Europa zdolna do adekwatnej odpowiedzi
czy samorozbrojona i poddająca się terrorowi?

Jerzy POLACZEK

Poseł Prawa i Sprawiedliwości. Wiceprzewodniczący Sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych. W latach 2005-2007 minister transportu. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Pomysłodawca i założyciel Centrum Kreowania Liderów Kuźnia.

zobacz inne teksty autora

W samym sercu wspólnoty europejskiej dzieją się rzeczy, które dotąd były domeną odległych regionów… „szalonych i dzikich”. Zamachy w Paryżu i Brukseli (formalnej stolicy instytucji Unii Europejskiej, Paktu Północnoatlantyckiego) skutkują ogólnym zmieszaniem i zamieszaniem — organizacyjnym, informacyjnym i medialnym. Im bardziej dotychczas społeczność zachodniej Europy była przekonana o własnej stabilności, a przez to przekonana, że wojny, zarazy, terror i głód to przymioty krain i kontynentów odległych — tym większego szoku politycznego i społecznego doświadczyła.

.Kiedy jednak popatrzymy chłodnym okiem na to, co się wydarzyło i co się dzieje, i co według wszystkich znaków będzie się działo, bez emocji, to wyłania się inny obraz, inna rzeczywistość. I tam, gdzie wydaje się widoczny jedynie bezsens zabijania, pojawia się okrutna i bezwzględna logika zmagań pomiędzy światopoglądami.

Terror jako działanie tak nazwane wprowadziła w XVIII w. rewolucja francuska. Zwyciężyć i pokonać przeciwnika przez strach, który w nim wzbudziliśmy — to sedno tego pojęcia. Wyjaśniając, czym jest terror, i nie upraszczając zanadto, możemy powiedzieć, że:

— mamy co najmniej dwie strony sytuacji — w tym co najmniej jedną, która prowadzi wojnę albo, nazywając to lepiej, jest aktywną stroną konfliktu;

— pozostałe strony nie muszą wcale wiedzieć, że są stronami konfliktu, że są one obiektywnie i realnie w konflikcie, dopóki nie zostaną zaatakowane;

— głównym celem terroru jest nie tyle pokonanie przeciwnika siłą materialną, ile doprowadzenie do tego, by sam przed sobą uznał się za niezdolnego do sprzeciwu, do walki teraz i w przyszłości;

— terror ma rozbić solidarność przeciwnika, jego wewnętrzną spójność. Ma doprowadzić do atomizacji przeciwnika, do alienacji w jego obozie ideologicznym;

— terror to zarażenie strachem, który jest nie do przezwyciężenia. Strachem, który paraliżuje i odbiera wolę walki i oporu. To poczucie, że tylko kontrybucje, koncesje i na koniec kapitulacja mogą zmniejszyć ten strach.

Choć nazwa „terror” jest stosunkowo młoda, to metoda, która się za tym terminem kryje, jest bardzo stara. Jest stara jak ludzkość, jeżeli przyjmiemy, że konflikty i wojny istniały od samego początku i nie było żadnego „złotego wieku”. Tak samo środki zaradcze przeciw terrorowi są znane. Trzeba tylko po nie sięgnąć i adekwatnie je zastosować.

Im później zastosuje się lekarstwo, tym dłuższa terapia. Te grupy, które nie potrafią wyzwolić się z niewoli strachu, znikają z kart historii. Tracą tożsamość, przejmują ideologię strony przeciwnej i rozpływają się w niepamięci.

.A co z terrorystami? Otóż terroryści to niekoniecznie ci, którzy realizują terror. W mojej ocenie mamy tutaj pewne przesunięcie „znaczeń”. Terroryści prowadzą działania, które wywołują strach i zagubienie wśród społeczności. Ich celem jest najczęściej jednak nie całkowita kapitulacja przeciwnika, ale wymuszenie CZEGOŚ, np. uznania jakiejś ideologii za legalną albo uznania praw (prawdziwych lub wyimaginowanych) jakiejś grupy itp. Taki terror (terroryzm) przypomina coraz bardziej działania gangsterskie — wystarczy „zapłacić”, by mieć spokój. Czynnikiem wspólnym jest strach, ale najczęściej strona terroryzująca nie chce „zawładnąć” stroną terroryzowaną w stopniu całkowitym (terror rewolucyjny), tylko na razie chce wymusić PEWNE ustępstwa.

Jak te przywołane wyżej kwestie mają się do obecnego „terroru islamskiego” w zachodniej Europie? Pytanie pierwsze, które należy postawić, jest pytaniem o cel tych działań. Z jednej strony mamy ludzi inteligentnych, sprawnych technicznie, ale kiedy spojrzymy na dotychczasowe cele ich działań, to ma się wrażenie całkowitej ich obcości i inności. Czy chodzi o wprowadzenie szariatu dla społeczności muzułmańskiej w Europie? Ależ de facto w wielu miejscach wewnątrz „zamkniętych” dzielnic wspólnot funkcjonują nawet sądy szariackie. Czy może chodzi o przejście „niewiernych” na islam? Trudno sobie wyobrazić, by ktoś mógł być tak naiwny, aby spodziewał się, przy tym poziomie zobojętnienia metafizycznego, by zachodni Europejczycy i Europejki masowo przechodzili na islam i to w wydaniu dość wymagającym i radykalnym co do zasad życia codziennego.

Czy może chodzi o wymuszenie całkowitego wycofania się krajów europejskich z muzułmańskich regionów świata? Raczej nie należy spodziewać się takiego skutku. Reakcja jest wręcz odwrotna — gdy jest spokój, raczej nikt nie ma ochoty wysyłać żołnierzy w rejony niestabilne — nawet Amerykanie.

Chodzi o działanie z zemsty? Terror dla czystego terroru? Trudno w to uwierzyć. Postawmy raczej pytanie, czy jest jakieś „drugie dno”. Czyż nie może chodzić o wykreowanie przestrzeni dla nowego „kraju zbawcy”? Tego, który za pewne koncesje, ustępstwa i pieniądze zapewni Europie spokój?

.W takiej politycznej kalkulacji mamy tu co najmniej dwóch pretendentów, a może nawet trzech.

Pierwszym jest Rosja. Nie twierdzę, by bezpośrednio wpływała na zamachowców, ale znając z historii jej sposoby działania, poprzez wiele ogniw pośrednich jest w stanie indukować takie procesy, aby pojawić się w odpowiednim momencie jako wybawicielka naiwnego i durnego Zachodu, jak nie raz już było w przeszłości. Drugim pretendentem jest Turcja. Ta chce odbudować swoją potęgę na Morzu Śródziemnym i znowu stać się siłą rozgrywającą na Bliskim Wschodzie. Olbrzymia armia, tradycje imperialne, kraj pomiędzy Europą i Bliskim Wschodem. Powrót do chwalebnej przeszłości. Trzecim rozgrywającym może być tu Iran. Tutaj może nie chodzi o pomoc w poskromieniu radykalizmu sunnickiego, ale o pokazanie, że ich islam jest lepszy. Nie tak radykalny.

.Powróćmy do pytań o aktualną stabilność wspólnoty europejskiej. Owa stabilność nie jest jakoś wielowiekowa czy zakorzeniona w dziejach. Jesteśmy wszakże w Europie — na kontynencie okrutnych wojen, wielkich przewrotów, wielkich zbrodni i ludobójstwa. Europy niemieckich zbrodni w Auschwitz i sowieckich na Kołymie w minionym XX w. W ostatnich dziesięcioleciach na umysłach zachodnich Europejczyków dokonano swoistej lobotomii. Tam to, co było straszne w niedawnej historii, zostało wypchnięte, zinterpretowane i często zapomniane w przedziwny sposób.

Na to wszystko nałożono poczucie winy albo lepiej, chęć zadośćuczynienia za historyczny kolonializm. To w mojej ocenie zrodziło przyzwolenie na niekontrolowany najazd ludzi z obcych kultur, wrogo albo niechętnie nastawionych do krajów gospodarzy — nastawionych często roszczeniowo i agresywnie. W naszej wschodniej części Europy jest trochę inaczej. Z uwagi na tzw. żelazną kurtynę i kilkudziesięcioletni okres narzuconego komunizmu w inny sposób „gospodarowano pamięcią”. Mieszkańcy tej części Europy, w tym Polacy, mają poczucie krzywdy, a nie cechuje ich chęć ekspiacji, bo niby za co?! W Polsce nie mamy poczucia, że jesteśmy coś winni tym wszystkim, którzy pochodzą z odległych krajów i mają straszną ochotę skorzystać z naszego dostatku. Jakikolwiek by ten dostatek był.

W historii Europy stosowano terror jako środek walki politycznej. Ma on długie i niechlubne tradycje. Terror był traktowany jako narzędzie do osiągnięcia zrozumiałych celów — innymi słowy, gdyby jedna strona zrobiła „tak a tak”, to druga by odpuściła. Nie uderzano w anonimowy tłum, przypadkowych ludzi. Akt terroru był skierowany przeciwko wybranym i ten wybór był ważny. Nie byle jaki polityk czy urzędnik, ale TEN konkretny, znany z pewnych działań. Innymi słowy, była w tym wszystkim duża doza swoistej logiki i racjonalności. Ewidentnie lewicowy terror, zwłaszcza z lat 60. i 70. XX w., szybko wyalienował się od społeczeństwa i przestał być metodą walki politycznej — albo staczał się w kierunku zwykłego bandytyzmu poprzez wymuszenia okupu, albo przez zupełnie nierealne żądania, stawał się czymś w rodzaju zjawiska pogodowego, rzeczy często przykrej, ale trudnej do przewidzenia i irracjonalnej. Miał on jednak jedną cechę, która mimo wszystko pozwalała mieć nadzieję na jego zwalczenie metodami nie tylko siłowymi. Był to bowiem terroryzm własnego, europejskiego „chowu”.

.Terroryzm radykalnego islamu, który nam zagraża aktualnie w Europie, jest terroryzmem jak „8 pasażer Nostromo”. Nie jesteśmy w stanie dociec, jaki cel, niebędący w dysonansie do metod, przyświeca tym działaniom. Nie pochodzi on z wewnątrz Europy, jego baza ideologiczna jest mało znana albo zupełnie niezrozumiała. Ten typ terroru nie chce mediacji i nie stawia warunków. Jest to terroryzm oparty na społeczności i ideologiach przywleczonych do Europy z zewnątrz. A właściwie jego podstawę stanowi jedna ideologia — wynaturzony odłam islamu.

W Europie muzułmanie koegzystowali z chrześcijaństwem od wieków. W obu światach — chrześcijańskim i muzułmańskim żyły społeczności „strony przeciwnej” i nie powodowało to zasadniczo większych czy jakościowo różnych problemów niż z innymi mniejszościami narodowymi czy religijnymi. Dla nas w Polsce takim pozytywnym przykładem są Tatarzy, szanowana od wieków społeczność obywateli Rzeczypospolitej. Nasza wspólna koegzystencja trwa już 600 lat.

Z drugiej strony są jednak w Europie gracze polityczni, którzy coś chcą ugrać na tej sytuacji. Nie ci, którzy podkładają bomby i zabijają przypadkowe niewinne osoby, ale potencjalni nowi europejscy „szeryfowie”, którzy mówią wprost: możemy zmniejszyć wasz strach. Zrobimy za was tę brudną robotę — nie dopuścimy do was uchodźców, powalczymy z Państwem Islamskim. Jedyne, co chcemy to…

Dlaczego spotyka to Europę? Dlatego, że w przekonaniu europejskich elit jak mantrę powtarza się tezę o końcu wielu ideologii i końcu historii, podlaną sosem przekonania, iż wszystko można kupić i wszystko jest na sprzedaż. Dla przybyszów z Bliskiego Wschodu zachodni Europejczycy to ludzie bezideowi i tchórzliwi. Nie jest tu ważne, czy tak jest naprawdę, ale ważne jest właśnie to ich subiektywne odczucie.

.Co więcej, Rosjanin, Węgier czy niejeden Polak powie coś podobnego. Jest to cecha naszego oglądu świata zachodniego, w przeciwieństwie do trwałej dobrej oceny Stanów Zjednoczonych — przynajmniej w Polsce.

Europa Zachodnia od wielu lat unikała pewnych decyzji z powodu tzw. poprawności politycznej. Granicząca z głupotą pobłażliwość jej elit dla zachowań podważających tradycje europejskie, przede wszystkim te wywodzące się z chrześcijaństwa, jest wręcz powalająca. Wiara w sprawczą moc pozytywnych deklaracji — wszystkich tych „Je suis…”, akcji plakatowych i marszów poparcia — jest wręcz żałośnie nieadekwatna, a w istocie samorozbrajająca w stosunku do narastającego zagrożenia.

Każdemu aktowi terroryzmu towarzyszy szał medialny. Skutki każdego zamachu zostają w ten sposób zwielokrotnione psychologicznie, wzmocnione poprzez niekończący się show — wypowiedzi fachowców, przechodniów, polityków itd. Bez końca i bez proporcji. I w ten oto sposób dajemy terrorystom to, o co im głównie chodzi — nasz strach.

.Można zadać pytania, w jakim stopniu Polska jest narażona na ataki ze strony radykalnego islamu, oraz o to, czy w Polsce jest możliwa rodzima działalność terrorystyczna. Mimo że nie mam dostępu do materiałów klasyfikowanych, które wskazują na trendy i nastroje wśród społeczności i grup podatnych ideologicznie, postaram się wskazać na pewne punkty, które są w mojej ocenie istotne i ważne dla ogólnego obrazu sytuacji tu i teraz.

Działania terrorystyczne grup obcych, np. islamskich, są kosztowne. To nie jest tak, że wystarczy kilka groszy i kilku chętnych, aby takie działania przeprowadzić. Albo lepiej i ściślej — w większości wypadków mamy do czynienia z działaniami sieci i organizacji, a nie z działaniami samotnych wilków. Działania indywidualne, trudne do uchwycenia, pojawiają się albo na tle głównego konfliktu (który w Polsce nie występuje, ponieważ nie posiadamy mniejszości muzułmańskiej „zwartej” i zorganizowanej wokół ośrodków religijnych), albo jako wystąpienia prowokujące „pod fałszywą flagą” — w celu wywołania „właściwej reakcji”. Innymi słowy, ktoś o poglądach radykalnych — nieislamskich, chcąc zaindukować akcję przeciwko imigrantom, dokonuje ataku jakoby islamskiego. Jest jeszcze całe spektrum zachowań i działań z pogranicza normy psychicznej, które jednak, choć mogą spowodować reakcje katastrofalne, nie należą do właściwości opisywanego zjawiska.

W związku z kosztownością prowadzenia działalności sitaki terrorystycznej cele są dobierane tak, by efekt był jak najbardziej medialny — społeczność, w którą taki atak uderza, musi być istotna dla ośrodków decyzyjnych. Przeprowadzenie ataku w małej miejscowości w Europie Zachodniej czy w jakimś kraju dalekim od jej uznawanego centrum (Paryża, Londynu itd.) nie jest po prostu opłacalne. Koszty są prawie takie same, praca wywiadowcza trudniejsza (mniejsze społeczności sprzyjające), a efekt znikomy.

Jeżeli z jakichś względów nasz kraj jest uważany za „schowek” czy skrzynkę kontaktową dla różnych siatek, to nie będzie atakowany. Nie wiem, czy tak jest, ale być może jesteśmy lub będziemy, jak w latach 70. i 80., miejscem wygodnym do organizowania „spotkań”. Na uboczu, ale w centrum Europy. Jak dotychczas, w Polsce wskutek braku konfliktów nie ma grup, które chętnie by współpracowały z terrorystyczną siatką radykalnego islamu tzw. Państwa Islamskiego. Odmiennie w Europie — istnieje cały szereg radykalnych grup i ideologii, które w imię walki ze status quo, establishmentem, świadczą sobie nawzajem „usługi”. Potwierdziły to ostatnie tragiczne wydarzenia w Brukseli — swoisty pakt belgijskich służb z radykalnymi środowiskami islamu w tej politycznej stolicy Europy.

.Możliwe są za to działania obcych agentur „pod fałszywą flagą” w celu destabilizacji albo w celu modelowania sceny politycznej w Polsce. Np. Rosja działa tu długofalowo i bardzo cierpliwie. Jej ostatecznym celem jest odbudowa takiego stanu, w którym Polska nie będzie w zachodniej strefie wpływów. Jeżeli islamskie działania terrorystyczne mogłyby przesunąć Polskę na Wschód i zbudować obraz Rosji jako protektora i „obrońcy wartości”, to należy być czujnym.

Konkludując, widzę to tak: zagrożenie tak, ale jego źródło może tkwić raczej w długofalowej polityce Rosji niż w bezpośrednich działaniach siatek tzw. Państwa Islamskiego. Być może będą to działania „pod fałszywą flagą”, ze skrajnej lewej lub prawej strony. W Polsce „europejski strach” jako efekt aktów terrorystycznych nie spowoduje bowiem ustępstw na rzecz społeczności muzułmańskich, których u nas wiele nie ma, ale raczej chęć do zamknięcia się w stosunku do Zachodu.

.Jakie mamy możliwości działania prewencyjnego?

Instytucje państwa polskiego odpowiedzialne za bezpieczeństwo we współpracy z odpowiednimi partnerami zagranicznymi powinny zwalczać — po cichu i bez litości wszelkie środowiska eksportujące islamski terror do Europy, którego politycznym uosobieniem jest tzw. Państwo Islamskie.

Należy natychmiast ograniczyć liczbę imigrantów, by możliwa była kontrola nad tym, kto przyjeżdża, oraz by możliwe było wchłonięcie nowo przybyłych bez długotrwałej separacji, przede wszystkim bez tworzenia zamkniętych dzielnic w centrach europejskich stolic i miast.

Powinniśmy przeciwdziałać wszelkim aktom agresji kulturowej, sprowadzającej się do rugowania chrześcijańskich fundamentów wspólnoty europejskiej. Nie oznacza to walki z islamem, ale z przejawami „podmiany” kulturowej.

.Na końcu tego tekstu nie będzie konkluzji ani podsumowania. Jedno jest pewne — odpowiedź na krwawe żniwo zamachów w Europie musi być przez państwa europejskie podjęta, a następnie adekwatna i symetryczna do narastającego zagrożenia życia i wzrastającego lęku, którego nie zasłoni żaden europejski plakat ani nie zrobią tego niezliczone retweety, hasztagi i lajki w wirtualnym świecie europejskiego internetu.

Jerzy Polaczek

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z