
Zmierzch dyplomacji
Nie ma co do tego dwóch zdań: w tym nowym świecie ambasady, ambasadorzy i zawodowi dyplomaci, ze swoją kindersztubą, ukończonymi akademiami dyplomatycznymi i profesjonalną dyskrecją, są coraz bardziej oczywistym przeżytkiem – pisze Jan ROKITA
.Przeglądnąłem ostatnio – w zasadzie przypadkiem – „Tracker Ambasadorów” publikowany w sieci przez Amerykańskie Towarzystwo Służby Zagranicznej (AFSA) i z zaskoczeniem zauważyłem, iż USA nie obsadzają coś ok. połowy stanowisk swoich ambasadorów w obcych krajach. I tylko w nielicznych przypadkach wynika to z przewlekłych procedur zatwierdzania szefów placówek dyplomatycznych albo z politycznych konfliktów na linii prezydent – Kongres USA.
Lwia część ambasadorskich wakatów bierze się po prostu z tego, że Departament Stanu i Biały Dom najwyraźniej nie widzą powodu, aby zawracać sobie głowę kwestią, która z perspektywy amerykańskich interesów wydawać się musi drugo-, jeśli nie trzeciorzędna. Czasami za owymi wakatami stoi polityczna premedytacja, jak w przypadku obłożonej sankcjami Rosji czy wrogiej Wenezueli, gdzie Ameryka dąży do obalenia komunistycznego reżimu.
Ale szefowie amerykańskiej polityki zagranicznej w ciągu niemal roku od objęcia władzy przez Donalda Trumpa nie zadali sobie też trudu, aby choć znaleźć kandydata i rozpocząć procedurę nominacyjną ambasadorów w takich państwach, kluczowych dla amerykańskiej polityki i interesów USA, jak choćby Niemcy, Korea Południowa, Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Pakistan. Z każdym z tych krajów w ciągu ostatniego roku Waszyngton utrzymuje ożywione kontakty polityczne, a sam prezydent rozmawia z ich przywódcami i nawet składa im wizyty, organizowane niekiedy z prawdziwym rozmachem (jak w Arabii Saudyjskiej). Rzecz chyba tylko w tym, że ani prezydent, ani sekretarz stanu nie potrzebują już do tego celu nie tylko ambasadorów, ale w ogóle całego systemu klasycznej dyplomacji.
.Ameryka nie jest w tej mierze przykładem odosobnionym. Unia Europejska coraz mocniej ścieśnia personel swojej Służby Działań Zewnętrznych, tworzonej w sumie nie tak dawno, bo zaledwie półtorej dekady temu, z wielkim naonczas entuzjazmem na przyszłość.
Co najmniej dziesięć unijnych ambasad (zwanych nie wiedzieć czemu „delegaturami”) objętych jest właśnie redukcjami zatrudnienia. A przecież w wizji twórców traktatu lizbońskiego, który powoływał do życia unijną służbę dyplomatyczną, miała ona stanowić istotny czynnik budowy nowego, lepszego świata, propagując na całym globie ideał demokracji, a przy okazji budując sławną „miękką siłę”, z jaką Unia miała oddziaływać na świat. Ale dziś po tamtych nadziejach nie ma nawet śladu, a znaczenie unijnych dyplomatów w praktyce z roku na rok maleje, może z wyjątkiem takich stolic, jak Kijów, Kiszyniów czy Belgrad, gdzie hipotetyczne członkostwo w Unii i unijna pomoc są ciągle kluczowymi wątkami tamtejszej polityki. W ciągu obecnego roku również Wielka Brytania przystąpiła do cięć liczebności swego personelu dyplomatycznego, docelowo aż o ¼ (to niemal pogrom brytyjskich dyplomatów), a Niderlandy zmniejszają finansowanie swojej dyplomacji o 10 proc., zamykając zarazem pięć swoich zagranicznych placówek.
Wydaje się, że tym razem mamy do czynienia z trendem prawdziwego zmierzchu dyplomacji, a nie tylko jakąś koincydencją zdarzeń w różnych krajach, albo koniecznością cięć budżetowych. A w każdym razie ów trend jest z pewnością widoczny w państwach demokratycznego Zachodu, gdzie w obliczu szybkich przemian kultury politycznej klasyczna dyplomacja staje się anachroniczna, a być może nawet zbędna. Przede wszystkim z powodu rewolucji w kulturze politycznej komunikacji.
Jeśli przywódca jednego kraju albo minister spraw zagranicznych ma interes do swojego odpowiednika w innym kraju, to robi dziś to tak samo, jak już od lat robi to każdy z nas, chcąc się z kimś skomunikować: bierze smartfon i łączy się albo wysyła SMS-a. I jeśli otworzymy dziś jakąkolwiek telewizję czy portal informacyjny, to łatwo natkniemy się na zdjęcie Macrona, Merza albo Zełenskiego ze smartfonem przy uchu.
Nie tak dawno media obiegła charakterystyczna anegdotka i towarzyszący jej filmik z Nowego Jorku, pokazujący, jak Macron, którego auto policja zatrzymała na ulicy z powodu planowanego przejazdu kolumny prezydenta USA, dzwoni z poczuciem humoru na komórkę do Trumpa, aby mu się osobiście poskarżyć, a przy okazji – co najciekawsze – na nowojorskiej ulicy, przeciskając się między stojącymi autami, wszczyna z Trumpem rozmowę na temat warunków pokoju na Ukrainie. Anegdota jest przednia, a morał, jaki z niej płynie, jest taki, iż dyplomatyczni pośrednicy stali się zbędni w załatwianiu spraw pomiędzy państwami.
Ba… dziś regułą stało się coś, co jeszcze jakieś dwie dekady temu było nie do pomyślenia: oto ambasador Francji w USA w ogóle nie wie, że jego prezydent gawędzi sobie z przywódcą Ameryki i coś może nawet z nim tam istotnego ustala. Albo też, że z szefem polskiej placówki w Waszyngtonie nasz prezydent w ogóle nie chce mieć do czynienia podczas wizyty w Białym Domu, bo obawia się, iż ów, jako wewnętrzny wróg polityczny, raczej może mu przeszkodzić niźli pomóc w tej podróży.
.Prawie nigdzie nie ma już takiej starej i dobrej praktyki, jak zapraszanie obcego ambasadora, aby przekazać mu poufne wieści dla przywódców jego kraju. Owszem, są jeszcze takie państwa, które kultywują obyczaj wzywania ambasadorów, jako manifestację wrogości. W tym równie starym zresztą obyczaju ambasador używany jest jako swoisty „słup ogłoszeniowy”, któremu niższej rangi urzędnik MSZ odczytuje jakiś tam list protestacyjny; w Polsce w ten sposób zwykło się wzywać ambasadora rosyjskiego po każdej kolejnej moskiewskiej prowokacji.
Najbardziej delikatne sprawy międzynarodowe załatwiane są na WhatsAppie, co mogliśmy dopiero co zaobserwować w rosyjsko-amerykańskich rozmowach na temat pokoju na Ukrainie, toczonych przez dwóch kluczowych wysłanników Kremla i Białego Domu – Uszakowa i Witkoffa. Skutek takiej praktyki jest oczywisty: nie ma już żadnej gwarancji dyplomatycznej dyskrecji. Krótko po owej rozmowie nie tylko jej pełny zapis, ale nawet nagranie ma agencja Bloomberga, która publikuje ją in extenso. Witkoff ma kłopot, bo rozmowa jest dlań nieco kompromitująca.
Kto nagrał taką rozmowę i przekazał ją Bloombergowi? Tego my wiedzieć nie możemy, ale był to z pewnością ktoś, kto chciał wywrócić do góry nogami rozmowy pokojowe. No i miał technologiczną możliwość słuchania i nagrania rozmowy obu panów. W każdym razie wszystko to nie ma już żadnego związku z klasyczną dyplomacją, której naturą i racją bytu była od wieków poufność rozmów, łamana jedynie przez szpiegów, karanych za to zazwyczaj śmiercią.
Nie ma co do tego dwóch zdań: w tym nowym świecie ambasady, ambasadorzy i zawodowi dyplomaci, ze swoją kindersztubą, ukończonymi akademiami dyplomatycznymi i profesjonalną dyskrecją, są coraz bardziej oczywistym przeżytkiem. Prezydentura Donalda Trumpa także w dziedzinie stosunków międzynarodowych przyspieszyła głęboką przemianę dotychczasowych form i obyczajów polityki.
.I nie dziwota, że w tej nowej rzeczywistości każdy przywódca państwa woli przecież spotkać się i rozmawiać o wojnie i pokoju ze starym kumplem prezydenta USA, z którym ów przez długie lata robił interesy w nowojorskich nieruchomościach, niźli mieć do czynienia z jakimiś nikomu niepotrzebnymi zawodowcami od dyplomacji, którzy o polityce niewiele wiedzą, a już na pewno nic od nich nie zależy. A dyplomatyczna dyskrecja? No cóż, postęp technologii zabija ją właśnie na naszych oczach.




