Wszyscy chcemy być native speakerami. Ciosy w ideę Akademii

Jędrzej STĘPIEŃ

Absolwent UAM, UW i SGH. Przedsiębiorca i nauczyciel. Prowadzi w Warszawie studio językowe Mentals.

zobacz inne teksty autora

Mówi się, że sztuką jest mieścić swoje myśli w 140 znakach, na które pozwala Twitter. Nikt nie wspomina jednak o tym, co daje rozwijanie ćwierknięć do dłuższej postaci. Ja ćwierknąłem pewnego razu tak: “Zła wiadomość: nienatywni nigdy nie opanują języka obcego jak natywni. Dobra wiadomość: można lepiej od nich rozumieć świat”.

Rozwijanie tej myśli – o co zostałem poproszony – zabrało mnie w podróż przez znane tematy: bolączki systemu edukacji, upadający uniwersytet i odradzające się zawodówki, tyle że od innej strony.

.Zacznijmy jednak od początku, czyli od wyjaśnienia dlaczego osoba rozpoczynająca naukę języka obcego nigdy nie opanuje go jak native-speaker. Przyczyna tego jest prozaiczna i leży w naszej biologii.

Mniej więcej w 12 roku życia ludzki aparat mowy przechodzi zmiany uniemożliwiające mu produkcję dźwięków z precyzją równą native-speakerom.

Do perfekcji opanować można gramatykę, pozjadać można też wszystkie słowniki, jednak od tego momentu fonetyka na zawsze będzie nas zdradzać i słychać będzie, że nie jesteśmy „swoi”.

.Irracjonalna ambicja by być jak native speaker, po części kreowana i podsycana przez rozmaite szkoły językowe, masowo zatrudniające natywnych lektorów, jest tylko chwytem marketingowym i iluzją. Wielokrotnie uczący nas lektorzy zza siedmiu mórz są ludźmi nie tylko nie posiadającymi odpowiedniego wykształcenia, lecz także ludźmi, którzy pomimo naturalnych umiejętności językowych, są osobami dużo mniej od nas widzącymi. Musimy zatem w tym miejscu bardzo uważać, by nie pomylić biegłości językowej z szybkością i przenikliwością myślenia.

Można mieć ograniczone zasoby słownictwa, niedostatki w znajomości gramatyki oraz naturalne problemy z wymową, ale nawet wtedy nasza konfrontacja z native-speakerem przypominać może kultową scenę z Indiany Jonesa, gdy wymachujący biegle mieczem Arab ginie od kuli wystrzelonej przez znużonego Harrisona Forda. Wyraźnie wydać zatem, że oprócz czystych umiejętności istnieje coś jeszcze. Rzecz w tym, że owe „coś jeszcze” tak bardzo zlało się w naszych głowach z umiejętnościami, że przestaliśmy je dostrzegać.

Konsekwencje tego stanu rzeczy są z gatunku najcięższych, włączając w to błędną ocenę celów szkolnictwa wyższego z upadkiem cywilizacji włącznie. Główną bolączką uniwersytetów jest w powszechnej opinii „niepraktyczność” studiów, które najwyraźniej przestały odpowiadać wymogom rynku pracy. W odpowiedzi na to, władze uniwersytetów tworzą coraz to nowe kierunki studiów, a do tych już istniejących, w akcie desperacji, wprowadzają coś, co chociażby z nazwy ma nosić znamiona czegoś praktycznego. Na kulturoznawstwie objawia się to na przykład oferowaniem studentom przedmiotów takich jak „dyplomacja” czy „rynki finansowe regionu x”. Mówi się o konieczności zwiększania współpracy biznesu z uczelniami wyższymi, wysyłaniu studentów na obowiązkowe praktyki i coraz odważniej także o wyborze szkoły zawodowej jako realnej alternatywie dla studiów wyższych.

Tak, sprawy zaszły tak daleko, że przestajemy widzieć różnicę pomiędzy zawodówką a studiami!

Wykształcenie traktujemy czysto instrumentalnie, jako funkcję umiejętności – wszyscy chcemy być native speakerami, wymachiwać sprawnie mieczem jak arabski napastnik u Indiany Jonesa.

Oszaleliśmy? Nie. Po prostu przestaliśmy odróżniać umiejętności od tego, co zwykło się nazywać poziomem.

Poziom człowieka różni się od umiejętności w sposób zasadniczy – jego wektor skierowany jest nie wzwyż lecz do wewnątrz. Możliwe jest zatem posiadanie doskonale rozwiniętych umiejętności, będąc osobą o niskim poziomie i vice versa. Dobrym przykładem drugiej sytuacji jest nauka języka obcego od podstaw przez osobę dorosłą. Przynajmniej w początkowej fazie nauki, poziom każdego człowieka przerasta jego umiejętności. Jest to mało komfortowa sytuacja, w której wie i rozumie się znacznie więcej niż jest się w stanie wyrazić. Do pewnego stopnia jednak, głębia osobowości jest w stanie przykryć niedostatki umiejętności. Dzieje się tak, ponieważ głębia znaczenia słowa zależy od tego kto je wypowiada. Człowiek niższego poziomu potrafi zdeprecjonować najbardziej nawet szlachetną ideę, podczas gdy człowiek wyższego poziomu nawet najbardziej banalnym słowom czy czynnościom nadać potrafi wyższą wartość. Stąd te same litery alfabetu u Goethego wyrażają coś zupełnie innego niż u Coelho, a na konferencjach naukowych wszyscy z zapartym tchem słuchają kaleczącego angielski hinduskiego informatyka, który wie jak napisać kod.

.To z czym mamy jednak często do czynienia dziś, to próba maskowania płytkiego poziomu wyemancypowanymi umiejętnościami. Efektem tego jest mnogość form wyrazu nie poparta żadnym głębszym sensem. Wystarczy spojrzeć zarówno na ilość kierunków uniwersyteckich jak i na półkę ze sprzętem elektronicznym – tysiące modeli oferujących mniej więcej to samo.

Poziom jest dla człowieka tym, czym dla drzewa są korzenie. Im głębiej sięgają, tym trwalsza i bujniejsza jego korona.

Nasza kultura przypomina dzisiaj drzewo o wybujałej koronie i bardzo krótkich korzeniach, które za chwilę albo się przewróci, albo uschnie, a my w obliczu tych zagrożeń nadal inwestujemy w jego koronę.

Dołączając do ślepej pogoni za umiejętnościami i źle pojętą innowacyjnością, akademia zadaje korzeniom, a poniekąd także sobie samej, jeden z najbardziej dotkliwych ciosów. Celem edukacji wyższej – nawet jeśli nigdy jawnie nie sprecyzowanym – od zawsze było bowiem pogłębianie poziomu człowieka. Robiono to nie po to, by po studiach więcej zarabiać, lecz po to, by rzeczy, za które absolwent się zabiera, wykonywane były z naciskiem na jakość. Dzisiaj resztki tego podejścia przejawiają co odważniejsi przedsiębiorcy, którzy w ucieczce przed bezrobociem, zanim ostatecznie wyjadą za granicę, otwierają najbardziej prozaiczne biznesy – jak piekarnie, czy sklepy spożywcze. Wiele z tych przedsięwzięć naznaczonych jest jakością, której na próżno szukać u większości absolwentów zawodówek, czy masowej edukacji wyższej.

.A teraz, wracając do języka i mojej myśli z Twittera: w istocie opanowanie języka obcego na poziomie native speakera, gdy jest się już dorosłym, jest niemożliwe, ale nie jest też potrzebne, by mimo wszystko komunikować zdania o niebywałej wręcz jakości. Szef z zagranicy specjalnie przyspiesza mówiąc do nas po angielsku? Nie dajmy się zwieść wymachiwaniem jego miecza. Odpowiedzmy tak, by zastrzelić go sensem.

Jędrzej Stępień

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

  • Post scriptum dodam jeszcze, że mania umiejętności zaślepia nas do tego stopnia, że wiele osób nie widzi dzisiaj sensu studiowania (męczenia się) przez 5 lat. Jestem przekonany, że gdyby nie partykularne interesy środowiska akademickiego (każdy rok to ileś tam dotacji z budżetu więcej), czas studiów zostałby już dawno ustawowo skrócony. Ludzki poziom ma jednak to do siebie, że potrzebuje czasu na to by stać się głębszym.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z
Przejdź do paska narzędzi