Jan ŚLIWA: Paszporty szczepionkowe - podejdźmy do sprawy spokojnie Jan ŚLIWA: Paszporty szczepionkowe - podejdźmy do sprawy spokojnie

Paszporty szczepionkowe - podejdźmy do sprawy spokojnie

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Przy zaniku tradycyjnej wiary można uwiecznić siebie w roli demiurga kształtującego nowy świat i nowego człowieka. Z Billem Gatesem spotyka się często Anthony Fauci, doradca prezydenta Bidena, oraz Tedros Ghebreyesus, dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia. Czy to spisek, czy ratowanie świata? Z zewnątrz trudno odróżnić – pisze Jan ŚLIWA.

.Temat ochrony danych był przed laty gorący, ostatnio zaczął przygasać. Nagle odżył z całą mocą – w związku z kwestią paszportów szczepionkowych. Paszporty te rozdzieliłyby ludzi na dwie klasy, dla których obowiązywałyby różne prawa i przepisy. Logika przemawiająca za tym jest taka, że epidemia jest prawdziwym problemem, podstawą rozwiązania jest szczepionka, i zaszczepieni – jako odporni – chcieliby żyć normalnie. A niezaszczepieni byliby traktowani jako źródło zagrożenia, ewentualnie jako jednostki aspołeczne.

Aby to działało, trzeba wiedzieć, kto jest kim, do tego powinno to być łatwo sprawdzalne, stąd idea elektronicznego paszportu szczepionkowego. Z oczywistych przyczyn sprawa ta budzi ogromne emocje. Po pierwsze, szczepionki dotyczą ciała i zdrowia, które chce się mieć pod kontrolą. Po drugie, gromadzone dane są bardzo osobiste. Po trzecie, decyzje podejmowane w oparciu o te dane dotyczą podstawowych wolności, np. swobody poruszania się.

Spróbujmy ocenić to na spokojnie, bo łatwego i jednoznacznego rozwiązania ten problem nie ma. Podobne dylematy występują w przypadku badań medycznych. Chcemy mieć lek przebadany starannie, ale jeżeli jest dobry, powinien być dostępny jak najszybciej. Nie chcemy „doświadczeń na ludziach”, ale wyniki będą wiarygodne, jeżeli próbka będzie duża, a połowa pacjentów dostanie placebo. Chcemy chronić dane własne, ale od innych chcemy kompletnych, by statystyka była miarodajna. Podobnie rozumowali antyszczepionkowcy: nie wezmę tego świństwa, zanim nie zobaczę danych dla dużej liczby (innych). Chcę znać skutki długotrwałe, a w międzyczasie, no, nie wiem.

Rozkładając problem na elementy, możemy postawić następujące pytania:

  • Na czym polega problem etyczny: jacy są aktorzy i jakie są ich interesy?
  • Czy mamy do czynienia z autentycznym zagrożeniem?
  • Czy szczepionka jest skuteczną metodą walki z chorobą?
  • Czy szczepionka / test / przebyta choroba są pewnymi kryteriami braku zagrożenia?
  • Co z nieszczepionymi (niechętni, dzieci, poważnie chorzy, kobiety ciężarne)?
  • Czy niezawodny międzynarodowy system jest technicznie wykonalny?
  • Jakie decyzje miałyby być podejmowane na podstawie zgromadzonych danych?
  • Kto ustala reguły: rząd i eksperci czy demokratyczne społeczeństwo?
  • Jakie są ukryte interesy i jak im przeciwdziałać?
  • Czy system jest dla określonego celu, czy bezterminowy, z rozszerzanymi zastosowaniami?
  • Czy system może być wykorzystany do kontroli społeczeństwa przez rządy i korporacje?

Władza, państwo, wspólnota i informacje

.Aktorami w tej grze są jednostki, które chciałyby wreszcie normalnie żyć. Problem w tym, że mają różną ocenę sytuacji. Jedni chcą zlikwidować wszelkie ograniczenia, inni też, ale nie chcą mieć obok siebie roznoszących wokoło zarazki. Pierwsi uważają, że zagrożenie jest przereklamowane, a strach ma podporządkować społeczeństwo i napędzić rynek na niepotrzebne (a jak potrzebne, to nieskuteczne) szczepionki. Znają ludzi, którzy tę grypkę lekko przeszli. Drudzy znają ciężko chorych i zmarłych, chcą wreszcie mieć to za sobą. Wierzą, że choć szczepionka nie jest doskonała, to jest w tej chwili najlepszą metodą walki. Zaszczepili się, zrobili swoje, nie chcą być obciążani cudzą wolnością. Chodzi więc nie tyle o stosunek państwo – obywatel, ile o relacje międzyludzkie.

I tu wkracza do akcji państwo opiekuńcze. Dobre dziesięć lat temu gorącym tematem było connected health: implantowane sensory badające ciągle stan zdrowia, alarmujące na podstawie zaburzeń EKG o stanie przedzawałowym, zanim pacjent cokolwiek poczuje, automatycznie informujące szpital o zagrożeniu. Napisałem wtedy artykuł Do We Need a Global Brain? [LINK], w którym dywagowałem na temat perspektyw takich systemów. Obawiano się wtedy hakerów i totalitarnych dyktatur. Ja zastanawiałem się nad państwem (nadmiernie) opiekuńczym, inspirowanym platońską ideą rządów filozofów.

Szlachetni badacze ekstrahują z danych wiedzę, uczciwi przywódcy podejmują mądre decyzje, a świadomi obywatele się do nich stosują. Wiedza daje władzę, mądra władza służy dobru wspólnemu. Życie jest jednak inne. Badacze dbają o swoje kariery, przywódcy zbierają punkty przed wyborami, a rozemocjonowani obywatele poddani są propagandzie ze wszystkich stron.

Dalszymi graczami są firmy farmaceutyczne, media, koncerny technologiczne. Nad tym wszystkim ma zapanować państwo, z ograniczoną wiedzą i umiejętnościami, załóżmy, że z dobrą wolą. Musi ono coś zrobić.

Musi? Zapytajmy więc, czy w ogóle mamy problem. Opinie są rozbieżne, zależnie od tego, czy kogoś COVID-19 dotknął osobiście. Załóżmy roboczo, że tak. Wszelkie oceny, że śmiertelność nie jest zbyt wielka, muszą uwzględniać to, że ciągle przeciwdziałamy rozprzestrzenianiu się choroby. Bez zastosowanych środków ostrożności śmiertelność byłaby większa. I nie zapominajmy o postępie geometrycznym: choroba niezlikwidowana w zarodku może się rozlać w sposób niekontrolowany.

Dalej: czy szczepionka jest rozwiązaniem? To skomplikowane. Wyniki w krajach o wysokim stopniu zaszczepienia sugerują, że tak. Ale ciągle wymaga to obserwacji. Jak pewna jest odporność? Jak długo trwa? Czy uodparnia tylko zaszczepionego, czy utrudnia również przenoszenie choroby? Jak jest skuteczna wobec nowych mutacji? No i jakie są skutki uboczne? To wszystko są uzasadnione pytania.

Ale jak ktoś mi rozemocjonowanym głosem mówi, że szczepionka jest odpowiedzią na wirusa z Wuhan, którego już dawno nie ma, wobec czego jest całkowicie bezwartościowa, to mam z tym problem. A gdy jeszcze chce Norymbergi dla decydentów, to się wyłączam. Po latach oskarżeń o faszyzm i putinizm odczuwam nadmiar wielkich słów. Podobnie ciężka artyleria wytoczona przeciwko czemuś tak trywialnemu jak maseczki zdeprecjonowała w moich oczach stronnictwo wolnościowców. Profilowanie się przez podkręcanie emocji, nabijanie klikalności przez ostre sformułowania – uważam za kontrproduktywne. Co znowu nie znaczy, że sensowne pytania nie powinny zostać postawione.

Paszporty ułatwiające życie – bez przymusu szczepienia

.Wróćmy do naszych paszportów. Wymagań, kontroli i rejestracji nikt nie lubi. Jednak i tak jesteśmy masowo inwigilowani. To słaba pociecha, ale tak jest. Szpiega mamy w kieszeni. Wiadomo, gdzie się poruszam, co oglądam, komu nagadałem na Twitterze. Po zamachu na Bliźniacze Wieże przyzwyczailiśmy się do zdejmowania butów na lotnisku.

Akceptujemy, że nie każdy może prowadzić samochód, również z powodów zdrowotnych, niezawinionych przecież przez kandydata. Niektóre atrakcje w wesołym miasteczku nie są zalecane dla osób z chorobami serca. Przy wyjeździe do krajów tropikalnych wymagane są szczepienia. Człowieka ewidentnie chorego nie wpuszczą z innymi pasażerami do samolotu. Dlatego podejdźmy do sprawy spokojnie.

Paszport ma ułatwić życie ludziom zaszczepionym. Dokładnie mówiąc, warunkiem wystarczającym jest też niedawny test (kilka dni) lub przebyta choroba. Formalnie więc nie ma przymusu szczepienia. Nie wszyscy też mogą poddać się szczepieniu (ciężarne kobiety, alergicy, ciężko chorzy), dla dzieci szczepienia nie są przewidziane. Przebyta choroba jest przypadkiem rzadkim, zostają testy. Ich wyniki mają rozrzut, ponadto ich ważność jest krótka, 2–3 dni. W niektórych krajach (UK, Dania) mówi się o regularnych testach dwa razy w tygodniu. Pomijając koszty, może to prowadzić do chaosu.

Zakładając, że paszporty te miałyby służyć głównie do umożliwienia podróży, można zadać kolejne pytania: a co z przesiadką i kilkudniowym tranzytem? Co z przejściami drogowymi? I co właściwie z pobytem – testowanie na okrągło w kraju docelowym? Czyli nie można wsiąść w samochód i spontanicznie objeżdżać miasteczek Toskanii. Widać, że mamy przed oczami pewien przypadek idealny, a wyjątków jest cała masa.

Wniosek jest taki, że testy ze względu na krótkotrwałość są naprawdę niepraktyczne. Zostają więc szczepionki. Efektywnie prowadzi to do wykluczenia komunikacyjnego pewnych grup. Można powiedzieć, że podczas wojny podróżowanie też było niemożliwe, ale nie mamy do czynienia z wojną. Szczepionki mają ograniczoną ważność. A co potem? Systemy takie mają tendencję do samoprzedłużania się w nieskończoność. Wygląda to na abonament szczepionkowy. Nie chcę sugerować niczyjej złej woli, ale daje to firmom wygodne stałe źródło dochodów.

Na marginesie wypadałoby zapytać, co z pasażerami łodzi z Afryki wyprawianymi przez dobrych ludzi i wysadzanymi bez pytania na włoskim wybrzeżu. Podobnie – co robić z tańczącymi i nieprzestrzegającymi żadnych przepisów chasydami? Ten sam problem jest z dzielnicami europejskich miast, opanowanymi przez muzułmanów lub anarchistów, gdzie policja niechętnie się zapuszcza.

Pytania o zasady funkcjonowania przepustki do lepszego świata

.Jako inżynier zastanawiam się też nad szczegółami implementacji, bo jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. Na jakich danych ma się opierać certyfikat? Mówi się o szczepieniu, niedawnym teście i przejściu choroby. Informacja powinna zawierać typ szczepionki, najlepiej z numerem szarży produkcyjnej (lot number), by wiedzieć, co dokładnie zostało podane. Reguły (np. czas ważności) mogą zależeć od typu, bo nie wszystkie są takie same. Może się też okazać, że omyliliśmy się w ocenie konkretnej szczepionki i dynamicznie należy zmienić kryteria oceny. Również test testowi nierówny. Co z testami, które można zrobić samemu? Prawdopodobnie mają sens tylko jako prywatna orientacja, bo uznawane dane musiałyby być wprowadzane przez autoryzowane podmioty. To samo dotyczy szczepionki. Jak to zorganizować, by punkty szczepień mogły wprowadzać dane do aplikacji? Co z przeniesieniem danych już zaszczepionych pacjentów?

Dalej – kto definiuje format danych i reguły? Francja ruszyła z projektem pilotażowym – czy inni się do niego dostosują? Jeżeli standardy mają być europejskie (a może światowe), będą definiowane przez wieki. Jeżeli każdy kraj będzie definiował to indywidualnie, może dojść do katastrofy z kompatybilnością, a ważnym celem są podróże, czyli respektowanie danych przez inny kraj. Dane magazynowane na komórce czy na serwerze (krajowym)? Jeżeli na komórce, to problemem będzie zgubienie i zmiana komórki. A jeżeli na serwerze, to mamy wszystkie problemy związane z ochroną danych oraz zachowującym prywatność odpytaniem bazy danych. Komórka służy jako wyświetlacz, za pomocą kodu QR – a jeżeli bateria się rozładuje w samolocie? Jak przyporządkować jednoznacznie komórkę do osoby? Jakie dane osobowe zawiera certyfikat? Kto może je obejrzeć? Co z wykluczonymi cyfrowo? W jakim języku ma być prowadzony dialog z użytkownikiem, jeżeli określone rozwiązanie w innym kraju jest standardem?

To tylko parę problemów na szybko, w celu pokazania, że decyzja o paszportach to nie jest proste „tak/nie”. A jeżeli aplikacje zrobi się na kolanie, to będą mało warte. Pasażer wylatujący z Warszawy jest przekonany, że ma wszystko w porządku, a maszynka w Reykjaviku mówi, że jednak nie, albo nie potrafi odczytać certyfikatu. A wtedy będzie do wyboru albo poddanie się maszynie, albo obchodzenie systemu, co go zdyskredytuje.

W dyskusji o światowej polityce szczepionkowej prędzej czy później pojawia się postać Billa Gatesa – czasem jako dobroczyńcy, częściej jako żądnego władzy demona. Oddemonizujmy więc nieco tę sprawę. Nie jest dziwne, że przedsiębiorca widzi z wyprzedzeniem dalekosiężne perspektywy. Nie jest też dziwne, że chce zarobić. Dotyczy to również firm farmaceutycznych. Gdyby produkcja leków nie przynosiła zysków, wycofałyby się z interesu i leków by nie było.

Nie dziwi też, że człowiek sukcesu – biznesmen czy polityk – zdecydowanie dąży do celu (i pomaga sobie łokciami). A co do wizji – słyszymy często, że Hitler też miał wizję. Każdy przywódca, który wie, czego chce, oskarżany jest o autorytaryzm. A oskarżają powszechni we współczesnym świecie, zwłaszcza w Unii Europejskiej, urzędnicy o błyskotliwości gogolowskich czynowników. Ale czynownik staje w postawie zasadniczej, gdy ma do czynienia z prawdziwą siłą, a tę mają dziś korporacje. Wszelkie próby zmuszania ich choćby do porządnego rozliczania dochodów i płacenia podatków kończą się marnie. O przywróceniu wolności słowa, zawłaszczonej przez anonimowe gremia, mało kto już myśli, zwłaszcza że kontrola mediów jest na ogół na rękę rządzącym.

Pokusa budowy lepszego wspaniałego świata

.Na przełomie XIX i XX wieku tytani biznesu zmieniali świat. Ford budował samochody, Rockefeller dostarczał dla nich benzyny, rząd federalny budował drogi. Dziś znów jednostki mogą sobie pozwolić na kupno mniejszych krajów lub propagowanie swojej wersji demokracji w połowie świata. To budzi pokusy. Przy zaniku tradycyjnej wiary można uwiecznić siebie w roli demiurga kształtującego nowy świat i nowego człowieka. Z Billem Gatesem spotyka się często Anthony Fauci, doradca prezydenta Bidena, oraz Tedros Ghebreyesus, dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia.

Czy to spisek, czy ratowanie świata? Z zewnątrz trudno odróżnić. W wąskim gronie, w pobliżu kurka z obfitym strumieniem pieniędzy, można wiele zdziałać. Ale łatwo zapomnieć o tym, że dobrze by było uszczęśliwianych zapytać o zdanie. Chociaż po co, skoro oni i tak niczego nie rozumieją. Jest to wielka władza i faktem jest, że potrafi ona oszołomić. Ateńczycy mieli na to ostracyzm, mogli wygnać z kraju kogoś, kogo tylko podejrzewali o dyktatorskie zamiary.

Ale bardziej niż dyktatura możliwy jest chaos. Osobiście nie wierzę w przygotowanie niezawodnego systemu w miesiąc (do czerwca), podczas gdy nie wiadomo, jak ma być wymieniana informacja ani jak ma być odczytywana – z komórki czy z papierowego certyfikatu w języku narodowym. Czy potrzebna jest specjalna aparatura? Jak miałaby być dystrybuowana? Jest wiele projektów pilotażowych – wątpliwe, czy będą ze sobą płynnie współpracować. Weryfikacja na granicy jest realistyczna – w kawiarni wątpliwa, przy wejściu tłumu kibiców na mecz trudna do wykonania. Kraje turystyczne chcą za wszelką cenę uratować tegoroczny sezon. Muszą ogłosić gotowość przyjęcia gości w porze rezerwacji wakacji. Podejrzewam, że będą sprawdzać, co się da, na resztę przymkną oko. W zeszłym tysiącleciu przy wymianie franków na liry potrzebowałem paszportu. Nie miałem go przy sobie. Urzędnik bez wahania wpisał numer 1234567890. Na papierze wszystko się zgadzało.

.Ale może, zwłaszcza na Północy, wygra pruska precyzja. Niezbędna jest więc otwarta dyskusja, oparta na wymianie argumentów, przedstawieniu scenariuszy oraz ról i zakresu uprawnień poszczególnych aktorów. Ważne jest, żeby nie kończyło się na konfrontacji blokującej wszelką krytykę władzy – ze stającym przeciwko niej zdesperowanym tłumem.

Jan Śliwa

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 6 maja 2021

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam