
Dżuma w Rosji. Scenariusz?
30 lipca 2026 roku ukazuje się książka Annie Jacobsen Biological War: A Scenario, przedstawiająca wizję katastrofalnej wojny biologicznej. Dwa miesiące później, 25 września, w Irkuckim Instytucie Naukowo-Badawczym ds. Przeciwdziałania Dżumie młoda laborantka przypadkowo rozbija probówkę z patogenem dżumy płucnej, umiera po kilku dniach – pisze Jan ŚLIWA
.Na razie skończyło się na strachu, ale przypadek jest pouczający. Warto go przedstawić w szerszej perspektywie i w aspekcie historycznym. Poza tym historia wciąż jest rozwojowa.
Co się dokładnie stało?
.W instytucie badań nad dżumą w Szelechowie w obwodzie irkuckim (na Syberii, niedaleko granicy z Mongolią) zmarła 28-letnia laborantka Daria Szypiłowa. Oficjalna wersja mówi, że przypadkiem rozbiła próbówkę z patogenem dżumy płucnej. Zmarła po kilku dniach z objawami ciężkiego zapalenia płuc. Późniejsza wersja mówi nie o dżumie, ale o „zapaleniu płuc nieznanego pochodzenia”. Problem w tym, że rosyjskim oficjalnym źródłom nikt nie wierzy. Przypadkiem mogą podawać prawdę, ale nie wiadomo kiedy. W takim laboratorium nie powinno się używać próbówek, które się rozbijają, spadając na podłogę. Laborantka powinna być zaszczepiona, pod ręką powinien być zapas antybiotyków. Może więc pracowała ona nad nowymi, „ulepszonymi” zarazkami.
Kwarantanną objęto 200 osób. Kwarantanna już się skończyła, nic szczególnego się nie zdarzyło, choć oczywiście to Rosjanie kontrolują całkowitą informację. Sąsiednie kraje wprowadzają stan gotowości. Dotyczy to zwłaszcza Chin, jako że między Chinami i Syberią występuje intensywny ruch towarów i ludzi. Nawet Ukraina zastanawia się, czy może zostać dotknięta, zwłaszcza że można pomyśleć o świadomych wrogich działaniach upozowanych na naturalną katastrofę.
Gdy widać, że informacje są ukrywane, pojawiają się pogłoski. Na YouTube poszukałem źródeł rosyjskich. Zadałem hasło „чума в России”, wybierając najnowsze wpisy. Można tam znaleźć „informacje” od takich, że to wszystko kłamstwo i mistyfikacja, po takie, że śmierć kosi niby łan, armia rosyjska jest w rozsypce, a dżuma dociera do bram Kremla.
Komu można wierzyć?
.Prosta odpowiedź brzmi – nikomu. Rosjanie chcą zamieść aferę pod dywan, ich tajemniczość w takich sprawach jest dobrze znana. Jeżeli w grę by wchodziła broń biologiczna, nie mogą się do tego przyznać pod żadnym pozorem. Dlatego gdyby potrzebowali fachowej pomocy, nie mogą o nią otwarcie poprosić. Filtrując i dozując wiadomości, wzmacniają teorie spiskowe.
A druga strona? To „nasi”, im raczej wierzymy. Sowiecki naukowiec Ken Alibek był przekonany, że produkuje sowiecką broń biologiczną dla obrony przed amerykańską. Gdy uciekł, Amerykanie go przekonali, że nic takiego nie robią, co go skłoniło do współpracy z nimi. Ale czy mówili prawdę? Amerykanie też robili brzydkie rzeczy, np. w więzieniu Abu Ghraib, Guantanamo czy tajnych więzieniach. Zwłaszcza niedługo po wojnie, gdy świeża jeszcze była pamięć nalotów dywanowych i bomb atomowych, granice moralne były dość słabe. Mając do dyspozycji jeńców i więźniów, przeprowadzali na nich nieetyczne eksperymenty.
Na Zachodzie przynajmniej po czasie dochodzi się do prawdy lub sporej jej części. W takich krajach jak Związek Sowiecki/Rosja lub Chiny, nie mówiąc o Korei Północnej, kontrola informacji jest o wiele ściślejsza. Ale rolę odgrywają też informacje osobiste. Autorzy książek chcą je sprzedać, nie mogą więc napisać, że nic strasznego się nie zdarzyło. Potrzebna jest porcja sensacji, które ujawnia wyłącznie autor. Uczciwy autor będzie się starał nie posunąć za daleko. Nawet w tak spokojnym kraju jak Niemcy niejaki Claas Relotius publikował w renomowanych pismach („Der Spiegel”) zmyślone „reportaże”, za które zbierał liczne nagrody. Jeżeli chodzi o internet, istnieje duże prawdopodobieństwo, że materiał jest podkręcony dla efektu. Z drugiej strony oficjalne źródła zależne są od swoich rządów. Nawet terminologia jest przedmiotem sporu. Pamiętamy przepychanki z nazwą COVID-19. Na początku został nazwany wirusem Wuhan, od miejsca pochodzenia. To tradycja, podobnie jest z wirusami Marburg, Hanta i Ebola. Pod naciskiem Chin zmieniono nazwę na neutralną. Za to prezydent Trump uparcie nazywał go „China virus”.
Badania dobre i złe
.Gdy słyszymy o badaniach nad agresywnymi zarazkami, budzi to naszą czujność i wątpliwość. Niemniej w otoczeniu znajduje się mnóstwo zarazków, które ewoluują i wymagają stałej obserwacji. Również eksperymenty „gain-of-function”, czyli konstruowanie wzmocnionych i zmodyfikowanych zarazków, mają sens. Pozwalają mianowicie na eksperymentowanie z potencjalnymi przyszłymi zagrożeniami, a przez to rozszerzyć i pogłębić naszą wiedzę. Dzięki nim możemy też przyspieszyć cykl eksperymentowania oraz przeprowadzać na zwierzętach doświadczenia, do których normalnie trzeba by było ludzi.
Z drugiej strony dają one możliwość konstruowania zarazków w celach militarnych – bardziej śmiertelnych, łatwiej przenoszących się, odpornych na lekarstwa. Ale znowu – jeżeli robią to „ci dobrzy”, ma to swój sens. Jeżeli chcemy się zabezpieczyć przed podstępami „tych złych”, musimy znać ich metody i sposób myślenia. Podobnie przy zabezpieczaniu programu komputerowego przed atakiem trzeba wejść w umysł atakującego i wymyślać najbardziej perfidne chwyty. Nie może tego robić grzeczny chłopczyk. Najlepiej wynająć dobrego hakera i dbać, by pozostał lojalny. Podobnie bandyta może się stać skutecznym twórcą policji, jak François Vidocq za Napoleona, lub więzień Gułagu może zostać jego organizatorem, jak Naftali Frenkel za Stalina.
Nawet produkcja szczepionek może być działaniem ofensywnym, bo lepsza szczepionka pozwala na wypuszczenie nowej wersji zarazka, na którą my będziemy odporni, a tamci nie. Przypomina to dyskusje na temat systemów antyrakietowych. Są one w zasadzie czysto defensywne, ale kompletna i niezawodna ochrona przeciwrakietowa pozwala na przeprowadzenie ataku i wymianę ciosów – nasze rakiety zniszczą cele, a rakiety tamtych nie.
W ten sposób poruszamy się po cienkiej granicy, bo przełączenie się z obrony na atak jest proste. Ale my staramy się być szlachetni, no chyba że…
Do akcji wkracza AI
.Inżynieria genetyczna istnieje już od dawna, Można ciąć DNA z różnych organizmów i składać na nowo. Na istotny skok pozwoliła technologia CRISPR (Clustered Regularly Interspaced Short Palindromic Repeats). Można ją przyrównać do genetycznych nożyczek. Pozwala na o wiele bardziej precyzyjne przycinanie DNA w miejscu odpowiednim do zadanego wzoru. A teraz wkracza syntetyczna biologia wspomagana sztuczną inteligencją. Możliwe jest projektowanie długich sekwencji DNA i fizyczne konstruowanie ich za pomocą automatyzacji procesu laboratoryjnego. Również można automatycznie testować właściwości uzyskanych substancji. Niepotrzebne jest ręczne mieszanie w próbówkach i ślęczenie nad szalkami Petriego. Można tworzyć Frankensteinów na życzenie. Raj dla majsterkowiczów. Można przy tam mieć zamiary dobre albo złe. Ale nawet jeżeli zamiary są szlachetne, wszystko to pięknie działa, o ile wyjdzie to, co miało wyjść. Inteligencja – naturalna czy sztuczna – stara się, jak może, ale pamiętajmy, że model to tylko model. Ostateczny głos ma rzeczywistość.
No i w procesie cyfrowym mamy te same zagrożenia co zawsze. Dane można wykraść oraz zmanipulować. Jeżeli wynikiem ma być nie publikacja naukowa, lecz fizyczna produkcja substancji, złośliwy osobnik (poznajemy go po czarnym kapeluszu) może się wstrzelić w proces po wszystkich kontrolach, zmodyfikować dane i spowodować, by zamiast lekarstwa była produkowana trucizna. Wiem, wszyscy mówią o bezpieczeństwie komputerowym, ale co chwilę słyszymy o wycieku danych. Również w Szwajcarii, idealnym (idealizowanym) kraju, dziś właśnie otrzymałem ostrzeżenie, że być może wyciekły dane mojej kasy emerytalnej, a zawierają one wiele ciekawych informacji.
Czy broń biologiczna ma sens?
.Zadaniem wszelkich rodzajów broni jest atakowanie przeciwników i chronienie swoich ludzi. Gdy podczas I wojny światowej stosowano gazy bojowe, zdarzało się, że nasi wypuścili gaz na tamtych, ale nagle odwrócił się kierunek wiatru. Broń jądrowa działa w miarę lokalnie, choć chmura pyłu radioaktywnego może przelecieć dookoła świata. Największa w historii, sowiecka wodorowa Car-bomba z roku 1961 miała moc 50 megaton. Miała mieć 100 MT, ale projektanci i decydenci się trochę przestraszyli. Grzyb atomowy wyrósł na wysokość 64 km, a fala uderzeniowa trzykrotnie okrążyła Ziemię.
Precyzyjne zastosowanie broni biologicznej nie jest łatwe, jako że szkodliwy materiał sam się powiela i rozprzestrzenia. Można za pomocą inżynierii genetycznej próbować modyfikować takie parametry jak czas inkubacji w organizmie, czas przeżycia zarazka w otoczeniu, drogę zarażania (najgroźniejsza jest powietrzna), śmiertelność itp. Z punktu widzenia atakującego zarazek powinien przeżywać w organizmie niezauważony tak długo, by nosiciel zaraził maksymalną liczbę osób. Potem powinien działać dość szybko, by nie było czasu na przeciwdziałanie. Nie powinien długotrwale zanieczyszczać środowiska, bo nie chodzi o podbój pustyni. Powinien działać silnie, ale w miarę lokalnie.
Można myśleć o „broni etnicznej”, zarazkach działających tylko na ludzi o określonym profilu genetycznym. Do tego jednak populacja nasza i przeciwnika muszą się radykalnie różnić. W Europie nie jest to do przeprowadzenia. Może ma to sens między radykalnie różnymi populacjami, jak Europejczycy lub biali Amerykanie i Chińczycy, ale precyzja wydaje się wątpliwa. Inną metodą selekcji jest wyhodowanie linii bakterii odpornej na znane lekarstwa i wyprodukowanie nowych lekarstw, które jednak będą w stanie je zwalczyć. Wtedy odporni będą tylko nasi, a nie tamci. Można też rozpatrzyć chorobę, która uchodzi za ostatecznie pokonaną i na którą nikt nie jest już szczepiony – oprócz nas. Ale to wszystko musiałoby być przeprowadzone dyskretnie na ogromną skalę.
Negatywnym przykładem historycznym i ostrzeżeniem na przyszłość jest oblężenie Kaffy na Krymie (obecnie Teodozji) w roku 1346. Oblegający ją Mongołowie sami przynieśli z Azji dżumę, która zmusiła ich do odwrotu. Na odchodnym chcieli ukarać obrońców i wystrzeliwali katapultami ciała swoich zmarłych przez mury miasta. Mieszkańcy Kaffy wrzucali zwłoki do Morza Czarnego, a genueńscy kupcy i inni uciekający z oblężonego miasta odpłynęli do Konstantynopola, Sycylii, Genui oraz Marsylii, rozprzestrzeniając zarazę krok po kroku po całej Europie. Znana jako czarna śmierć, w latach 1347–1352 uśmierciła miliony, ok. 30 proc. ludności Europy. Wyludniały się całe regiony Europy. Ciekawe, że mało ucierpiała Polska. Powodem były niska gęstość zaludnienia, mała urbanizacja oraz słabo rozwinięty handel. Miasta i handel to postęp, ale też lepsze warunki dla chorób.
Czarna śmierć miała również niespodziewane konsekwencje. Ponieważ zmarło wielu prostych ludzi, poprawiły się warunki tych, co przeżyli. Mogli się lepiej cenić. Ze względu na ograniczenie podróży uniwersytety zaczęły wykładać w językach narodowych, a nie tylko w łacinie. A inną konsekwencją zarazy był Dekameron Boccaccia, opisujący jak zamożni Florentyńczycy, nudząc się na wsi podczas kwarantanny, opowiadają sobie sprośne historie. Czy ktoś to wszystko planował? Tak wyszło.
Widać gołym okiem, że takie metody mają subtelność młota parowego. Ale w końcu mówimy o walce populacji na śmierć i życie. Jest to szaleństwem, ale nie znaczy to, że jakieś osobniki homo „sapiens” tego nie zrobią.
Broń biologiczna w ZSRS/Rosji
.Celem Związku Sowieckiego od samego początku była światowa rewolucja. Można ją było przeprowadzić różnymi sposobami, w tym za pomocą światowej wojny. Taktycznie można było wchodzić w sojusz z Zachodem lub wspierać ruchy pokojowe i rozbrojeniowe, co nie zmieniało ostatecznego celu. W wyniku II wojny światowej ZSRS zdobył olbrzymią strefę wpływów, większą, niż była możliwa w ramach sojuszu z Hitlerem. Dodatkową energię przyniosło zbudowanie bomby atomowej. Siergiej Michałkow, kompozytor hymnu ZSRS, napisał nawet wesołą piosenkę o tym, jak to Sowieci będą wywoływać wybuchy, jeden za drugim.
Podobnie było z bronią biologiczną. W 1972 r. grupa pod kierunkiem Paula Berga dokonała na uniwersytecie Stanford rekombinacji DNA, co otworzyło nowe drogi dla inżynierii genetycznej. Wkrótce społeczność naukowa przyjęła moratorium dotyczące niebezpiecznych badań. W 1972 r. zaproponowano konwencję zakazującą rozwoju, produkcji i przechowywania broni biologicznej, weszła ona w życie w 1975 r. ZSRS przyjął ją i ratyfikował.
A tymczasem… w kwietniu 1974 r. założony został instytut Biopreparat, prowadzący badania cywilne (15 proc.) i wojskowe (85 proc.). Zatrudniał 30–40 tys. pracowników w sieci ok. 52 instytucji. Operacje zorientowane na ludzi prowadzone były pod kodem „Ferment”, a na rolnictwo – „Ekologia”. Naukowym mózgiem był Jurij Owczinnikow. Od strony wojskowej pracami tymi zarządzał generał Jefim Smirnow, bezpośrednio pod kontrolą Berii. Pracowano tam nad zastosowaniem wojskowym (weaponization) takich patogenów, jak wąglik, dżuma, tularemia, ospa oraz wirusy Marburg i Machupo. Gdy rozpadał się Związek Sowiecki, dwóch ważnych naukowców wydostało się na Zachód: Władimir Pasecznik i Kanatjan Alibekow (Ken Alibek). Ich relacje były zaskoczeniem – choć nie wiemy, czy Amerykanie ujawniają wszystko, co wiedzieli.
Pamiętnym wydarzeniem było wydostanie się zarazków wąglika w Swierdłowsku (Jekaterynburgu) w 1979 r. Wynikiem była śmierć co najmniej 68 osób. Wszystkie te relacje są niezmiernie interesujące. Uważnie patrząc, widzimy jednak, że są one dość dawne. Rok 1979 to prawie pół wieku temu. Sugeruje to, że aktualne informacje wciąż są pod ścisłą kontrolą. Obecnie istnieje wiele metod ekstrakcji informacji z pomiarów i obserwacji. Można z satelity obserwować ruch pojazdów i zawartość transportów, jak również zachowanie pracowników, także konkretnych osób. Można podsłuchiwać wymieniane przez nich informacje. Ale nikt nie ma zamiaru ujawniać, jak się dokładnie pobiera i analizuje dane oraz co z nich konkretnie wynika. No chyba że mówimy o kraju, gdzie funkcjonowanie systemu wywiadowczego (Pegasus) jest roztrząsane na forum publicznym, a celem jest nie jego doskonalenie, ale zniszczenie. Ale co kraj, to obyczaj.
Dżuma w ZSRS (1939) i NKWD w walce z zarazą
.Mało kto wie, że Związek Sowiecki ma za sobą epizod z dżumą. Było to w grudniu 1939 r., krótko po podboju wschodniej Polski. Przez lata było to ściśle tajne. W roku 1988 pisarka Ludmiła Ulicka napisała nowelkę na ten temat, którą wydała dopiero w 2020 r., podczas epidemii COVID-19. Książka opiera się na wydarzeniach autentycznych.
Zajście miało miejsce w instytucie Mikrob w Saratowie, który m.in. prowadził badania nad bronią biologiczną. Abram Berlin, zastępca dyrektora, prowadził badania nad nową szczepionką przeciwko dżumie i nielegalnie przetestował ją na samym sobie oraz współpracownikach. W ten sposób zakaził się śmiertelną odmianą dżumy płucnej. Wkrótce udał się pociągiem do Moskwy, aby złożyć oficjalny raport rządowy. Jego stan się nagle pogorszył, po czym Abram Berlin został przewieziony do szpitala, gdzie zdiagnozował go lekarz Simon Gorelik.
Sprawę przejęło NKWD na bezpośrednie polecenie Berii i Stalina. Szpital został całkowicie odcięty od świata. Agenci NKWD w ciągu jednej nocy namierzyli i aresztowali/odizolowali każdego, z kim Berlin miał kontakt: od pasażerów pociągu, przez obsługę hotelu, po jego rodzinę. Lekarz Gorelik podjął świadomą decyzję o dobrowolnym zamknięciu się w izolatce ze swoim pacjentem, wiedząc, że sam jest już zakażony. W efekcie zdecydowanej akcji NKWD śmierć poniosły jedynie 3 osoby.
Na marginesie: do dziś instytut w Saratowie przechowuje jedną z największych na świecie państwowych kolekcji patogennych bakterii.
Konsekwencje ataku: rozkład struktury państwa i zabójcza panika
.Annie Jacobsen przedstawia w swojej książce scenariusz ataku biologicznego. Dużą jej część poświęca konsekwencjom społecznym. Przedstawia globalną pandemię, podczas której dochodzi do totalnego załamania państwa, końca demokracji, stanu wojennego i brutalnej walki o przeżycie.
Do tej pory mówiliśmy o czynnikach materialnych – fizycznych, chemicznych i biologicznych. Milcząco zakładaliśmy mniej więcej racjonalne zachowanie ludzi. Pod wpływem stresu i strachu ludzie przestają działać racjonalnie. Przy zarazie o wysokim stopniu śmiertelności załamuje się organizacja społeczeństwa. Coś podobnego widzieliśmy przy covidzie. Oczywiście w tym przypadku ograniczenia – jak się na szczęście okazało – były daleko na wyrost.
Co by było teraz, w epoce robotów, telekomunikacji i sztucznej inteligencji, możemy sobie wyobrażać, choć lepiej, byśmy tego nie zobaczyli.
.Ale do najgroźniejszych problemów należy panika. Powoduje ona, że nawet jeżeli istnieje jakieś racjonalne rozwiązanie, ludzie skaczą sobie do gardeł. To też widzieliśmy przy covidzie, gdy maseczkowi i zaszczepieni traktowali bezmaseczkowych i niezaszczepionych jak dybiących na ich życie, ale również działało to w drugą stronę.
Panika potrafi dewastować życie społeczne, nawet gdy faktyczne zagrożenie jest nieobecne. Wystarczą pogłoski, które mogą być celowo rozsiewane, oraz dziwne zjawiska. Gdyby do miejskiej sieci wodociągowej ktoś wlał sok malinowy, z kranu płynęłaby czerwona woda o słodkawym smaku. Czego trzeba więcej?
Literatura:
Annie Jacobsen, „Biological War: A Scenario”, 2026
Ken Alibek i Stephen Handelman, „Biohazard”, 1999
Matthew Cobb, „The Genetic Age”, 2022
Alina Chan i Matt Ridley, „Viral”, 2021
Carl Zimmer, „Air-Borne: The Hidden History of the Life We Breathe”, 2025
Vadim J. Birstein, „The Perversion of Knowledge: The True Story of Soviet Science”, 2001
Raymond A. Zilinskas, „The Soviet Biological Weapons Program and Its Legacy in Today’s Russia”, 2016
Людмилa Улицкaя, „Чумa, или ООИ (Особо опaснaя инфекция) в гоpоде”, 2020 (Ludmiła Ulicka, „To tylko dżuma”)
Aлексaндp Гогун, „Пpодумaнное светопpестaвление. Кaк Стaлин готовил Тpетью миpовую”, 2025 (Aleksandr Gogun, „Zaplanowany koniec świata. Jak Stalin przygotowywał trzecią wojnę światową”)


