Droga do ruiny maluczkich. Tajny plan na wypadek globalnego kryzysu finansowego

James RICKARDS

Autor bestsellera "Wojny walutowe. Nadejście kolejnego globalnego kryzysu", przetłumaczonego na 12 języków i wysoko ocenionego przez „Financial Times”, agencję Bloomberga i „Politico”. Jest menedżerem portfela w firmie West Shore Group oraz doradcą do spraw międzynarodowych zagrożeń ekonomicznych i finansowych w Departamencie Obrony i służbach wywiadowczych Stanów Zjednoczonych. Brał udział w pierwszej finansowej grze wojennej przeprowadzonej przez Pentagon.

zobacz inne teksty autora

G-SIFI ma uśpić i zdezorientować laików. Ten angielski skrót oznacza globally systemic important financial institution, czyli „instytucje finansowe o dużym znaczeniu systemowym w skali globalnej”. Mówiąc prościej, G-SIFI znaczy „zbyt wielcy, by upaść”. Jeżeli firma znajdzie się na liście G-SIFI, będzie bacznie obserwowana przez rząd, ponieważ jej upadek mógłby zniszczyć globalne rynki finansowe – pisze James RICKARDS

Mędrek, przygłup, pracuś, leń,
Tyran i poddany
Chcąc czy nie chcąc, tworzą ten
Przedziwny mechanizm.
(“Kocia kołyska”, Kurt Vonnegut)

.Aureole to elegancka restauracja o wysokich sufitach i nowoczesnym wystroju położona przy Czterdziestej Drugiej Zachodniej Ulicy na Manhattanie. Znajduje się w połowie drogi między zatłoczonymi przez turystów Times Square i Bryant Park. Niedaleko mieści się neoklasyczny budynek Nowojorskiej Miejskiej Biblioteki Publicznej, do której wejścia strzegą dwa marmurowe lwy — Cierpliwość i Hart Ducha.

Znalazłem się w tym lokalu w pewien przyjemny czerwcowy wieczór w 2014 roku w towarzystwie trzech osób. Dotarliśmy tam po krótkim spacerze z biblioteki, w której chwilę przedtem wygłosiłem odczyt na temat międzynarodowych finansów.

Publiczność miała wolny wstęp na mój wykład. Możliwość bezpłatnego wzięcia udziału w jakimkolwiek wydarzeniu w Nowym Jorku gwarantuje pełen przekrój uczestników. Widownia była więc dużo bardziej różnorodna niż w czasie moich wystąpień adresowanych do klientów instytucjonalnych. Pewien dżentelmen w pierwszym rzędzie odziany był w pomarańczowy garnitur, muszkę, okulary słoneczne i żółtozielony melonik. Jego wygląd nie wzbudził niczyjego zdziwienia.

Nowojorczycy nie tylko odważnie się ubierają, ale też są bardzo bystrzy. W czasie sesji pytań i odpowiedzi po zakończeniu wykładu jeden ze słuchaczy podniósł rękę i powiedział: „Zgadzam się z pańskimi ostrzeżeniami dotyczącymi ryzyka systemowego, ale jestem uwięziony w programie emerytalnym mojej firmy, w ramach którego mogę inwestować jedynie w akcje i fundusze rynku pieniężnego. Co powinienem zrobić?”. W pierwszym odruchu odpowiedziałem: „Odejść z tej firmy”.

Następnie dodałem: „Mówiąc poważnie, powinien pan inwestować po połowie w akcje i rynek pieniężny. Osiągnie pan większy potencjał wzrostu przy mniejszej nieprzewidywalności i będzie pan miał możliwość wyboru, kiedy zwiększy się przejrzystość rynku”. Nie mógł zrobić nic innego. Kiedy jednak udzielałem mu tej rady, zdałem sobie sprawę z tego, że w tej samej pułapce rynku akcji tkwią miliony Amerykanów.

W Aureole mogłem się zrelaksować. Lokal wypełniała ta sama co zwykle klientela, składająca się głównie z bogaczy i modelek. Towarzyszyły mi trzy wspaniałe kobiety. Po mojej lewej stronie siedziała Christina Polischuk, emerytowana główna doradczyni Barclays Global Investors. Przed przejęciem przez BlackRock w 2009 roku firma Barclays należała do największych na świecie organizacji zajmujących się zarządzaniem aktywami. Połączenie obu firm sprawiło, że BlackRock zaczęła występować w osobnej lidze, będąc na dobrej drodze do objęcia swoim zarządem aktywów wartych 5 bln dolarów — więcej niż wynosi PKB Niemiec.

Naprzeciwko mnie usiadła moja córka Ali, która dopiero co otworzyła własną firmę zajmującą się doradztwem w sprawach korzystania z mediów cyfrowych, a ja byłem jednym z jej pierwszych klientów. Wcześniej przez cztery lata doradzała gwiazdom filmowym z hollywoodzkiej pierwszej ligi. Ali wniosła powiew nowoczesności do moich wykładów, osiągając niezły efekt.

Po mojej prawej stronie siedziała jedna z najbardziej wpływowych, ale anonimowych postaci w świecie finansów, prawa ręka Larryʼego Finka — dyrektora BlackRock. Kiedy władze Stanów Zjednoczonych próbowały okiełznać system finansowy po kryzysie w 2008 roku, była osobą kontaktową ze strony BlackRock. To ona otwierała drzwi, gdy rząd czegoś chciał od jej firmy. Przy butelce białego burgunda rozmawialiśmy o starych czasach, wspólnych znajomych oraz widowni zgromadzonej na moim wykładzie. Jego tematem były teoria złożoności i jednoznaczne dane wskazujące na to, że system zmierza w stronę katastrofy. Moja towarzyszka siedząca po prawej stronie nie potrzebowała żadnych wykładów o ryzyku systemowym; jej posterunek w BlackRock mieścił się w epicentrum zarazy.

Pod kierunkiem Larryʼego Finka BlackRock wyrosła w ciągu ostatnich 25 lat na największą potęgę w branży zarządzania aktywami[1]. Zarządza odrębnymi rachunkami największych instytucji na świecie oraz inwestuje w fundusze i inne instrumenty w imieniu inwestorów różnej wielkości. Za pośrednictwem swojej platformy iShares pompuje miliardy dolarów w fundusze giełdowe ETF.

Przejęcia dokonane przez Finka, obejmujące takie organizacje jak State Street Research, Merrill Lynch Investment Management i Barclays Global Investors, w połączeniu z wewnętrznym wzrostem i wprowadzaniem na rynek nowych produktów sprawiły, że BlackRock zajęła miejsce na szczycie hierarchii firm zarządzających aktywami. Znajdujące się pod jej zarządem 5 bln dolarów jest rozdzielone pomiędzy akcje, instrumenty o gwarantowanym stałym dochodzie, towary, waluty i derywaty na rynkach pięciu kontynentów.

Nie ma na świecie większej firmy prowadzącej działalność w porównywalnej skali. BlackRock to nowy lewiatan w branży finansowej.

Fink ma obsesję na punkcie zwiększania wartości aktywów, pociągającej za sobą finansową potęgę. Zwykle wstaje wcześnie rano, pochłania aktualne wiadomości, realizuje wyśrubowany harmonogram przerywany obiadami i kolacjami spożywanymi w towarzystwie wpływowych ludzi, po czym kładzie się spać o 22.30, gotów powtórzyć ten schemat następnego dnia. Kiedy nie kursuje miedzy swoim apartamentem na wschodnim Manhattanie a śródmiejskim biurem firmy, można go znaleźć w jednym z kilku miejsc, w których gromadzą się światowe elity — w styczniu w Davos, w kwietniu na posiedzeniu MFW, latem w Petersburgu na „białych nocach”[2] i tak dalej — przez cały rok spotyka się na całym świecie z klientami, głowami państw, szefami banków centralnych i innymi mniej znanymi, ale równie wpływowymi postaciami.

Taka potęga nie mogła ujść uwadze ludzi z Waszyngtonu. Amerykański rząd działa podobnie jak Czarna Ręka — poprzedniczka mafii przedstawiona w filmie Ojciec chrzestny 2. Jeżeli płacisz haracz za ochronę w formie dotacji na kampanię wyborczą, wspierasz odpowiednie fundacje, zatrudniasz odpowiednich konsultantów, prawników oraz lobbystów i nie sprzeciwiasz się planom rządu, możesz w spokoju prowadzić swój biznes.

Jeżeli jednak nie opłacisz haraczu, Waszyngton powybija Ci okna w ramach ostrzeżenia. We współczesnej Ameryce odpowiednikiem wybijania okien są politycznie motywowane oskarżenia o nadużycia podatkowe, defraudację pieniędzy albo pogwałcenie przepisów antymonopolowych. Jeśli mimo ostrzeżenia nadal się nie podporządkujesz, rząd wróci, żeby spalić Twój interes.

Administracja Obamy wywindowała sztukę politycznego oskarżania do poziomu niespotykanego od 1934 roku, kiedy gabinet Franklina Delano Roosevelta usiłował doprowadzić do oskarżenia Andrew Mellona, wybitnego byłego sekretarza skarbu. Jedynymi przewinami Mellona były zamożność i sprzeciwianie się Rooseveltowi. Ostatecznie został oczyszczony z zarzutów. Mimo to polityczne oskarżanie oponentów było powszechnie praktykowane w lewicowej administracji FDR-a.

Jamie Dimon, dyrektor generalny banku JPMorgan Chase, boleśnie się o tym przekonał, kiedy w 2012 roku publicznie skrytykował politykę Obamy mającą na celu objęcie sektora bankowego ściślejszymi regulacjami. W ciągu następnych dwóch lat JPMorgan zapłacił ponad 30 mld dolarów w postaci kar, grzywien i kosztów dostosowania w wyniku licznych zarzutów z prawa karnego i cywilnego postawionych przez Departament Sprawiedliwości i organy regulacyjne. Gabinet Obamy wiedział, że atakowanie instytucji jest bardziej opłacalne niż atakowanie poszczególnych osób praktykowane przez Roosevelta. Pod rządami nowej Czarnej Ręki koszty ponoszą akcjonariusze, a dyrektorzy generalni mogą utrzymać stanowiska pod warunkiem zachowania milczenia.

Fink był zręczniejszy w politycznej rozgrywce niż Dimon. Jak napisano w magazynie „Fortune”: „Fink […] jest silnym demokratą […] i często powtarzano, że może w przyszłości objąć ważne stanowisko w administracji, na przykład sekretarza skarbu”[3]. Do tej pory udawało mu się uniknąć ataków, którymi nękano jego konkurentów.

Niedawno Fink stanął w obliczu zagrożenia większego niż ukierunkowane oskarżenia i zapał Zachodniego Skrzydła[4]. Nadeszło z Białego Domu, ale jego pierwotnym źródłem był Międzynarodowy Fundusz Walutowy i klub potęg gospodarczych G20. Zagrożenie to nosi nic niemówiącą nazwę G-SIFI, która ma uśpić i zdezorientować laików. Ten angielski skrót oznacza globally systemic important financial institution, czyli „instytucje finansowe o dużym znaczeniu systemowym w skali globalnej”. Mówiąc prościej, G-SIFI znaczy „zbyt wielcy, by upaść”.

Jeżeli firma znajdzie się na liście G-SIFI, będzie bacznie obserwowana przez rząd, ponieważ jej upadek mógłby zniszczyć globalne rynki finansowe.

Na liście znalazły się nie tylko banki narodowe, ale też wszyscy duzi gracze zajmujący dominujące pozycje w światowych finansach. Co więcej, nie ograniczono się tylko do podmiotów zbyt wielkich, by upaść. G-SIFI jest obecnie listą podmiotów zbyt wielkich, by można je było zostawić w spokoju. G20 i MFW nie chcą ich tylko obserwować. Chcą je kontrolować.

Każdy duży kraj ma własną listę swoich podmiotów tego typu oraz banków, które także są zbyt duże, by upaść. W Stanach Zjednoczonych do tych banków zaliczają się JPMorgan, Citibank i kilka mniej znanych instytucji, takich jak Bank of New York — ośrodek clearingowy amerykańskiego rynku obligacji.

Wiedziałem o tym wszystkim, kiedy siadałem do stołu tamtego wieczora. Ostatnia wiadomość była taka, że rząd nie zamierza się ograniczyć do banków i chce złapać w swoją sieć także niebankowe instytucje finansowe.

Niektóre z nich były łatwym łupem, tak jak ubezpieczeniowy gigant AIG, który niemal doprowadził do zagłady systemu finansowego w 2008 roku, oraz firma General Electric, której operacji kredytowych nie dało się pokryć skryptami dłużnymi w warunkach paniki. To właśnie zamrożenie działalności kredytowej GE najbardziej wystraszyło Bena Bernankego, ówczesnego szefa Rezerwy Federalnej — bardziej niż widmo bankructw banków z Wall Street. Kłopoty General Electric odbiły się szerokim echem w korporacyjnej Ameryce i doprowadziły bezpośrednio do objęcia gwarancjami rządowymi wszystkich depozytów bankowych, funduszy rynku pieniężnego i korporacyjnych skryptów dłużnych. Ratowanie General Electric było szaleńczą operacją, której rządy państw postanowiły już nigdy więcej nie powtarzać.

Kiedy rząd uporał się z GE i AIG, zaczął się zastanawiać, jak daleko zarzucić sieć na podmioty niebankowe. Następną instytucją, na którą zastawiono sidła, było towarzystwo ubezpieczeniowe Prudential Insurance. Rządy krajów chciały kontrolować nie tylko banki i duże korporacje, ale też największe na świecie firmy zarządzające aktywami. Kolejna na liście była MetLife Insurance, a po niej na celowniku znalazła się BlackRock.

Zapytałem więc moją towarzyszkę przy obiedzie:

— Jak się sprawy mają z SIFI? Pewnie masz pełne ręce roboty?

Jej odpowiedź mnie przeraziła.

— Jest gorzej niż ci się wydaje — powiedziała.

Wiedziałem o staraniach rządu, by umieścić BlackRock na liście SIFI w kategorii podmiotów niebankowych. Zakulisowa walka firmy o uniknięcie tego losu toczyła się od miesięcy. Argumentacja była prosta: podkreślano, że BlackRock tylko zarządza aktywami, a nie jest ich właścicielem. Podmioty zarządzające aktywami nie bankrutują; robią to ich klienci.

Kierownictwo BlackRock podkreślało, że sam rozmiar nie jest problemem. Aktywa pod jej zarządem są własnością klientów, wobec czego BlackRock jest tylko najemnikiem klientów instytucjonalnych i sama w sobie nie jest ważna.

Fink przekonywał, że źródłem ryzyka systemowego są banki, a nie Black Rock. Banki pożyczają pieniądze na krótki okres od deponentów i innych banków, po czym udzielają długoterminowych kredytów hipotecznych i komercyjnych. Rozdźwięk między terminami spłaty tych zobowiązań sprawia, że banki są narażone na problemy, kiedy krótkoterminowi pożyczkodawcy w panice żądają zwrotu swoich pieniędzy. Aktywów trwałych nie da się bowiem szybko upłynnić bez panicznej wyprzedaży. Współczesne technologie finansowe jeszcze bardziej skomplikowały sytuację, ponieważ instrumenty pochodne potęgują problem niedopasowania terminów spłaty oraz obarczają nim jeszcze więcej podmiotów w sposób trudny nieraz do ustalenia. Kiedy wybucha panika, nawet banki centralne występujące w roli pożyczkodawcy ostatniej instancji nie potrafią łatwo rozplątać sieci transakcji i na czas zapobiec bankructwom banków upadających jeden za drugim jak kostki domina. Wszystko to można było zaobserwować w czasie paniki finansowej w 2008 roku, a wcześniej podczas upadku funduszu hedgingowego Long-Term Capital Management w 1998 roku.

BlackRock nie była obarczona żadnym z tych problemów. Zajmowała się po prostu zarządzaniem aktywami i niczym innym. Klienci powierzali jej swój majątek do zainwestowania. Po żadnej ze stron bilansu nie było jakichkolwiek zobowiązań. BlackRock nie potrzebowała deponentów ani funduszy rynku pieniężnego, żeby sfinansować swoją działalność. Nie musiała też tworzyć żadnych egzotycznych, pozabilansowych instrumentów pochodnych, żeby pomnożyć pieniądze klientów.

Klient po prostu wynajmował BlackRock, przekazywał jej swoje aktywa na podstawie umowy zarządu i płacił honorarium za doradztwo. Teoretycznie najgorszym scenariuszem dla BlackRock byłaby utrata klientów albo obniżenie honorariów. Mogłaby też spaść cena jej akcji. Firma nie mogłaby jednak paść ofiarą klasycznego runu na bank, ponieważ nie korzystała z krótkoterminowego finansowania swojej działalności i z dużej dźwigni. Firma BlackRock bardzo się różniła od banków, a jej działalność była znacznie bezpieczniejsza.

Powiedziałem: — Orientuję się w działaniach rządu. W Waszyngtonie rozumieją, że nie jesteście bankiem i nie ponosicie ryzyka związanego z finansowaniem. Chcą tylko informacji. Zamierzają umieścić was na liście SIFI, żeby w razie kryzysu mogli do was przyjść, pomyszkować, przyjrzeć się waszym inwestycjom i zdać sprawozdanie w Departamencie Skarbu. Połączą to z informacjami z innych źródeł. Dzięki temu będą mieli ogólny obraz sytuacji, jeśli trzeba będzie ugasić jakiś pożar. To może być nieprzyjemne i na pewno będzie kosztowne, ale możecie się na to zgodzić. To po prostu kolejny koszt dostosowania.

Moja rozmówczyni nachyliła się w moją stronę, zniżyła głos i powiedziała:

— Nie, nie o to chodzi. Z tym moglibyśmy żyć. Oni chcą mieć możliwość zakazania nam sprzedaży aktywów.

— Co takiego? — powiedziałem zdumiony. Usłyszałem jej słowa wystarczająco wyraźnie, ale ich treść była uderzająca.

— W razie kryzysu chcieliby móc zadzwonić do nas i wydać polecenie wstrzymania sprzedaży papierów wartościowych. Po prostu zamrozić naszą działalność. W zeszłym tygodniu byłam w tej sprawie w Waszyngtonie, a w przyszłym jadę na kolejne spotkania. Dobrze wiesz, że nie chodzi tak naprawdę o nas, tylko o naszych klientów.

Byłem zszokowany, choć nie powinienem. To oczywiste, że BlackRock jest tym punktem w globalnej sieci przepływu kapitału, w którym najłatwiej o blokadę. Fakt, że organy regulacyjne mogą kazać bankom zachowywać się w określony sposób, nie jest zaskakujący. Właściwie rząd może zamknąć banki niemal w dowolnym momencie. Ich zarządy wiedzą, że w konfrontacji z organami regulacyjnymi banki zawsze przegrywają, więc wykonują polecenia władz. Niemniej rząd nie ma jednoznacznej władzy nad firmami zarządzającymi aktywami, takimi jak Black Rock.

Przez BlackRock przepływa każdego dnia niewiarygodna ilość pieniędzy. Firma ta jest odpowiednikiem cieśniny Ormuz w świecie finansów. Gdyby ktoś zatrzymał przepływ ropy naftowej przez cieśninę Ormuz, światowa gospodarka stanęłaby w miejscu. Podobnie gdyby organy regulacyjne zatrzymały przepływ pieniędzy przez BlackRock, spowodowałoby to zastój na światowych rynkach.

W czasie paniki finansowej wszyscy chcą odzyskać swoje pieniądze. Inwestorzy wierzą, że akcje, obligacje i udziały w funduszach rynku pieniężnego można upłynnić za pomocą kilku kliknięć myszą na stronie internetowej firmy brokerskiej. W czasie paniki to niekoniecznie musi się udać. W najlepszej sytuacji wartość aktywów leci na łeb, na szyję, a „pieniądze” dosłownie rozpływają się w powietrzu na naszych oczach. W najgorszej sytuacji fundusze odmawiają umarzania udziałów, a brokerzy wyłączają swoje systemy transakcyjne.

Ogólnie rzecz biorąc, rządzący mogą na dwa sposoby zareagować na sytuację, w której wszyscy chcą odzyskać swoje pieniądze. Po pierwsze, mogą udostępnić pieniądz, drukując taką jego ilość, która zaspokoi popyt. To klasyczna funkcja banku centralnego jako pożyczkodawcy ostatniej instancji, chociaż należałoby raczej mówić o drukarni ostatniej instancji.

Po drugie, rząd może po prostu odmówić drukowania pieniędzy i zamknąć albo zamrozić cały system. To oznacza zamknięcie banków i giełd oraz zakazanie sprzedaży aktywów przez firmy zarządzające. Podczas paniki w 2008 roku rządy państw wybrały pierwszą opcję. Banki centralne drukowały pieniądze i wpuszczały je do obiegu, żeby przywrócić płynność rynków i podnieść ceny aktywów.

Teraz wygląda na to, że rządy w oczekiwaniu na następną panikę przygotowują się do zastosowania drugiego sposobu działania. Podczas następnego kryzysu rząd powie po prostu: „Nie, nie dostaniecie swoich pieniędzy. System jest zamknięty. Dajcie nam czas na uporządkowanie bałaganu; wkrótce się do was odezwiemy”.

Pieniądze, którymi obraca BlackRock, nie należą do tej firmy, tylko do jej klientów. BlackRock zarządza funduszami największych instytucji na świecie, takich jak chiński państwowy fundusz majątkowy CIC oraz CALPERS — kalifornijski fundusz emerytalny dla pracowników sektora budżetowego. Zamrożenie działalności BlackRock oznaczałoby zablokowanie możliwości sprzedaży aktywów przez Kalifornię, Chiny i inne podmioty państwowe na świecie. Amerykański rząd nie może zabronić Chinom sprzedaży papierów wartościowych. Ponieważ jednak Chiny powierzają swoje aktywa BlackRock, rząd może wykorzystać swoją władzę nad tą firmą, żeby zamrozić konto Chinom. Pekin dowiedziałby się o tym jako ostatni.

.Kontrolując tylko jeden ważny punkt przepływu pieniędzy — firmę BlackRock — amerykański rząd mógłby kontrolować aktywa największych inwestorów na świecie, pozostających normalnie poza jego jurysdykcją. Zamrożenie działalności BlackRock było śmiałym planem, o którym władze Stanów Zjednoczonych z całą pewnością nie zamierzały mówić otwarcie. Dzięki mojej rozmówczyni zamysł ten stał się dla mnie całkiem jasny.

James Rickards
Fragment książki “Droga do ruiny. Tajny plan globalnego kryzysu finansowego”, wyd.polskie Helion/OnePress. POLECAMY w wersji eBOOK i PRINT: [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Dodaj komentarz

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z