Jan ŚLIWA: Infiltracje, chińskie i nie tylko

TSF Jazz Radio

Infiltracje, chińskie i nie tylko

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Jeżeli Brazylijczycy nam strzelą trzy bramki, to jest przykre, ale nie jest niesportowe. Jeżeli jednak będą łamać kości naszym zawodnikom i przepłacą sędziego, to co innego. Chiny na rozmaite sposoby oddziałują na świat Zachodu, robią to w skoordynowany sposób, ich wpływ rośnie. Czy powinniśmy stawić im czoła, czy do tego jeszcze się na nich obrażać? – pyta Jan ŚLIWA

Po pierwsze: kto to my? Czytając amerykańskie książki, możemy się wczuć w rolę Amerykanów, ale nie zapominajmy, że to Amerykanie są Amerykanami, a nie my. Przy całej sympatii, jesteśmy przedmiotem ich gry, o czym miewaliśmy okazję się przekonać. Optymalnie powinniśmy się zastosować do chińskiej rady „Siądź na wzgórzu i patrz na walczące tygrysy” (坐山观虎斗, Zuò shān guān hǔ dòu). Czy tak można? Za prezydentury Trumpa byłoby jasne: albo-albo. A teraz zobaczymy, ale załóżmy roboczo, że konflikt trwa i gramy w tej samej drużynie.

Tu uwaga: przy ewentualnej zmianie prezydenta sytuacja emocjonalna Ameryki ulegnie totalnemu rozchwianiu. Niektórzy szykują już listy proskrypcyjne trumpistowskich kolaborantów, trzeba będzie zaprzeczyć całej jego polityce. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak długo to potrwa i jak się skończy.

Początek książki Goldmana podkreśla, że Chin nie wolno lekceważyć. Może i kradną technologie, ale je twórczo rozwijają, nie ukrywają swoich ambicji wyjścia na pierwsze miejsce, rozbudowują flotę, chcą juanem wyprzeć dolara. A przede wszystkim chcą być mocarstwem innowacyjnym i nie są to puste słowa. Chiny świadomie wybierają strategiczne kierunki: sztuczna inteligencja, telekomunikacja 5G (czwarta rewolucja przemysłowa), kryptografia kwantowa (my ich podsłuchujemy, oni nas nie). A Amerykanie raczej tylko wkładają kij w szprychy. Do tego cła na soję może i są ważne, ale nie na tym polu się toczy decydująca gra. Co gorsza, w Ameryce tylko 5 proc. studentów studiuje inżynierię, a w Chinach 1/3. Nie mówiąc o pracowitości i woli walki. Tego się nie da naprawić szybko.

Podobnie jak Goldman, nie skłaniam się do poddania się, przeciwnie – kubeł zimnej wody dobrze robi. Najgorzej jest przysnąć. Bo Chińczycy grają w chińskie szachy, go: na wielkiej planszy przesuwa się kamienie na odległych polach, pozornie bez związku, by przeciwnik zauważył, że jest osaczony, dopiero gdy jest już za późno. Również demonizacja (lub nie) partii komunistycznej jest jałowym tematem. Podobnie można analizować, czy w XVIII wieku angielska arystokracja reprezentowała całe społeczeństwo i przestrzegała praw człowieka. Odpowiedź brzmi „nie”, ale niczego to nie zmienia, gdy ich kanonierki wpływają do ujścia Rzeki Perłowej. Przerażają nas ofiary Wielkiego Skoku i Rewolucji Kulturalnej. Ale okrucieństwo to niestety chińska tradycja. „Demokratyczny” Czang Kaj-szek w 1938 r., by spowolnić pochód japońskiej armii, wysadził tamy na Żółtej Rzece, topiąc 900 000 własnych ludzi. Ale co my możemy z tym zrobić? Goldman sugeruje, by nie rozwiązywać cudzych problemów, raczej uznać komunistów za kolejną dynastię, tyle że z inną symboliką i retoryką. Zwłaszcza że kolor czerwony zawsze symbolizował tam szczęście i sukces, a złoty był kolorem cesarskim.

Przyjrzyjmy się więc tej chińskiej grze – detale oparte są tu na książce Hamiltona i Ohlberg. Chińczyków jest dużo, bardzo dużo. To im pozwala na grę na wielu frontach. Mają też dużo pieniędzy. Nie potrzebują kija – już taktyka marchewki i braku marchewki jest skuteczna. Zwłaszcza gdy ta marchewka jest słodka i soczysta. Do tego jest to gra skoordynowana, oparta na zasadzie jednolitego frontu. Wielu jest pozornie niezależnych graczy – przedsiębiorstwa, instytuty naukowe, chińscy badacze na zagranicznych uniwersytetach, chińska diaspora. Mają na tyle swobody, by mogli sensownie wykonywać swoje podstawowe zadania. Ale z tyłu biegną sznureczki do centrali i można za nie według potrzeby pociągać. I za Xi Jinpinga kontrola partii się wzmacnia. Tygrys nie jest już przyczajony, już rozpoczął swój skok.

W tym konfrontacyjnym nastawieniu świat został podzielony na strefy: czerwoną – bastion KPCh (bronić), szarą – pośrednią (szukać zbliżenia) i czarną – wrogą (unikać). Przypomina to dawną strategię partii wobec wsi: biedniaka popierać, średniaka przekonywać, kułaka zwalczać. Jednolity front nie jest tylko hasłem. Faktycznie z tyłu są instytucje, które działania koordynują. Dlatego informacje o słabościach zachodniego managera, jego stanie zdrowia i konta oraz podatności na pokusy cielesne zebrane w jednym kontekście mogą być wykorzystane w innym, na przykład przy negocjowaniu kontraktu. Chińczycy są mistrzami w magazynowaniu i klasyfikowaniu informacji oraz w profilowaniu ludzi, więc narzędzia takie mają swoją moc.

Wspomniana marchewka również daje wiele możliwości. Granty, stypendia, sute bankiety. Również schlebianie próżności – ty nas rozumiesz, możesz być kluczową osobą w nawiązaniu współpracy. Oprócz korzyści prywatnych dla firm pokusą jest olbrzymi rynek i tania, wykwalifikowana siła robocza. To może mieć cenę. Na przykład podporządkowanie się chińskim regułom filtrowania informacji lub umożliwienie dostępu do danych użytkowników, jak to miało miejsce w przypadku iCloud Apple’a. Niedługo potem Tim Cook, CEO Apple’a, otrzymał wysokie stanowisko na elitarnym uniwersytecie Tsinghua (Qinghua, 清华大学). Może to tylko zwykła współpraca, a może nagroda za przysługę. Autorzy opisują jeszcze liczne inne metody chińskich działań. Są produkcje filmowe, wielojęzyczne stacje telewizyjne i radiowe, instytuty Konfucjusza. Jest też wykorzystanie diaspory jako źródeł informacji i propagatorów pozytywnego obrazu Chin, zachęcanie posiadających obywatelstwo do włączania się w lokalne życie polityczne.

Jak to ocenić? Trudno demonizować każdy kontakt z Chinami jak spotkanie z diabłem. Niezbyt poważne są też oskarżenia o przedstawianie lukrowanego obrazu według partyjnej propagandy, pomijanie masakry na placu Tiananmen. W kursach angielskiego też nie ma okrucieństw wojny burskiej, a w kursach francuskiego wysłania Żydów na śmierć i tortur w Algierii. Są raczej Wielkie Bulwary i zamki nad Loarą. Pamiętam z młodych lat miesięcznik „Ameryka”, na papierze kredowym, z nowymi zdjęciami z Księżyca. Tylu o niego pytało, że w gliwickim Empiku napisano: „Ameryki nie ma”. Mówią, że zimną wojnę wygrały nie tyle rakiety, ile dżinsy, Coca-Cola, rock i Hollywood. I każdy szanujący się kraj chce stworzyć w świecie grono przyjaciół, jak Niemcy i Francja. Na spotkaniach Alliance Française nie czuję się członkiem agentury, ale moje sympatie to też ich inwestycja. Cudza diaspora wydaje się sitwą, ale sami chcemy przecież zaktywizować Polonię. Cudzy jednolity front nas przeraża, ale sami nie lubimy, gdy sponsorowani przez państwo twórcy przedstawiają się jako ofiary dyktatury. Brudy (nasze) lepiej prać w domu.

Jednak już wspomniałem o bardziej zdecydowanych metodach chińskiego nacisku. Obserwowani są dobrze zapowiadający się politycy, wspomagane są ich kariery. Ich barwy partyjne nie grają roli, ważne, żeby byli przyjaźnie nastawieni, gdy osiągną sukces. Podobnie można rozpracowywać elity intelektualne. Mając wpływy gospodarcze, można karać instytucje mówiące za dużo o Tajwanie, Hongkongu, Tybecie i Sinkiangu. W zachodnim think tanku można wpłynąć na zmianę kierownictwa i treść publikacji. Podczas gdy Amerykanie wycofują się z organizacji międzynarodowych, Chińczycy chętnie wkraczają na ich miejsce. Chcą też intensywniej w gremiach technicznych wpływać na proces tworzenia standardów. Można się na to oburzać, ale widać u nich przemyślaną politykę i koncentrowanie się na sprawach istotnych.

Chińczycy mają opanowane sposoby psychologicznego rozmiękczania przeciwnika, budowanie sieci wpływów nawet bez świadomej decyzji pozyskiwanej osoby. Przejęli wiele sowieckich taktyk wojny hybrydowej, ale mają o wiele więcej pieniędzy oraz gospodarczo i technicznie silne państwo z tyłu.

Dlatego praca na Zachodzie w laboratorium Huawei jest zawodowo i finansowo atrakcyjna, nie trzeba być miłośnikiem komunizmu. Można usłyszeć, że więcej jest komunistów na amerykańskim uniwersytecie niż w Chinach, a komitet centralny to klub milionerów. Chińczycy mają też o wiele więcej ludzi. Mogą wobec tego w wielu krajach stawiać na młodych polityków z wielu opcji. Mogą produkować atrakcyjne filmy akcji. Ich produkty nie są siermiężne. Dzięki tej liczbie maszerują jak rzymskie legiony, u których nie liczyła się tak indywidualna waleczność, jak dobre zaopatrzenie, dyscyplina i zgrana formacja.

Działa też chciwość: przenosząc produkcję razem z know-how, Zachód osiąga krótkotrwałe zyski kosztem strategicznej katastrofy. Zwłaszcza w Ameryce presja na dobre kwartalne wyniki jest destrukcyjna. Rozsądni ludzie apelują o dalekosiężne programy rządowe w strategicznych dziedzinach, z długotrwałym finansowaniem federalnym, jak program Apollo. Jeżeli Ameryka przegra wyścig technologiczny, to przejdzie ostatecznie w fazę schyłkową.

Kolejny raz: nie chodzi o akceptację porażki i depresji, lecz o impuls do działania. Oczywiście nie tylko dla Ameryki. A jakimi problemami zajmuje się Unia Europejska? „Czy wegańskie burgery można nazywać burgerami”, czyli lex Spurek. Polska arena polityczna nie lepsza, można tylko siąść i płakać.

Dziś, gdy narasta konflikt z Chinami, byłby czas na zwieranie szeregów. Ameryka nie jest na tyle silna, by każdy senator prowadził prywatną politykę zagraniczną. Różnice zdań ułatwiają rozbijanie Ameryki, dają też możliwość wsparcia przyjaznego nastawienia subtelnymi formami sponsoringu. Z kolei publiczne dyskutowanie różnych opinii jest niezbędne dla demokracji. Ale to nie jest za darmo. Pamiętamy, że obok rozdyskutowanej Polski w XVIII wieku wyrosły monarchie absolutne z liczną, zdyscyplinowaną armią i klasą urzędniczą. Były światłe, wspierały naukę i technikę, jak dzisiejsze Chiny. I to one wygrały. A dzięki sponsorowanym filozofom miały dobrą opinię w paryskich salonach.

Dalszym elementem będzie rosnąca inwigilacja po „naszej” stronie. Poprzednia faza była konsekwencją zamachów na WTC i chęcią łapania terrorystów. Dziś jest to COVID. Mniej lub bardziej zabezpieczone aplikacje śledzą kontakty. Władza chciałaby wiedzieć, gdzie chodzą zakażeni, a gdzie się zbierają koronasceptycy. Tych z kolei zidentyfikuje Twitter, filtrując im wpisy i blokując konta. Medyczne big data (naprawdę) pozwala na lepsze poznanie wirusa. Można też się przyzwyczaić do wydawania dekretów i podejmowania szybkich i zdecydowanych kroków. To wszystko prowadzi do sinizacji społeczeństwa, bez wprowadzania komunistycznych symboli. Ale za wojny zawsze tak było. Czy COVID jest aż takim zagrożeniem, czy tylko pretekstem? Władza lubi władzę, łatwo się do niej przyzwyczaja.

Hugh Wilford The Mighty Wurlitzer: How the CIA played America (Harvard University Press, 2008).

Wojnę propagandową prowadzą wszyscy (może oprócz nas). W latach 50. CIA finansowo wspierała odpowiednich twórców, w Hollywood lepiej było przekazywać pozytywny obraz Ameryki. Dotyczyło to też kultury wysokiej: paryskie wykonanie Święta wiosny Strawińskiego przez Boston Symphony Orchestra w 1952 r., w obecności prezydenta i kompozytora, było sfinansowane przez CIA. Było to oczywiście odpowiedzią na analogiczne działania ZSRR – wspieranie organizacji pokojowych i postępowych twórców. Pieniądze CIA były przekazywane organizacjom studenckim, własnym i zagranicznym. Gdy z czasem erozji doznało poczucie zagrożenia i patriotyzm, dotacje te – zawsze potajemne – stały się wstydliwe, wręcz skandaliczne. I tu mamy różnicę – takie nastawienie jest w Chinach nie do pomyślenia.

I szczerze – każdy by tak chciał. Gdy słyszę, że Polska nie ma mechanizmów wpływania na sytuację na Białorusi (i to błąd), to znaczy, że też chcielibyśmy grać w tę grę. Więc zamiast narzekać, że świat nie jest dość moralny, i czekać, aż się poprawi, trzeba zrozumieć, w co gramy. Bo wyjść z tej partii się nie da. My nie musimy grać aktywnie, ale na pewno robią to inni. Nie muszą to być wcale Chińczycy.

.Patrzmy na fakty, nie na kolory. A dzieją się różne dziwne rzeczy. Jeżeli więc nagle się pojawiają z niczego agresywne i dobrze zorganizowane ruchy społeczne, skoordynowane z akcją z zagranicy, to dobrze jest się przyjrzeć, jaka jest sieć powiązań, kto inspiruje, czy nie płyną tam dziwne pieniądze. Is fecit cui prodest, na ogół. Wiem, pamiętam, Gomułka pytał: komu to służy, kto za tym stoi, na czyj młyn jest to woda. Te pytania wydają się śmieszne, ale wcale takie głupie nie są.

Jan Śliwa

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam