Paulina MATYSIAK: Polska wybierze. Nie może kończyć się na rogatkach miasta

Polska wybierze. Nie może kończyć się na rogatkach miasta

Photo of Paulina MATYSIAK

Paulina MATYSIAK

Filolożka i filozofka. Posłanka na Sejm IX i X kadencji. Przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Walki z Wykluczeniem Transportowym. Autorka felietonów "Pisane lewą ręką", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autorki

Polska nie kończy się wraz z krańcówką wielkomiejskiego tramwaju, ani tym bardziej tam, gdzie odjeżdża ostatni autobus. Odpowiedzialne państwo sięga swoim wzrokiem dalej i zauważa leżące tam problemy. I byłoby naprawdę dobrze, gdyby pamiętali o tym również politycy – pisze Paulina MATYSIAK

.W Krynicy mieliśmy rozmawiać o tym, co rozstrzygnie wybory parlamentarne w 2027 roku. Czy będzie to bezpieczeństwo, sytuacja gospodarcza, a może będą to media społecznościowe i ich algorytmy? Temat ciekawy, zwłaszcza że do wyborów został jeszcze rok i wiele może się wydarzyć. Szybko jednak okazało się, że niektórych polityków bardziej od przyszłości Polski interesuje przyszłość ich odwiecznych przeciwników.

Poseł Witold Zembaczyński już na początku oznajmił, że jechał do Krynicy ponad cztery godziny, licząc na debatę z Patrykiem Jakim. Jakiego jednak nie było, zastąpił go Sebastian Kaleta. Zaczęło się więc od uwag o dublerach, następnie pojawiła się kwestia cen paliwa, a prowadzący Jacek Prusinowski już po kilku minutach musiał prosić o obniżenie temperatury dyskusji. Doprawdy trudno o bardziej wymowny początek debaty o przyszłości Polski!

Potem było jeszcze ciekawiej. Poseł Zembaczyński przekonywał, że o przyszłych wyborach mogą zdecydować algorytmy mediów społecznościowych, które jego zdaniem faworyzują prawicę. Sebastian Kaleta odpowiadał zarzutami dotyczącymi niespełnionych obietnic rządu; między panami trwała wymiana kolejnych politycznych uprzejmości.

Gdzieś pomiędzy jednym a drugim oskarżeniem próbowaliśmy wracać do pytania, z którym rzeczywiście przyjechaliśmy do Krynicy. Nie zabrakło nawet sporu o nazwę partii. Kiedy pozwoliłam sobie wspomnieć o Platformie Obywatelskiej, poseł Zembaczyński natychmiast mnie poprawił, wyjaśniając, że reprezentuje Koalicję Obywatelską, i zalecił aktualizację bazy danych. Przyjmuję uwagę! Nie chciałabym przecież, żeby w tej całej dyskusji o problemach Polski umknęło nam coś tak fundamentalnego jak właściwa nazwa partyjnego szyldu.

Żarty żartami, ale podczas debaty miałam nieodparte wrażenie, że oglądam dobrze znany spektakl. KO-PiS, a może jednak PO-PiS – bez większego znaczenia, bo scenariusz pozostaje ten sam. Jedni potrzebują drugich, żeby mobilizować swoich wyborców, podgrzewać emocje i mieć komu przypisywać odpowiedzialność za wszystkie nieszczęścia. Zresztą ten sam mechanizm obserwujemy na co dzień w Sejmie i mediach. Polityczny przeciwnik staje się ważniejszy od problemu, a skuteczna riposta cenniejsza od dobrego rozwiązania.

.Żeby było jasne, nie bagatelizuję zagrożeń związanych z dezinformacją ani wpływu wielkich platform internetowych na politykę. To poważne sprawy. Tyle że trudno nie dostrzec pewnej ironii, kiedy politycy przez kilkadziesiąt minut opowiadają o szkodliwości polaryzacji, jednocześnie z wielkim zaangażowaniem dostarczając jej paliwa.

W pewnym momencie zapytałam zresztą posła Zembaczyńskiego, czy jego własna aktywność w mediach społecznościowych rzeczywiście służy studzeniu emocji. Bo może zanim zaczniemy naprawiać algorytmy, warto przyjrzeć się również temu, czym sami je karmimy? Od początku tej dyskusji próbowałam zwrócić uwagę na coś innego, a mianowicie na bezpieczeństwo codziennego życia. Nie tylko to związane z obronnością czy cyberatakami, ale również z pracą, możliwością utrzymania rodziny, dostępnością usług publicznych.

Mówiłam o sytuacji pracowników PKP Intercity, o problemach w Poczcie Polskiej i PKP Cargo, o zwolnieniach grupowych i rosnącym bezrobociu. To nie są sprawy, które znikają po zakończeniu debaty. Czym innym jest utrata pracy w dużym mieście, gdzie można szukać zatrudnienia w dziesiątkach firm, a czym innym w niewielkiej miejscowości, w której zamknięcie jednego zakładu potrafi zachwiać sytuacją setek rodzin.

Co ma zrobić pracownik, jeśli najbliższa oferta zatrudnienia jest kilkadziesiąt kilometrów dalej, a ostatni autobus odjeżdża przed końcem jego zmiany? Można mu oczywiście poradzić, żeby był bardziej mobilny. Tylko taka rada niewiele pomaga, kiedy nie ma czym dojechać. I właśnie dlatego podczas debaty mówiłam o sprawiedliwości społecznej i różnicach między Polską powiatową a największymi miastami.

Chciałabym, żeby o naszych życiowych możliwościach nie decydował w tak dużym stopniu kod pocztowy, a miejsce urodzenia czy zamieszkania nie oznaczało automatycznie mniejszych szans na dobrą edukację, pracę albo dostęp do lekarza.

Równolegle z naszym spotkaniem w Krynicy ukazał się raport „Gdzie żyje się najlepiej?” autorstwa Algolytics i SW Research. Autorzy zestawili 90 wskaźników dotyczących jakości życia w polskich gminach. Najbardziej zainteresowały mnie wyniki mojego województwa, łódzkiego, ponieważ pokazują dwa bardzo różne oblicza tego samego regionu.

W wariancie rankingu uwzględniającym preferencje ankietowanych Polaków pierwsze miejsce zajęły Pabianice, drugie Kutno, a trzecie Łódź. Jako posłanka z Kutna nie ukrywam, że taki wynik cieszy! Szczególnie że nasze miasto awansowało i znalazło się tuż za liderem. Dobra edukacja, sprawne służby ratownicze, dostępność transportu i codziennych usług pokazują, że do wygodnego życia nie trzeba koniecznie wyprowadzać się do metropolii. Oczywiście raport wskazuje również słabsze strony Kutna, więc nie ma powodu, by spoczywać na laurach.

Warto jednak spojrzeć na drugi koniec tego samego zestawienia. Ręczno i Aleksandrów w powiecie piotrkowskim oraz Klonowa w powiecie sieradzkim osiągnęły najniższe wyniki w regionie. I nie dlatego, że brakuje tam modnych restauracji czy centrów handlowych. Największym problemem jest dostęp do ochrony zdrowia, odległość od przychodni, szpitali, aptek, a także ograniczona dostępność transportu i innych podstawowych usług.

Proszę pomyśleć, jak wiele to mówi o nierównościach w Polsce. W jednym województwie są miasta, w których stosunkowo łatwo załatwić codzienne sprawy, i gminy, gdzie zwykła wizyta u lekarza wymaga znacznie większego wysiłku organizacyjnego. A przecież mieszkańcy jednych i drugich miejscowości płacą podatki, pracują, wychowują dzieci i mają prawo oczekiwać, że państwo nie pozostawi ich samych z tymi problemami.

Najciekawsze jest jednak to, że raport nie potwierdza prostego podziału na bogate metropolie i zacofaną prowincję. Kutno wyprzedza przecież Łódź w jednym z wariantów zestawienia. To dowód, że mniejsze miasta mają ogromny potencjał. Problem zaczyna się tam, gdzie kumulują się bariery, a mieszkańcy nie mają jak skorzystać z usług dostępnych gdzie indziej. Tych różnic nie usuniemy samym zachęcaniem ludzi do przedsiębiorczości czy przeprowadzek. Potrzebne są inwestycje, dobry transport i odpowiednie finansowanie samorządów. O tym również mówiłam w Krynicy.

Obawiam się, że w nadchodzących latach ograniczenia budżetowe mogą szczególnie mocno uderzyć w Polskę powiatową. Duże miasta mają większe możliwości pozyskiwania dochodów, przyciągania inwestycji i rozwijania usług. Mniejsza gmina musi natomiast zapewnić mieszkańcom dostęp do szkoły, drogi czy transportu, nawet jeśli jej budżet jest skromny, a zabudowa rozproszona. To są konkretne wyzwania, o których znacznie trudniej opowiada się w krótkiej rolce niż o kolejnym wydumanym skandalu jakiegoś polityka.

I tu dochodzimy do sedna. Oczywiście można przez następny rok przekonywać Polaków, że najważniejszym problemem jest to, co wczoraj powiedział Donald Tusk, Jarosław Kaczyński albo któryś z ich popleczników. Można tropić dawne wypowiedzi, przygotowywać kolejne efektowne riposty i śledzić, komu algorytm wyświetlił więcej filmików. Nie twierdzę, że polityczne spory są niepotrzebne. Ale naprawdę chciałabym, żebyśmy zaczęli rozliczać polityków także z tego, ile problemów udało im się rozwiązać, zamiast wyłącznie z tego, jak skutecznie punktowali przeciwników.

Pod koniec krynickiej debaty powiedziałam, że polityce przydałoby się mniej internetowego wygłupu, a więcej poważnych treści. Może nawet odrobina nudy. Bo nie ukrywajmy – organizowanie połączeń autobusowych czy poprawianie finansów samorządów nie są materiałem na wiralowy filmik. Nie wywołają takiego poruszenia jak jakaś soczysta awantura. A mimo to właśnie od takich spraw zależy codzienne życie milionów ludzi.

Za rok będziemy wybierać nowy parlament. Nie wiem, jakie wydarzenie ostatecznie zdominuje kampanię i jakie tematy podchwycą media. Wiem natomiast, o czym chciałabym w tej kampanii rozmawiać. O Polsce, która nie kończy się na granicach największych miast. O szansach ludzi z Kutna, Ręczna, Klonowej i setek innych miejscowości, których mieszkańcy mają takie samo prawo do dobrego życia jak mieszkańcy Warszawy.

.Polska nie kończy się wraz z krańcówką wielkomiejskiego tramwaju, ani tym bardziej tam, gdzie odjeżdża ostatni autobus. Odpowiedzialne państwo sięga swoim wzrokiem dalej i zauważa leżące tam problemy. I byłoby naprawdę dobrze, gdyby pamiętali o tym również politycy, którzy na co dzień są zajęci rozstrzyganiem, kto wygra kolejną odsłonę wojny PO-PiS. A właściwie KO-PiS, żeby nikogo urazić. Cóż, nazwy się zmieniają, a problemy pozostają te same.

Paulina Matysiak

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 30 października 2026