Jan ŚLIWA: Uśmiech Zofii. To fake or not to fake, czyli skąd się biorą newsy

TSF Jazz Radio

Uśmiech Zofii. To fake or not to fake, czyli skąd się biorą newsy

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

zobacz inne teksty autora

Wkraczam niniejszym na grząski choć fascynujący grunt publicystyki społeczno-politycznej. Będę się starał z codziennych przepychanek ekstrahować coś trwalszego. Z odpowiednio wysokiego punktu widzenia można dostrzec zjawiska ogólne, interesujące dla filozofa. Ale gorący spór ma też coś w sobie, zwłaszcza że czasy są ciekawe i będą jeszcze ciekawsze. Pozwoliłem sobie również na chwytliwy tytuł — bardziej precyzyjny, „Wybrane zagadnienia generowania i transmitowania informacji we współczesnych mediach”, wydał mi się zbyt suchy – pisze Jan ŚLIWA

.Zewsząd słychać wzajemne oskarżenia o generowanie fake newsów, o mylenie propagandy z dziennikarstwem, o zasklepianie się w bańkach informacyjnych. Jako filozofowie spójrzmy na problem z perspektywy historycznej — już starożytni Rzymianie… Od kiedy człowiek wymienia informacje, celem jest tylko po części podawanie obiektywnych faktów. Uważa się, że Swetoniusz w „Żywotach cezarów” bardziej dbał o barwną treść niż o rzetelność historyczną. Wpływ na to mogła też mieć wysoka śmiertelność niepokornych myślicieli za Nerona, Kaliguli i ich następców. Ciekawym przypadkiem jest Prokop z Cezarei. Pisał wielotomowe dzieła ku czci cesarza Justyniana, których nikt nie czyta, natomiast do dziś jest wydawana jego „Historia sekretna”, zawierająca pikantne szczegóły, zwłaszcza z początków kariery cesarzowej Teodory, która w skąpym stroju występowała w cyrku. Posiadamy dzieła tego samego autora podające przeciwstawne wersje tych samych wydarzeń. Zrządzeniem losu mamy obie wersje. Która jest prawdziwa?

Podobnie będą zdezorientowane nasze późne wnuki, gdy odgrzebią w archiwach YouTube audycje CNN i Fox News lub teksty „Gazety Wyborczej” oraz portalu wPolityce na te same tematy. Przyjrzyjmy się narodzinom i życiu informacji. Za dawnych, dobrych czasów istniało solidne dziennikarstwo — choć może to tylko legendy o złotym wieku, kto wie. Gdy w latach 70. ubiegłego wieku ktoś przywiózł z Zachodu egzemplarz „Timesa”, „Newsweeka” lub „Spiegla”, krążył on po znajomych, po czym był nabożnie odkładany na półkę. Na pewno zawierał dłuższe teksty — ludzie jeszcze czytali. Dziś „Times” jest zdominowany przez zdjęcia i infografiki, różnica jest widoczna gołym okiem. Prasa pisana boryka się z problemami finansowymi. Mam insider informations o „Neue Zürcher Zeitung”, jednym z pomników dziennikarstwa. Solidny, udokumentowany artykuł powstaje przez wiele dni, a zajmuje może stronę. Dziennikarz musi z czegoś żyć, ma wydatki. Przestaje się to opłacać. Niektóre teksty pisze się za darmo, za zaszczyt publikowania w takim tytule. Pojawiają się materiały sponsorowane — przynajmniej są oznaczone jako takie.

Wróćmy jednak do naszego obiektywizmu. Oczywiście wezmę za przykład teksty o Polsce (tu uważny czytelnik domyśli się moich poglądów — trudno).

Weźmy konkretny przykład. Jesienią 2015 r. Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, zapowiedział sensacyjną premierę — na scenie będą świństwa, jakich nie widziały świat i Korona Polska.

Stosunek płciowy live z czeskimi aktorami, bo nikt z Polski nie chciał tego wykonać. Pikanterii dodaje fakt, że w pewnych scenach występuje 9-letni chłopiec, ale od hardcore’u jest izolowany. Podobno. Tytułu, a zwłaszcza autorki sztuki prawie nikt nie zauważa. Podnosi się alarm, w telewizji wypowiada się wicepremier Gliński. Jako profesor używa zdań złożonych, dziennikarka przerywa mu co chwilę, profesor się denerwuje.

Mimo protestów sztuka wchodzi na scenę. Jeżeli wzbudza ferment intelektualny, to jedynie w kwestii, czy doszło do penetracji, czy też nie. Zdania są podzielone, stroboskopowe światło utrudnia rozstrzygnięcie.

I cóż mówią na ten temat szanowane media zachodnie? W CNN Fareed Zakaria w ramach swojej filipiki (a może jeremiady) mówi o atakowanej przez konserwatywny rząd sztuce noblistki Elfriede Jelinek. Używa sformułowania „stalinowska cenzura”.

Posługując się prawie identycznymi sformułowaniami, pisze o tym brytyjski „Economist”.

I tu pewnie połowa moich czytelników powie: „I bardzo słusznie, wszystko się zgadza!”. Moim skromnym zdaniem za bardzo się nie zgadza. Więcej — można o tym tekście powiedzieć: not even wrong, za dużo przekłamań, by polemizować.

Skąd się biorą takie teksty? Zakaria nie jest praktykantem, wie, co robi, zna wiele faktów, lecz widzi je przez swój pryzmat. Podobnie jak Chris Hedges, laureat Nagrody Pulitzera, który pisze o faszystowskich reżimach w Europie Wschodniej.

Czasem chodzi o konkretne interesy, jak w przypadku Anne Applebaum, żony Radosława Sikorskiego, również laureatki Pulitzera, która powtórzyła fałszywkę, że Marine Le Pen zamierza wspólnie z Kaczyńskim demontować Unię Europejską. Nie usunęła tego wpisu, nawet gdy było oczywiste, że to kłamstwo.

Bywa, że ograniczenia dociekliwości dziennikarskiej są narzucone z góry. Podczas pierwszej wojny irackiej Amerykanie, nauczeni doświadczeniami z Wietnamu, gdzie swobodnie poruszający się dziennikarze fotografowali poparzone napalmem wietnamskie dzieci i rannych American boys, zamknęli reporterów w centrach prasowych. Tam odczytywali im briefingi, a ponieważ na zewnątrz naprawdę było niebezpiecznie, reporterzy nie wystawiali nosa i przy braku nowości robili wywiady z kolegami.

Ale czasem dochodzi do tego zwykłe lenistwo. Jeżeli wszyscy wiedzą, że Kaczyński to dyktator, a Trump to drugi Hitler, takiej opinii oczekuje target gazety i jej redaktor naczelny, to po co drążyć? Można już przed wylotem mieć ramówkę artykułu, a potem uzupełnić tylko parę szczegółów. Reporter ma swoje kontakty w Warszawie, te same od lat, dające niesprzeczne informacje, i sprawa jest załatwiona. Podejrzewam, że wystarczą ze dwie zaprzyjaźnione redakcje i parę kawiarni w promieniu kilometra od skrzyżowania Alei z Nowym Światem, i za dzień mamy orientację w polskich sprawach. Wszyscy są zadowoleni.

W prasie niemieckojęzycznej jedyny pogłębiony artykuł czytałem w szwajcarskiej „Weltwoche”.

Nie dość, że dziennikarz pojechał do Rzeszowa, to jeszcze zamiast wyśmiewać baby fałszujące w kościele, naprawdę rozmawiał z ludźmi. Usłyszał o umowach śmieciowych oraz o nadziejach Smolara i jego sponsora Sorosa na opór przeciw władzy. Dowiedział się, że nadzieje te okazały się płonne. W porównaniu z typowymi tekstami produkowanymi metodą kopiuj-wklej miłe zaskoczenie. Chapeau bas! Niekonwencjonalnych tekstów jest więcej — ostatnio redakcja nawet pozwoliła sobie na inne spojrzenie na Turcję Erdogana.

„Weltwoche” to jednak w Szwajcarii czarna owca, ludzie na poziomie nie dotkną jej publicznie.

Oczywiście artykuł idący wbrew mainstreamowi jest trudniejszy, jeżeli autor nie chce się ośmieszyć. Wymaga solidniejszych badań, porównania źródeł, znajomości historii i kontekstu. Weźmy takie słowo naród. W audycji „Fakt ist” w niemieckiej telewizji niemiecki dziennikarz ze zgorszeniem mówi o narodowych mediach w Polsce, po czym Aleksandra Rybińska tłumaczy mu semantyczną różnicę pojęcia naród w obu językach i kulturach.

Ja moim znajomym rysuję oś czasu od końca XVIII wieku i zaznaczam krótkie odcinki, gdy Polska była niepodległa. Sama idea, by moja ojczyzna istniała nieprzerwanie od wieków i dbała o rozwój potęgi przemysłowej i morskiej, zamiast opłakiwać deportacje na Syberię, jest dla mnie abstrakcyjna. Z drugiej strony hymn Jeszcze Szwajcaria nie zginęła byłby paranoidalny.

Niektóre kraje oraz firmy (jak Facebook) chcą z urzędu ścigać fake newsy. Piękna idea, lecz kto miałby o tym decydować? W przypadku zachodniej Europy można się spodziewać zinstytucjonalizowanej politycznej poprawności, czyli z mojego punktu widzenia — cenzury.

Jak jednak rozpoznać informacje prawdziwe? Dobre pytanie, jak mówią zakłopotani Amerykanie. Problem polega na tym, że każdy widzi świat z własnej pozycji, filtruje go przez własne poglądy i żyje we własnej bańce informacyjnej. By wiedzieć z pewnością, które informacje są fałszywe i które z nich media rozpowszechniają, musielibyśmy znać prawdę obiektywną. Ale gdyby się dało podłączyć do strumienia prawdy obiektywnej, cały problem by nie istniał.

Osobiście do takiego rozróżnienia używam kombinacji logiki, wiedzy, intuicji i nosa. Patrząc jednak dalej, możemy zauważyć, że pytanie „Co to jest właściwie zdanie prawdziwe?” nie jest trywialne. Trywialny jest opis ruchu kamienia w polu grawitacyjnym. Ale już pytanie, kto nim rzucił, dlaczego i co z tego wynika, trywialne nie jest. O tym jednak innym razem. Podobnie jak o wpływie informatyki na wybory.

Jan Śliwa

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam