Paulina MATYSIAK: Głośniej nie znaczy mądrzej

Głośniej nie znaczy mądrzej

Photo of Paulina MATYSIAK

Paulina MATYSIAK

Filolożka i filozofka. Posłanka na Sejm IX i X kadencji. Przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Walki z Wykluczeniem Transportowym. Autorka felietonów "Pisane lewą ręką", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autorki

Odpowiedzialność za język nie oznacza rezygnacji z wyrazistych poglądów, lecz raczej gotowość do ponoszenia konsekwencji własnych wypowiedzi. Także wtedy, gdy emocje biorą górę i łatwo powiedzieć coś, czego później można żałować. Dotyczy to zresztą każdego, również mnie – pisze Paulina MATYSIAK

.W polskiej polityce nie zawsze trzeba coś powiedzieć, żeby pokazać, co się myśli o drugim człowieku. Czasami wystarczy zagwizdać. W maju tego roku, kiedy szłam do sejmowej mównicy, jeden z posłów postanowił naśladować lokomotywę. Rozumiem, że tematyka kolejowa potrafi rozbudzić wyobraźnię. Szkoda tylko, że nie zawsze w takim samym stopniu rozbudza zainteresowanie problemami pasażerów. Sprawa zrobiła się głośna. Poseł przeprosił, ja przeprosiny przyjęłam. I bardzo dobrze. Nie ma potrzeby robić z każdej niezręczności politycznego serialu, zwłaszcza że mamy znacznie poważniejsze sprawy do załatwienia. Zresztą z panem posłem dzisiaj pozostaję w koleżeńskich relacjach, a niedawno odbyliśmy też w kuluarach Sejmu krótką, merytoryczną rozmowę o kolei. Można? Można!

Ten drobny epizod przywołuję dziś nie bez powodu, bo przypomina mi o czymś, co w polskiej polityce obserwuję od dawna. Mianowicie coraz częściej zamiast rozmawiać, wolimy demonstrować swoją niechęć. W miejsce odpowiadania na argumenty wchodzi wyśmiewanie rozmówcy. Zamiast podważyć czyjeś stanowisko, można zakwestionować jego intencje. Najlepiej jeszcze w kilku słowach, żeby dobrze zmieściły się na grafice czy w rolce w mediach społecznościowych. Bo przecież kto dzisiaj ma czas na argumenty?

Polityczny przeciwnik rzadko bywa po prostu człowiekiem, z którym się nie zgadzamy. Częściej okazuje się – tu wybrać wedle uznania – zdrajcą, ignorantem, fanatykiem albo czyjąś marionetką. Słowa mają swoją wagę. A przynajmniej powinny. Jeśli każdą nieudaną decyzję nazywamy katastrofą, każdą pomyłkę kompromitacją, a każdą różnicę zdań zdradą, to z czasem te określenia przestają robić na kimkolwiek wrażenie. I kiedy wydarzy się coś naprawdę poważnego, zabraknie nam słów, które pozwolą oddać skalę problemu.

Badacze Polskiej Akademii Nauk przeprowadzili skrupulatną analizę języka, który jest wykorzystywany w wystąpieniach parlamentarnych. Z efektami ich pracy można zapoznać się na stronie PAN, do czego serdecznie zachęcam. Uczeni zwrócili uwagę, że agresja nie zawsze jest oczywista. Może ukrywać się w ironii, sarkazmie, metaforach czy pozornie niewinnych pytaniach. Nie potrzeba wulgaryzmów, żeby kogoś poniżyć. Czasami wystarczy odpowiednio dobrana sugestia.

To ważne spostrzeżenie, że debata publiczna nie psuje się dopiero wtedy, kiedy politycy zaczynają na siebie krzyczeć, gdyż wystarczy, że przestaje się traktować swoich rozmówców poważnie. A konsekwencje tego wykraczają daleko poza salę plenarną Sejmu.

I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najgorsze, kiedy polityczna awantura nie kończy się wraz z zamknięciem obrad Sejmu. Trafia do telewizji, internetu, a stamtąd prosto do polskich domów. Ludzie oglądają tę nieustanną nagonkę, nasiąkają językiem pogardy i sami zaczynają w ten sposób rozmawiać o polityce. Nagle przy rodzinnym stole brat staje przeciwko bratu, rodzice kłócą się z dziećmi, a wspólny niedzielny obiad zamienia się w kolejną odsłonę sejmowej awantury. Bywa, że przez polityczne sympatie najbliżsi przestają ze sobą rozmawiać. I to jest dla mnie najbardziej przygnębiające. My w Sejmie potrafimy się pokłócić, a następnego dnia podać sobie rękę i normalnie porozmawiać (choć trzeba dla porządku dodać, że nie wszyscy to potrafią). Tymczasem polityczne podziały wychodzą poza parlament i stawiają mur między ludźmi, których łączy przecież znacznie więcej niż partyjne barwy.

.Z badania CBOS z marca tego roku wynika, że aż 46 proc. respondentów wskazało spór polityczny i polaryzację społeczeństwa jako jedno z dwóch największych zagrożeń dla stabilności Polski w najbliższych pięciu latach. To sporo! Zwłaszcza że mówimy o kraju, który musi mierzyć się nie tylko z napiętą sytuacją na wschodniej granicy, ale też wieloma innymi wewnętrznymi problemami.

Nie twierdzę oczywiście, że wystarczy zmienić język – a polityczne podziały znikną i wszyscy podadzą sobie ręce na wieczną zgodę. Byłoby to co najmniej naiwne. Różnice interesów i poglądów są prawdziwe, czego nie da się zagadać uprzejmością.

Zresztą wcale nie chciałabym polityki, w której wszyscy mówią do siebie wyłącznie miłym tonem, nie podnosząc przy tym głosu i na wszelki wypadek omijając wszelkie kontrowersyjne tematy. Tlenem dla polityki, bez którego nie może żyć, jest przecież spór. Potrzebuje emocji, a czasem też bardzo mocnych słów.

Kiedy mieszkańcy kolejnej miejscowości tracą połączenie autobusowe, nie musimy mówić delikatnie, że oto pojawiło się pewne wyzwanie w zakresie lokalnej mobilności. Można powiedzieć wprost, że państwo i samorząd zawiodły swoich obywateli. Kiedy minister nie odpowiada na ważne pytania, trzeba to nagłaśniać. A kiedy rząd nie dotrzymuje obietnic, należy go z nich bezwzględnie rozliczać. Ale jest zasadnicza różnica między ostrą krytyką działań a pogardą wobec człowieka.

Można powiedzieć, że czyjś pomysł jest fatalny, ale wyjaśnić przy tym dlaczego. Można wykazać niekompetencję, posługując się faktami. Można oskarżyć polityka o kłamstwo, jeśli ma się na to dowody. Nie trzeba przy tym odbierać mu godności ani przedstawiać każdego przeciwnika jako wroga, z którym nie sposób już rozmawiać.

Tylko taki sposób prowadzenia sporu wymaga znacznie więcej wysiłku niż efektowna obelga. Do niej wystarczy złość, do merytorycznego argumentu droga jest dłuższa i prowadzi przez wiedzę o tym, o czym się mówi.

Odpowiedzialność za język nie oznacza więc rezygnacji z wyrazistych poglądów, lecz raczej gotowość do ponoszenia konsekwencji własnych wypowiedzi. Także wtedy, gdy emocje biorą górę i łatwo powiedzieć coś, czego później można żałować. Dotyczy to zresztą każdego, również mnie.

Łatwo domagać się szacunku od politycznych przeciwników. Znacznie trudniej przyznać, że ktoś z naszego własnego środowiska przesadził. Jeszcze trudniej dostrzec taki moment u siebie. Ale standard, którego wymagamy tylko od innych, nie jest żadnym standardem.

Dużą odpowiedzialność ponoszą tu także media. Oczywiście zadaniem dziennikarzy nie jest chronienie polityków przed krytyką. Wręcz przeciwnie, powinni zadawać trudne pytania i patrzeć władzy na ręce. Tyle że czym innym jest dociekliwość, a czym innym zamienianie każdego sporu w widowisko, w którym wygrywa ten, kto głośniej wykrzyczy swoje. Warto czasem zadać sobie proste pytanie, czy po obejrzeniu kolejnej politycznej awantury obywatel dowiedział się czegoś istotnego. Czy lepiej rozumie konsekwencje proponowanej reformy? Czy może zapamiętał jedynie, kto kogo obraził?

.Na końcu tej całej politycznej dyskusji powinny znajdować się konkretne i bliskie Polakom sprawy. Od dostępu do lekarza przez transport publiczny do kosztów mieszkań czy godnych warunków pracy. Na żaden z tych problemów nie odpowiemy, nawet jeśli wymyślimy przeciwnikom jeszcze sto nowych inwektyw.

Nie oczekuję, że politycy nagle zaczną się ze sobą zgadzać. Sama nie zamierzam rezygnować ze stanowczych ocen i ostrej krytyki (tu pragnę serdecznie pozdrowić ministra infrastruktury Pana Dariusza Klimczaka). Chciałabym jednak, żebyśmy potrafili się spierać bez przekonania, że druga strona nie zasługuje nawet na wysłuchanie.

W polityce nie chodzi o to, żeby przekrzyczeć przeciwnika, ale żeby przekonać go argumentami. A przede wszystkim pamiętać, że słowa, które padają z mównicy, nie zostają w Sejmie. I warto brać za nie odpowiedzialność.

Paulina Matysiak

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 23 października 2026