Prof. Andrzej NOWAK: Zacznijmy rozmawiać w sposób partnerski

Zacznijmy rozmawiać w sposób partnerski

Photo of Prof. Andrzej NOWAK

Prof. Andrzej NOWAK

Historyk, sowietolog, publicysta, profesor nauk humanistycznych, kierownik Pracowni Historii Europy Wschodniej w Instytucie Historii UJ oraz Pracowni Historii Europy Wschodniej i Studiów nad Imperiami XIX i XX wieku w IH PAN. Redaktor naczelny czasopisma „Arcana” (1991-2012), autor m.in. „Dziejów Polski”. Kawaler Orderu Orła Białego.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

8 października 2025 r. prof. Andrzej NOWAK wygłosił w Bundestagu w Berlinie wykład, którego tekst publikujemy.

.Nie czuję się specjalistą w dziedzinie historii stosunków polsko-niemieckich, jestem obywatelem Polski i w tym sensie jestem zainteresowany stosunkami z Niemcami jako naszym najważniejszym sąsiadem (czy jednym z naszych najważniejszych sąsiadów, bo trudno tu o hierarchię i nie powinno się jej wprowadzać). Mówię także jako historyk, bo od lat zajmuję się historią Europy Wschodniej, gdzie Niemcy odgrywają bardzo ważną rolę, choć moja specjalność kieruje mnie raczej ku stosunkom polsko-rosyjskim – to jest temat, którym zajmuję się zawodowo od ponad 40 lat. I właśnie w perspektywie takiej specjalności chciałem spojrzeć na sprawy polsko-niemieckie, jako historyk, a nie osoba publiczna, którą jestem dopiero od niedawna, bo w sierpniu zostałem nominowany na funkcję doradcy Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Wcześniej żadnych funkcji publicznych nie pełniłem, nie byłem i nie jestem członkiem żadnej partii. Występuję tu wyłącznie tak, jak zostałem zaproszony, jako prywatna osoba, obywatel Polski i historyk.

Jakie budować relacje polsko-niemieckie?

.Trzy filary wymienione w projekcie złożonym przez rząd federalny Republiki Federalnej Niemiec w Bundestagu – projekcie Domu Niemiecko-Polskiego – to upamiętnienie, spotkanie i zrozumienie. Od razu zaznaczę swój punkt widzenia na to sformułowanie, proponując, byśmy zamiast liczby pojedynczej wprowadzili w każdym z tych pojęć liczbę mnogą. To są upamiętnienia, ale nie chodzi mi o to, żeby powstało sto pomników ofiar polsko-niemieckich – lecz o to, że każdy ma prawo do indywidualnej pamięci i że trzeba to uszanować. Żadna pamięć odgórnie narzucana nie może stać się obowiązująca. Musimy zachować prawo jednostek do indywidualnej pamięci. Taka jest część kultury wolności.

A więc upamiętnienia – różne upamiętnienia. Spotkania – to drugie pojęcie. Zamiast jednego spotkania, w liczbie pojedynczej – różne spotkania. W Domu Niemiecko-Polskim zapewne będą się odbywać liczne spotkania, ale chodzi o to, ażeby spotykali się w tym miejscu i w innych miejscach ludzie o różnych punktach widzenia. Ludzie, którym nie wyznacza się wąskich ram politycznie poprawnej pamięci. A więc ludzie, którzy z różnych perspektyw, ale wspólnie zainteresowani rozwijaniem stosunków sąsiedzkich między Polską a Niemcami, patrzą na historię, na teraźniejszość i na przyszłość tych stosunków. Istotna różnorodność, a nie różnorodność pozorowana powoduje, że upieram się przy pojęciu „spotkania” w liczbie mnogiej.

I wreszcie zrozumienie. Spróbuję wyjaśnić dokładniej, dlaczego uważam, że trzeba i tu wprowadzić liczbę mnogą. Choć jestem zwolennikiem arystotelesowskiej definicji prawdy jako zgodności sądu i rzeczywistości, a więc wierzę w jedną rzeczywistość, to jednak uważam, że w materii tak obfitującej w różne doświadczenia, traumy i pozytywne przeżycia trzeba zachować możliwość prezentacji różnych perspektyw w spojrzeniu na te doświadczenia, a więc różnych sposobów rozumienia naszej przeszłości.

Znów obawiam się narzucania jednego obowiązującego sposobu interpretacji przeszłości. Takie metody były przyjmowane w czasach, kiedy dorastałem w Polsce pod rządami komunistycznymi – w innych ustrojach też się to zdarzało. To nie służy ani historii, ani społeczeństwu.

Polska należy do mniej zauważanych ofiar w niemieckiej pamięci realnej, w niemieckiej kulturze pamięci

.Otóż wydaje mi się, że tym, od czego trzeba zacząć – w mojej prywatnej ocenie projektu Domu Niemiecko-Polskiego – jest bardzo pozytywny aspekt tego projektu, który polega na upamiętnieniu „mniej zauważanych ofiar”. „Mniej zauważane ofiary” – to cytat z projektu rządu federalnego w sprawie upamiętnienia i budowy Domu Niemiecko-Polskiego.

Tak, Polska należy do mniej zauważanych ofiar w niemieckiej pamięci realnej, w niemieckiej kulturze pamięci. Przykładem tego są badania opinii publicznej przeprowadzane przez najbardziej rzetelne instytucje, które zajmują się tym w Niemczech. Ostatnie badania, do których miałem dostęp, to badania z 2019 r., kiedy postawiono respondentom pytanie: kto powinien być upamiętniany we współczesnych Niemczech jako ofiary II wojny światowej? Na pierwszym miejscu oczywiście wymienieni zostali, i słusznie, Żydzi – 82 proc. respondentów. Na drugim miejscu Sinti i Romowie – 44 proc. Następnie osoby niepełnosprawne zamordowane w czasie II wojny światowej, dalej członkowie niemieckiego ruchu oporu – 5 proc., potem homoseksualiści i kolejne coraz mniej liczne kategorie, stanowiące 1 proc. lub poniżej 1 proc. w odpowiedziach respondentów. Nie było w tej kategorii nie tylko Polaków, ale i żadnych innych narodów Europy Wschodniej poddanych niemieckiej okupacji w czasie II wojny światowej.

I to jest wymierne świadectwo stanu niemieckiej pamięci. Podobne badania przeprowadził dwa lata później Instytut Pileckiego, polska instytucja zajmująca się historią II wojny światowej, i one potwierdziły ten stan rzeczy, dlatego nie jest konieczne przytaczanie wyników tego badania. Nikt z niemieckich respondentów nie wymienił Polaków jako ofiar.

Polskie ofiary II wojny światowej są niewidoczne

.Można by w tym momencie zatrzymać się i skupić wyłącznie na II wojnie światowej, i zadać pytanie: czy zamordowanie 1 mln 400 tys. cywilnych obywateli Polski, którzy nie byli Żydami – wrócę jeszcze do tego – to liczba wystarczająca, by upomnieć się o miejscew pamięci niemieckiej? O takiej liczbie ofiar wśród obywateli Polski niebędących Żydami, czyli o 1 mln i 400 tys. Polaków, mówi projekt rządowy złożony w Bundestagu, więc w tym sensie można się do niego odwołać, bo oczywiście to, czy te szacunki są prawdziwe, to jest zupełnie inna kwestia, ale orientacyjnie można je przyjąć. 1 mln 400 tys. to cztery razy mniej niż liczba Żydów zamordowanych przez Niemców, ale czy cztery razy mniej oznacza, że nie warto pamiętać?

Takie pytanie trzeba sobie zadać: to nie jest matematyka, to nie jest kwestia liczb, ale świadomości. Jednakże na stosunki polsko-niemieckie i na to, o czym powinniśmy rozmawiać w Domu Niemiecko-Polskim, nie składa się tylko to, co najgorsze – doświadczenie II wojny światowej – i o tym za chwilę będę mówił. Myślę jednak, że bardzo dobrze się stało, że w projekcie przedstawionym przez rząd, opartym, o ile się nie mylę, na ekspertyzie Niemieckiego Muzeum Historycznego, przewidziane są trzy części tej ekspozycji muzealnej czy upamiętniającej części Domu Niemiecko-Polskiego.

Ta pierwsza część to przypomnienie tysiąclecia sąsiedztwa niemiecko-polskiego. Tysiąclecia, w którym wcale nie przeważają tylko wrogość, nienawiść i wzajemne doświadczenia czy też, że tak powiem, doświadczenia z perspektywy polskiej pamięci, skupione na winie niemieckiej. Nie, tak nie było. Nasza historia jest dużo bogatsza. Historia stosunków polsko-niemieckich w całym tym tysiącleciu zasługuje na ukazanie w najróżniejszych aspektach.

Szczególnie lubię rozważać historię wymiany kulturalnej, która ma bardzo duże znaczenie dla kultury polskiej, a myślę też, że ma pewne znaczenie dla kultury niemieckiej. Ale z braku czasu zostawiam to na boku. Po prostu cieszę się, że to jest uwzględnione w tej części projektu.

Rozbiory Polski przypominają o niebezpieczeństwie imperializmów, które porozumiewają się między sobą kosztem słabszych państw

.Uwzględniono także sprawę bolesną dla nas, dla polskiej strony, a bardzo ważną i czasem pomijaną w świadomości, szczególnie w świadomości zachodnioeuropejskich członków Unii Europejskiej – tj. znaczenie rozbiorów Polski. To oczywiście ogromna trauma w naszej historii, pozbawienie nas niepodległości na 123 lata, proces, w którym kluczową rolę odegrały dwa mocarstwa: Prusy Fryderyka II, a później jego następcy Fryderyka Wilhelma I, i oczywiście Rosja Katarzyny II. To jest dla nas bardzo ważny moment i chcę go podkreślić, gdyż wskazuje na szczególne znaczenie skojarzenia w polskiej pamięci niebezpieczeństwa wynikającego nie z nacjonalizmów, lecz z imperializmów – imperializmów, które porozumiewają się między sobą kosztem słabszych państw.

Wydaje mi się, że jest to dzisiaj także niezwykle ważny i aktualny temat. Skupienie całej uwagi polityki pamięci, dyskusji publicznych, uwagi mediów na kwestii nacjonalizmu, choć to ważne, spycha w cień niebezpieczeństwo, które uważam za dużo bardziej aktualne i istotne współcześnie – niebezpieczeństwo agresywnych imperializmów gotowych porozumiewać się kosztem słabszych państw. Tak się składa, że przyniosłem ze sobą dwie książki, które chciałem złożyć na ręce Pana Doktora Götza Frömminga. Jedna z nich mówi o stosunkach polsko-rosyjskich – jest szeroko dostępna, kto zechce, może zwrócić się do fundacji, która zapewniła tłumaczenie tej książki na język niemiecki; będzie mogła dostarczyć ją Państwu.

Druga książka, także mojego autorstwa, wydana przez wydawnictwo De Gruyter w Niemczech, mówi o porozumieniu dwóch agresywnych imperiów i o niebezpieczeństwie appeasementu. To porozumienie to nie Monachium 1938 r., tylko próba porozumienia między Rosją sowiecką Włodzimierza Lenina i de facto nie Niemcami nawet, chociaż taka próba również miała miejsce, tylko Wielką Brytanią – bo Wielka Brytania gotowa była wtedy oddać Polskę w całości Rosji Lenina. I ta próba appeasementu, której udało się Polsce uniknąć własnym wysiłkiem zbrojnym, poprzez zatrzymanie ataku bolszewików na Warszawę, także wydaje mi się warta przypomnienia.

Polskie doświadczenie historyczne

.Chciałem zwrócić uwagę na polskie doświadczenie historyczne, które nie jest tylko partykularnym doświadczeniem czy traumą, która nie ma znaczenia i która powinna być zapomniana, wyleczona. Nie, ponieważ zjawisko agresywnych imperializmów porozumiewających się kosztem słabszych państw i pokusa appeasementu ze strony innych mocarstw jest stale powracającym niebezpieczeństwem.

Dlatego warto w Domu Niemiecko-Polskim przypominać historię porozumiewających się imperializmów i niebezpieczeństwa polityki appeasementu ze strony innych mocarstw. Sądzę, że z mojego doświadczenia jako historyka, zajmującego się do pewnego stopnia niemieckim spojrzeniem na polską historię, tym, co najbardziej uderza w ostatnich wiekach, a zwłaszcza w ostatnich latach i dekadach, jest niedostrzeganie Polski. Nie jest to jakaś wrogość do Polski, myślę, że tego nie doświadczamy, tylko pomijanie Polski. Na wschód od Niemiec jest tylko Rosja – taki jest przeciętny wynik moich obserwacji reakcji Niemców i niemieckiej sceny politycznej.

Taka jest moja ocena stale powtarzającego się lapsusu niemieckich polityków najwyższego szczebla, jak choćby kanclerz Merkel, która wielokrotnie powtarzała ten frazes, że „naszym największym sąsiadem na wschodzie jest Rosja”. Wiem, że można to brać symbolicznie, przenośnie – rzeczywiście Rosja jest największym krajem we wschodniej Europie i w tym szerokim sensie ważnym sąsiadem Unii Europejskiej – ale Rosja nie jest sąsiadem Niemiec. I kiedy słyszymy z ust polityków niemieckich, dziennikarzy niemieckich, że Rosja jest najważniejszym sąsiadem Niemiec, to natychmiast wraca do nas to doświadczenie, kiedy Rosja rzeczywiście była sąsiadem Niemiec – to jest doświadczenie dwóch rozbiorów i paktu Ribbentrop-Mołotow, który zlikwidował niepodległe państwo polskie.

Dlatego warto upominać się, aby Polska, a także Litwa, Łotwa, Estonia, Ukraina, Białoruś były dostrzegane jako ważne kraje, które leżą między Niemcami a Rosją. Drugi, bardzo prozaiczny powód, który warto uświadamiać niemieckiej opinii publicznej – Polska chyba akurat to rozumie – to aspekt ekonomiczny. Jeśli spojrzymy na dane ekonomiczne współczesnego handlu, handlu Niemiec, to w obrotach handlowych Polska jest czwartym partnerem dla Niemiec po Stanach Zjednoczonych, Chinach i Francji, daleko przed Wielką Brytanią, przed Włochami. Gdyby dołączyć do Polski jeszcze Czechy, to wymiana handlowa Niemiec z tymi dwoma krajami jest większa niż z Chinami.

Dla Niemiec Polska nie istnieje jako ważny partner, Niemcy przyjmują rolę nauczyciela

.A jednak myślę, że w wyobraźni przeciętnych Niemców Polska nie istnieje jako ważny partner – tak ważny, żeby porównywać go z Chinami czy postawić wyżej od Wielkiej Brytanii. Nie chodzi mi o puszenie się, „jacy my, Polacy, jesteśmy ważni”. Nie, to są realne liczby. Po prostu Polska jest dzisiaj bardzo ważnym partnerem ekonomicznym Niemiec. Niemcy są w pewnym sensie jeszcze ważniejszym partnerem ekonomicznym dla Polski i ta wzajemna zależność powinna nas zbliżać, powinna sprawiać, że będziemy rozmawiać ze sobą. Myślę, że najbardziej przeszkadza nam w tej rozmowie właśnie ta, powiedziałbym, pokusa niedostrzegania Polski.

Druga perspektywa, która przeszkadza nam w Polsce – mnie w każdym razie przeszkadza – to jest perspektywa, w której Niemcy ustawiają się w roli nauczyciela, wyłącznie nauczyciela. Uczą dobrych manier Polaków, dobrej pamięci, dobrego postępowania we współczesnej Europie, są adwokatem Polski – to jeszcze pojęcie dawniejsze, kiedy Polska wstępowała do Unii Europejskiej, metafora niefortunna – tak jakby Polska była oskarżonym.

Tak samo nie lubię, kiedy ktoś mówi, że Polska jest adwokatem Ukrainy. Ukraina nie jest na ławie oskarżonych. Trzeba uważać na metafory. A postawa nauczyciela w stosunku do Polski, bardzo często występująca w relacjach dwustronnych, w wymianie, nazwijmy to tak, ideowej, także naukowej, wydaje mi się czymś, co ostatecznie powinno być zastąpione przez partnerskie spojrzenie na siebie nawzajem.

Ani Niemcy nie powinni być nauczycielami Polaków, ani Polacy, rzecz jasna, nie powinni być nauczycielami Niemców – i nie jest moją rolą tutaj pouczać Niemców.

Między Rosją a Niemcami jest ważny kraj o bardzo ciekawym doświadczeniu, zupełnie odmiennym od doświadczenia Rosji, o doświadczeniu politycznym, doświadczeniu republikanizmu i obywatelstwa – tym krajem jest Polska

.Przechodzę do najważniejszego i najtrudniejszego fragmentu naszej wspólnej historii i fragmentu historii Europy. Kto jest moim przewodnikiem w tej dziedzinie? Otóż chcę powiedzieć, że inspirują mnie dwaj niemieccy autorzy: jeden to Friedrich Schiller, a drugi to Reinhart Koselleck.

Obaj już nie żyją. Zakładam, że wszyscy Państwo wiedzą, kim był Friedrich Schiller. Natomiast mało kto chyba czytał, mało kto poznał, zapamiętał ostatni dramat Friedricha Schillera. Ogromnie polecam Państwu zapoznanie się z tym nieukończonym, ale wspaniałym dziełem. To jest dramat pod tytułem Demetrius. Dramat, który przypomina o tym, że między Niemcami a Rosją jest Polska. To dramat historyczny, jak często u Schillera, pokazujący początek wieku XVII i dramatyczny moment, w którym republika polska, bo Polska wtedy była de facto republiką obywatelską, dyskutuje w parlamencie nad tym, czy interweniować w Rosji, czy nie interweniować.

Te debaty sejmowe są czymś, co fascynuje Schillera. „Jak to? To znaczy, że można tak nieograniczenie dyskutować?”. W Niemczech na początku XIX wieku nie było takiego forum zajmującego się polityką zagraniczną. W dodatku najbardziej fascynowało Schillera prawo weta występujące w polskim sejmie. To znaczy mniejszość – a mniejszość wypowiada się za tym, żeby nie interweniować w Rosji – może mieć rację, może zablokować głos większości.

To fascynowało Schillera. Zwracam więc uwagę na dwa aspekty tego dzieła. To jest na podkreślenie, że między Rosją a Niemcami jest ważny kraj o bardzo ciekawym doświadczeniu, zupełnie odmiennym od doświadczenia Rosji, o doświadczeniu politycznym, doświadczeniu republikanizmu i obywatelstwa – tym krajem jest Polska.

I drugi aspekt: prawo weta. To bardzo ryzykowne prawo, które może prowadzić do anarchii, ale jednocześnie jest gwarancją wolności.

Reinhart Koselleck: „Musimy upamiętnić tych, których zabijaliśmy”

.I drugie dzieło czy raczej drugi autor, bo tu mam na myśli całość jego dzieła – Reinhart Koselleck. To nazwisko może nie każdemu z Państwa coś mówi. Historykom powinno być znane, bo to największy teoretyk historii, teoretyk niemiecki, któremu ja i tysiące innych historyków bardzo wiele zawdzięczamy.

Urodzony w Zgorzelcu, zmarł 20 lat temu. Wyjątkowa postać. To człowiek, który był pod Stalingradem, oczywiście jako żołnierz Wehrmachtu, ewakuowany, zanim zamknął się kocioł sowiecki; później jako oficer artylerii przeciwlotniczej walczył na froncie zachodnim i ostatecznie został wzięty do niewoli przez Sowietów w Czechach; zabrano go do Auschwitz, żeby sprzątał tam obóz.

Ten człowiek stał się największym – nie tylko w moim przekonaniu, ale w powszechnym przekonaniu – światowym teoretykiem historii ostatnich 50 lat. Otóż zabrał on także głos w dyskusji, którą my tutaj kontynuujemy, nad pomnikiem dla Polaków. Z okazji 50-lecia zakończenia wojny opublikował w 1995 r. we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” artykuł, w którym stanowczo zaprotestował przeciwko odgórnie narzucanej jednolitej polityce pamięci. Nie można dać się szantażować jednemu wzorowi polityki pamięci – podkreślał swoje prawo, prawo weta człowieka, który przeżył to, ma swoją pamięć i żadna państwowa polityka pamięci nie może mu jej odebrać.

Jednocześnie zaakcentował, że nie można hierarchizować ofiar. Nie można powiedzieć: „Zbudowaliśmy pomnik dla Żydów, dla ofiar Holokaustu, więc mamy sprawę załatwioną”. Jako człowiek, który widział II wojnę światową, brał w niej udział po stronie sprawców, wzywał: „Musimy upamiętnić tych, których zabijaliśmy”. „Trzeba im postawić pomnik” – powiedział Reinhart Koselleck w 1995 r. na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Oczywiście wymienił także Sinti i Romów, którzy wtedy nie byli jeszcze upamiętnieni, a także uwypuklił, że trzeba upamiętnić ofiary polityki okupacyjnej Niemiec w innych krajach słowiańskich, a była to inna polityka okupacyjna, o charakterze eksterminacyjnym, inna niż ta, którą Niemcy prowadziły w Europie Zachodniej – we Francji, Danii, Norwegii czy Holandii.

Ale nie tylko dlatego przywołuję Reinharta Kosellecka. Jest jeszcze drugi powód. Otóż Reinhart Koselleck wyraził przekonanie, że dopóki żyją tacy jak on, bezpośredni świadkowie tego, co działo się w czasie II wojny światowej, dopóty zachowają oni prawo weta i powiedzenia: „Nie, było inaczej. My pamiętamy to inaczej, bo żyliśmy wtedy, widzieliśmy, kto kogo zabijał”. Ale już za chwilę – a przypomnę, że Dom Niemiecko-Polski zostanie otwarty nie wcześniej niż za osiem lat – nie będzie świadków II wojny światowej. To znaczy ci, którzy jeszcze będą wówczas żyli, będą mieli ok. 100 lat; tyczy się to najmłodszych ludzi żyjących w czasach II wojny światowej. Mała będzie szansa, żeby żyli jeszcze ci z prawem weta i powiedzenia: „Nie, my wiemy, że było inaczej”.

Jakie stąd wynika niebezpieczeństwo? Bardzo ważne, na które zwrócił uwagę Reinhart Koselleck. Wtedy będzie można zrobić wszystko z przeszłością – będzie można zrobić z niej Disneyland, cokolwiek, bo nie będzie nikogo, kto powie: „Tak nie było”, „To nieprawda”. I to jest bardzo ważne niebezpieczeństwo.

Adolf Hitler: „Naszym celem jest zniszczenie Polski, eksterminacja Polaków”

.Idąc za myślą tych dwóch autorów, wracam teraz do omówienia najważniejszej części projektu o II wojnie światowej. Otóż uderza w tej części systematyczne pomijanie pojęcia ludobójstwa w stosunku do ofiar polskich. Siedemnaście razy w projekcie jest wymieniony termin ludobójstwo w odniesieniu do różnych grup. Oczywiście w stosunku do Żydów, jak najsłuszniej, nie da się inaczej tego określić niż jako ludobójstwo, i to największe w dziejach, podobnie w stosunku do Romów i Sinti oraz ludności cywilnej po ataku Niemiec na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 r.

Tak jakby nie było nic przed Holokaustem, a Holokaust zaczął się w pełnej skali w 1941 r. i przed atakiem Niemiec na Związek Sowiecki. Otóż to jest nieprawda i to trzeba sprostować – nie dlatego, żeby zrobić przyjemność polskim ofiarom, bo im już nic przyjemności ani nieprzyjemności nie sprawi, ale żeby zadośćuczynić prawdzie historycznej.

Otóż próbą, przygotowaniem laboratorium teorii rasowej i laboratorium Holokaustu była właśnie niemiecka polityka w stosunku do Polaków od września 1939 r. Termin laboratorium teorii rasowej ukuł Christopher Browning, amerykański historyk, który zajmował się niemiecką polityką okupacyjną. Na czym to laboratorium, które trzeba przypomnieć, wraz z terminem ludobójstwo odniesionym do Polski, polegało? Przypomnę tylko kilka przykładów.

Tak zwana zbrodnia pomorska, to znaczy wymordowanie od września do listopada 1939 r. ok. 30–40 tys. cywilnych mieszkańców Pomorza, Polaków, przez ich niemieckich sąsiadów. Wszyscy Niemcy zapisali się do Volkssturmu, do specjalnych oddziałów, które wyłapywały polskich sąsiadów i zabijały ich toporami, siekierami, karabinami i zakopywały ich w dołach. W 1943 i 1944 r., kiedy zbliżał się front sowiecki, wykopano te ofiary i spalono. Obecnie udało się ekshumować 15 ton popiołu i ok. 100 szkieletów. Warto o tym pamiętać. Czymże to jest, jak nie ludobójstwem? Towarzyszy temu akcja AB – Nadzwyczajna Akcja Oczyszczająca – połączona z Intelligenzaktion.

Intelligenzaktion była przeprowadzona na terenach włączonych do Rzeszy, czyli w województwie poznańskim, na Pomorzu, a akcja AB na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Celem była cała polska inteligencja – wymordować, odciąć „głowę” Polakom – po odcięciu głowy ciało nie żyje. W tym sensie jak najbardziej celem akcji AB i Intelligenzaktion było ludobójstwo, zlikwidowanie Polski.

Mówił to zresztą najwyraźniej sam twórca tej ideologii i tej koncepcji Adolf Hitler na odprawie ze swoimi oficerami w Obersalzbergu 22 sierpnia 1939 r., czyli 8 dni przed atakiem na Polskę: „Naszym celem jest zniszczenie Polski, eksterminacja Polaków”. Powiedział to jasno, na swój sposób szczerze, można rzec, i jego podwładni wykonywali ten rozkaz.

Następny przykład, już ostatni, choć jest jeszcze wiele innych, to Powstanie Warszawskie z 1944 r. i sposób jego tłumienia, w tym najbardziej przerażająca zbrodnia, czyli rzeź dokonana w dzielnicy Wola. W trakcie rzezi Woli 30–40 tys. cywilnych mieszkańców, nie powstańców, tylko cywilnych mieszkańców, zostało zamordowanych w ciągu kilku dni.

We współczesnym spojrzeniu na przeszłość nie można pomijać tego, co było istotą przeszłości. Nie można w imię dzisiejszej wrażliwości rezygnować z prawdy historycznej

.To są tylko przykłady, ale warto je przytoczyć i zastanowić się nad tym, czy termin ludobójstwo nie powinien być zastosowany w odniesieniu do polityki niemieckiej, oczywiście narodowo-socjalistycznych Niemiec, wobec Polski w okresie II wojny światowej. Myślę, że warto też przypomnieć – to ważne, lecz zapominane, zwłaszcza w niemieckiej pamięci historycznej – cztery konferencje Gestapo-NKWD.

Warto je przypomnieć także naszym rosyjskim kolegom, którzy zapominają w swojej polityce pamięci, że zanim zaczęła się heroiczna wojna w obronie Związku Sowieckiego w 1941 r., Związek Sowiecki był przed niemiecką napaścią najbardziej lojalnym sojusznikiem Hitlera. Bez pomocy Związku Sowieckiego Hitler nie zdołałby zniszczyć Polski.

Te cztery konferencje Gestapo-NKWD odbyły się kolejno: pierwsze dwie w 1939 r. i dwie następne w roku 1940. Ostatnią zorganizowano w moim rodzinnym mieście, w Krakowie – wiem dokładnie, w której restauracji miało miejsce spotkanie. Konferencje te dotyczyły tego, jak zlikwidować Polskę, jak zlikwidować polskie podziemie, bo wtedy już tylko ono istniało. Warto to podkreślić w kontekście tego, do czego przekonuję cały czas – w kontekście przypominania o niebezpieczeństwie imperializmów i porozumiewania się między nimi kosztem słabszych.

I ostatni argument w tej sprawie, który chciałbym przywołać. We współczesnym spojrzeniu na przeszłość nie można pomijać tego, co było istotą przeszłości. Nie można w imię dzisiejszej wrażliwości rezygnować z prawdy historycznej. Co mam na myśli? Mianowicie w projekcie, o którym mówię, pojawia się sformułowanie, że trzeba przedstawiać II wojnę światową w sposób pluralistyczny, z uwzględnieniem tożsamości mieszanych, tak żeby uniknąć skojarzenia narodowego. Otóż istota prawdy historycznej o II wojnie światowej jest taka, że najważniejszym wyznacznikiem polityki niemieckiej w stosunku do Polaków był wyłącznie aspekt narodowy.

Polacy byli zabijani za to, że byli Polakami. Nie z innych powodów. Narodowość była akurat w tym przypadku fundamentalnie istotna i nie do podważenia. Żadne mieszane tożsamości tutaj nie mogą tego zastąpić. Przytoczę przykład spoza projektu, ale uderzający, pochodzący od mojego kolegi, który zasiada w radzie Muzeum w Ravensbrück, obozu w Ravensbrück, obozu dla kobiet. Projekty, o których mi mówił, zmierzają do tego, żeby przedstawić to straszliwe doświadczenie, jakim był obóz w Ravensbrück, jako wyraz prześladowania wymierzonego specjalnie w kobiety. Kobiety były prześladowane przez III Rzeszę.

To jest szokujące kłamstwo, ponieważ kobiety były strażniczkami w tym obozie, a kobiety, które tam trafiły jako ofiary, trafiały nie jako kobiety, tylko jako Polki – tych było w Ravensbrück 40 proc., były też Francuzki i inne grupy narodowościowe. To narodowość była kluczem do stania się ofiarą, nie kobiecość. Więc nałożenie dzisiejszej wrażliwości – gdy patrzymy na wielowiekowe cierpienia kobiet – na realia polityki narodowych socjalistów z czasów II wojny światowej jest zafałszowaniem historii i tego powinniśmy się wystrzegać.

Dom Niemiecko-Polski jest potrzebny jako miejsce spotkań i nawet ewentualnych sporów, które ostatecznie mogą się kończyć porozumieniem. I taki jest cel dyskusji

.Wreszcie punkt ostatni w tej części i już prawie ostatni punkt mojego wystąpienia. Otóż mam na myśli motyw, który powtarza się w projekcie i który został podkreślony także, o ile się nie mylę, przez jednego z autorów tego projektu, dyrektora Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich w Darmstadt, niezwykle zasłużonej, ważnej i pozytywnej placówki w stosunkach kulturalnych polsko-niemieckich, prof. Petera Olivera Loewa. W dyskusji, która była poświęcona omówieniu Domu Niemiecko-Polskiego, a odbyła się w Instytucie Pileckiego w lipcu 2025 r., czyli cztery miesiące temu, stwierdził, że ważnym zadaniem Domu Niemiecko-Polskiego będzie przypomnienie polskiej kolaboracji z Niemcami i polskiego współdziałania w Holokauście [Prof. Loew po moim wykładzie w Bundestagu przysłał do mnie mail, w którym wyjaśnił, że jego słowa zostały źle przetłumaczone na oficjalnej stronie instytutu Pileckiego, który zamieścił cytowane przeze mnie nagranie – dop. AN]

Wiem, że były przykłady kolaboracji w czasie II wojny światowej, i jak najbardziej powinny być badane przez historyków. Wiem, że były jednostki i że było ich niemało, które wydawały Żydów w ręce władz niemieckich w czasie II wojny światowej, ale przekształcanie tego w akt współoskarżenia Polaków, dążenie w stronę podziału odpowiedzialności za Holokaust z Polakami, w Domu Niemiecko-Polskim – którego jedynym dysponentem, przypomnę, jest rząd Republiki Federalnej Niemiec, czyli władze niemieckie, mówiąc ogólniej, i którego głównym celem jest upamiętnienie polskich ofiar – wydaje mi się, nazwę to delikatnie, pewną niezręcznością. Są inne miejsca, gdzie można mówić o polskiej kolaboracji, o polskich, jak to się mówi w języku polskim, szmalcownikach (nie wiem, czy ten wyraz, nazywający tych, którzy wydawali Żydów Niemcom, jest możliwy do przetłumaczenia). W tej inicjatywie zwrócenie uwagi przez niemieckich badaczy na aspekt kolaboracji, na to, że powinien być prezentowany w tym muzeum, wydaje mi się niezręczne. Tak bym to ujął.

Kończąc, myślę, że warto wrócić do punktu wyjścia tej inicjatywy. Miał powstać pomnik ku pamięci polskich ofiar II wojny światowej i niemieckiej okupacji Polski 1939–1945. „Pamięci polskich ofiar”, jak chciał tego między innymi Reinhart Koselleck, który pamiętał, widział te ofiary. Natomiast obecnie w projekcie zmieniono to na następującą formułę: „Wszystkim ofiarom niemieckiej okupacji Polski 1939–1945”; taki jest proponowany napis na przyszłym pomniku.

Jaka jest różnica? Ktoś powie, że jest ona subtelna i że się czepiam. Różnica ta jednak nie jest subtelna, ponieważ rozwadnia istotę hitlerowskiej polityki okupacyjnej w Polsce. Jej podstawą nie była walka z mieszanymi tożsamościami. Jej celem była eliminacja narodu polskiego. I dlatego trzeba uwzględnić tę pierwotną formułę – „polskie ofiary II wojny światowej”. Zwłaszcza że jest sporo upamiętnień jak najbardziej potrzebnych – ofiar Holokaustu, Sinti, Romów, niepełnosprawnych umysłowo, którzy zostali zamordowani na terenie między innymi Polski w czasie II wojny światowej.

Myślę, że wychodząc z tego traumatycznego, najbardziej tragicznego okresu, warto pomyśleć o jakimś geście, który pomógłby nam nie zostawiać tamtych wydarzeń za sobą, bo my tego za sobą nie zostawimy. Nie da się tego wymazać. To jest zbyt wielka trauma. Trzeba do tego wracać i rozmawiać o tym, przyjmując różne perspektywy, spierać się nawet, jeśli trzeba, ale nie możemy przestać o tym rozmawiać.

W tym sensie Dom Niemiecko-Polski jest potrzebny – jako miejsce spotkań i nawet ewentualnych sporów, które ostatecznie mogą się kończyć porozumieniem. Taki jest cel dyskusji.

516 tys. zewidencjonowanych przez Ministerstwo Kultury zabytków polskich, które zostały zrabowane przez Niemców, wciąż tu jest

.Mówiąc o geście, chciałbym przypomnieć jeszcze jeden aspekt polskiego doświadczenia II wojny światowej. Jest 516 tys. zewidencjonowanych przez Ministerstwo Kultury zabytków polskich, które zostały zrabowane przez Niemców.

Tak się złożyło, że kilka miesięcy temu, kiedy powiedziałem o moim planowanym wyjeździe na to spotkanie prorektorowi mojego uniwersytetu, Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, zwrócił on moją uwagę na informację, która ukazała się w prasie. Mianowicie w muzeum jubilerskim w Pforzheim odnaleziony został pierścień króla Zygmunta Starego.

To był jeden z najwybitniejszych władców w polskiej historii, władców w najlepszym okresie tej historii, w XVI wieku. Prusy na rozkaz króla Fryderyka Wilhelma przetopiły wszystkie polskie insygnia koronacyjne, gdy wojska pruskie zajęły na kilka tygodni Kraków po rozbiorach, zanim oddały go Austrii. Insygnia – korony, berła i inne – zostały wtedy zabrane do Królewca i następnie w barbarzyński sposób na rozkaz króla pruskiego przetopione na talary pruskie. Nie mamy więc insygniów koronacyjnych świadczących o naszej wcześniejszej 800-letniej historii.

.Jednym z najważniejszych, a może najważniejszym i najpiękniejszym symbolem tej dawnej świetności Rzeczypospolitej jest wspomniany pierścień Zygmunta Starego, być może noszony wcześniej przez jego żonę, królową Bonę. Ten pierścień został zrabowany we wrześniu 1939 r. w Sieniawie, w siedzibie książąt Czartoryskich, którzy byli właścicielami tego klejnotu od XVIII wieku. Myślę, że dobrze by było, gdyby państwo niemieckie i politycy niemieccy wsparli wysiłki polskiego Ministerstwa Kultury, ażeby ten symbol odzyskać – na dobry początek rozmów w Domu Niemiecko-Polskim.

Andrzej Nowak

Tekst ukazał się w nr 73 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 31 stycznia 2026
Graf. Krzysztof Kowalik