńczonego migranta, nakarmiłbym go i przenocował, ale potem przekazał służbom, które potrafią ocenić, czy należy mu się pomoc ze strony naszego państwa, czy też udzielanie jej może stać w sprzeczności z dobrem naszych obywateli, np. ich bezpieczeństwem.
– Zasada „gość w dom, Bóg w dom” ma więc swoje granice…
– To zasada odwieczna i uniwersalna. Abraham ugościł z honorami trzech wędrowców, pod których postacią przybył do niego Jahwe. Także starożytni Grecy przyjmowali przybyszów, również żebraków, bo wierzyli, że pod przebraniem mogą kryć się bogowie. Ale w „Odysei” Homera mamy także „zalotników” – gości, którzy statusu gościa nadużywają. Nic nie wnoszą w dorobek domu, który ich podejmuje, tylko na nim pasożytują. Stają się intruzami, więc należy ich odpowiednio potraktować choć może niekoniecznie tak jak Odys.
Warunkiem efektywnej opieki nad przybyszem jest to, żeby ci, którzy go przyjmują, czynili to nie pod przymusem, lecz z dobrej woli, co najlepiej pokazało otwarcie polskich domów na uciekinierów wojennych z Ukrainy. W rozmowie o migracji warto się odwołać do metafory domu. Nawet jeśli posługujemy się żargonem urzędniczym, typu relokacja czy pushback, to przypomina ona sytuację, w której nieznajomy puka do naszych drzwi. Jeśli widzimy za nimi kogoś faktycznie szukającego schronienia w niebezpieczeństwie, to z pewnością wpuścimy go i się nim zaopiekujemy, bo po prostu tak trzeba. On z kolei wie, że jeśli przyszedł prosić o pomoc, to powinien dostosować się do reguł panujących w domu, do którego trafił.
– I to zwykle na tej płaszczyźnie dochodzi do napięć?
– O ile gospodarz ma świadomość, że jest strażnikiem reguł obowiązujących w domu i odpowiada za bezpieczeństwo swoich domowników, to wtedy dla każdej ze stron sytuacja jest jednoznaczna. Stany Zjednoczone, które zostały zbudowane i zasiedlone przez migrantów, aż do lat 70. XIX w. przyjmowały ich bez ograniczeń, bo potrzebowały rąk do pracy. Z czasem następowały reformy kwotowe, aż w latach 20. XX w. państwo zaczęło ograniczać napływ konkretnych narodowości. Z punktu widzenia dbałości o interes obywateli, takie działania były zrozumiałe, bo do ich domu władze USA zapraszały głównie tych, którzy mogli mu się przysłużyć.
Po 2015 r. na hasło „Herzlich willkommen” do Niemiec przybyły rzesze „Syryjczyków”. Państwo otworzyło się na uchodźców wojennych i, wierząc im na słowo w kwestii pochodzenia, wieku i sytuacji życiowej, przyjmowało bezwarunkowo tych, którzy okazali się „emigrantami zasiłkowymi” z Nigerii, Etiopii czy Afganistanu. Ucierpiała na tym niemiecka gospodarka oraz bezpieczeństwo obywateli i teraz kosztami swoich błędnych decyzji Niemcy chcą obciążyć inne państwa, gwałcąc zasadę sprawiedliwości.
– Polska łajana jest za odmowę przyjmowania relokowanych migrantów. Ale czy dysponowanie nimi w ten sposób, jak czynią to unijni urzędnicy, nie jest traktowaniem ich przedmiotowo?
– Oni nie bez powodu na miejsce życia obrali nie Polskę, lecz Niemcy, Francję czy Wielką Brytanię. W głównej mierze ze względu na wysokie zasiłki, na które w Polsce nie mogą liczyć. Dlatego ci, których przerzuci się do nas siłą, zrobią wszystko, by wrócić do bogatszych krajów, chyba że zamknęlibyśmy ich w obozach. Ale są i tacy, którzy rzeczywiście chcą na stałe przybyć do Polski i jest ich coraz więcej. To rdzenni obywatele najbogatszych europejskich krajów, którzy doceniają w Polsce: bezpieczeństwo, czystość, poszanowanie wolności religijnej. Dobrze wykształceni, gotowi są zarabiać mniej, ale w warunkach, które u siebie utracili. My z kolei w pierwszej kolejności mamy prawo, a nawet obowiązek, zapraszać do nas tych Polaków, którzy na obczyźnie znaleźli się nie z własnej woli. Oni mają pierwszeństwo powrotu do domu, który im odebrano.
A jeśli chodzi o przybyszów spoza Europy, to bywają wśród nich oczywiście tacy, którzy chcą pracować i się integrować. Ale są i tacy, którzy przybywają na miejsce, by siać zamęt: choćby przedstawiciele islamskich grup terrorystycznych, planujących tworzyć na miejscu swoje komórki.
– Czuję, że zaraz padnie zakazane przez kosmopolityzm słowo: selekcja.
– Owszem, państwo powinno mieć narzędzia selekcji i jeden urząd do spraw migracji, by odpowiedzialność w tej kwestii nie była rozproszona, jak to ma miejsce w Polsce. Państwo powinno funkcjonować tak, jak działa żywa komórka. Otaczająca ją błona jest przepuszczalna selektywnie – reguluje przepływ substancji tak, by wpuszczać to, co życiodajne, ale chronić przed zagrożeniami z zewnątrz.
W domu rodzinnym taką funkcję pełnią dorośli – ojciec i matka, którzy w kontaktach ze światem zewnętrznym wyznaczają granice ze względu na bezpieczeństwo swoich dzieci. Na poziomie państwa problem zaczyna się wtedy, gdy jego przywódcy zachowują się nie jak gospodarze wspólnego domu, lecz jak zarządcy przestrzeni mieszkalnej. Interesują ich tylko aspekty ekonomiczne, a zapominają, jaką wspólnotę reprezentują i jakim wartościom mają służyć.
Brak tożsamości – narodowej kulturowej, religijnej – skutkuje brakiem wspólnotowości; rządzi wtedy doraźny interes. Lewicowe rządy Hiszpanii legalizują pobyty nieudokumentowanych migrantów, głównie muzułmańskich, dając im prawa wyborcze. W efekcie osłabia to hiszpańską tożsamość, ponieważ przybysze wcale nie stają się współdomownikami. Oni mieszkają w Hiszpanii, ale ich dom, ich najważniejszy punkt odniesienia, jest gdzie indziej.
– Jednak jest nad nimi kontrola państwa, płacą składki i podatki, łatają dziury na rynku pracy, a sami są chronieni przed wyzyskiem…
– Nie ma nic złego w migracji zarobkowej, ale jeśli to jedyny cel zarówno zapraszających, jak i zapraszanych, jest to podejście wąskie i jednostronne. Dobra polityka wyraża się troską o wspólnotę, a ta opiera się na wspólnych wartościach, a nie tylko na wspólnym interesie. Podstawowym dobrem wspólnym jest sama wspólnota, jej kulturowa tożsamość. Trudno dbać o to dobro, gdy przybysze go nie uznają, próbując narzucić własny porządek prawny czy religijny.
Owszem, bywa, że goście dają się „udomowić”, akceptują zastane zasady i wzbogacają je elementami swojej kultury, które nie są z tymi zasadami sprzeczne. Gorzej, jeśli nie widzą w integracji żadnej wartości, a swoją tożsamość chcą narzucać reszcie domowników. Skutecznie uczynił to islam w VII w., który ostatecznie zawładnął tereny od Afryki Północnej przez Bliski Wschód po Persję. Zresztą, przybysze nie muszą mieć zaraz takich zakusów; wystarczy, że w kraju przyjmującym czują się jak na wyjeździe, a swój dom, który zostawili daleko, i jego zasady stopniowo przenoszą na nowe miejsce.
– Niektórzy nazywają to „ubogacaniem”. Czy ono rzeczywiście jest możliwie w przypadku słabej tożsamościowo Europy i islamu, który nie uznaje kompromisów?

– Rządzący w swoich działaniach, w tym polityce migracyjnej, muszą wiedzieć, na jakich fundamentach zbudowana została ich wspólnota, i ich chronić. Wtedy przyjmowanie gości może dokonywać się w miarę bezpiecznie. Ale jeśli tożsamość gospodarza jest słaba czy wręcz pusta, lukę tę wypełni tożsamość przybyszów. Tak stało się już w dużym stopniu na Zachodzie. Polska dzięki silnej tożsamości wciąż jeszcze opiera się temu procesowi, ale to „pustoszenie” też się już u nas dokonuje, dlatego jeśli mamy przyjmować migrantów, to przy jednoczesnym pielęgnowaniu naszej tożsamości i trosce o przekazywanie jej kolejnym pokoleniom.
Rozmawia Monika Odrobińska
Tekst pierwotnie ukazał się w 1085 numerze tygodnika ”Idziemy” [LINK].



