Joanna GOCŁOWSKA-BOLEK: Ameryka Łacińska nowym światowym centrum pandemii

TSF Jazz Radio

Ameryka Łacińska nowym światowym centrum pandemii

Joanna GOCŁOWSKA-BOLEK

Latynoamerykanistka, ekonomistka. Ekspertka do spraw Ameryki Łacińskiej w Ośrodku Analiz Politologicznych (OAP) Uniwersytetu Warszawskiego. Promotorka współpracy akademickiej uczelni polskich i latynoamerykańskich. Uwielbia wędrówki po zatłoczonym São Paulo i po kolumbijskich lasach deszczowych. Miłośniczka prozy Gabriela Garcíi Márqueza i poezji Maria Benedettiego.

zobacz inne teksty autora

W Brazylii z powodu COVID-19 umiera ponad jedna osoba na minutę. Liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła tu 34 tys. To więcej niż we Włoszech, Hiszpanii czy Francji – pisze Joanna GOCŁOWSKA-BOLEK

Europa wyprzedziła Azję pod względem średniej liczby zgonów związanych z koronawirusem na początku marca, a uwagę świata na długie tygodnie przyciągnęły Włochy, Hiszpania i Wielka Brytania z rekordową liczbą ofiar śmiertelnych. Od połowy kwietnia z rosnącym niepokojem obserwowaliśmy Stany Zjednoczone, gdzie liczba zgonów pozostawała niezmiennie wysoka i obecnie stanowi blisko 1/4 wszystkich śmiertelnych ofiar COVID-19 na świecie.

Ale w ostatnim czasie naszą uwagę przyciąga region latynoamerykański. Cztery na dziesięć nowych przypadków śmiertelnych na świecie odnotowuje się właśnie tam. Połowa wszystkich latynoamerykańskich przypadków COVID-19 przypada na jeden, największy kraj: Brazylię. Na początku czerwca Światowa Organizacja Zdrowia potwierdziła, że to Ameryka Łacińska stała się światowym centrum pandemii. Ale jej rozprzestrzenianie się jest w krajach latynoamerykańskich bardzo nierównomierne: o ile Brazylia, Meksyk czy Chile zupełnie nie radzą sobie z powstrzymywaniem pandemii, to Urugwaj i Argentyna bez większych problemów wciąż utrzymują ją pod kontrolą.

W Ameryce Łacińskiej mamy tam już blisko półtora miliona potwierdzonych zakażeń i nic nie wskazuje na to, aby przyrost nowych zachorowań miał spowalniać. Wręcz przeciwnie: naukowcy szacują, że szczyt pandemii dopiero przed nami.

Brazylia znalazła się na niechlubnym drugim miejscu na świecie, za Stanami Zjednoczonymi, pod względem liczby zakażonych COVID-19, przeganiając Rosję i Chiny. Na 5 czerwca potwierdzonych przypadków zakażeń jest 615 tys. Według oficjalnych statystyk w Brazylii odnotowano ponad 34 tys. ofiar śmiertelnych. W ciągu ostatniej doby zarejestrowano tam rekordową liczbę zgonów na COVID-19 – zmarło tam ponad 1400 osób.

Pandemia w największym kraju Ameryki Łacińskiej nie wykazuje oznak spowolnienia. Oficjalne dane – choć zatrważające – nie oddają jednak skali problemu. Naukowcy z uczelni brazylijskich i północnoamerykańskich szacują, że rzeczywista liczba zakażonych może być 7-, a nawet 12-krotnie wyższa, bo Brazylia przeprowadza bardzo mało testów na obecność koronawirusa. Pod względem liczby testów na milion mieszkańców Brazylia zajmuje 126. miejsce na świecie. Gorzej wypadają już tylko Indie, Pakistan, Meksyk i Bangladesz. A do statystyk zgonów nie wlicza się też wielu osób z ubogich dzielnic.

Nawet oficjalne koronawirusowe statystyki rosną w Brazylii w tempie zastraszającym. Pandemia dopiero nabiera tempa, a szczyt ma przypaść na połowę czerwca albo jeszcze później. Wiele wskazuje na to, że Brazylia stanęła właśnie w obliczu „trzeciej fazy epidemii”: do wielkich miast zaczynają masowo napływać w poszukiwaniu pomocy lekarskiej chorzy z prowincji. Takiej pomocy zbyt często jednak nie otrzymują. W wielu miastach doszło do załamania się systemu ochrony zdrowia, co jest najbardziej śmiercionośną konsekwencją pandemii. Tragiczna sytuacja panuje w stolicy Amazonii, Manaus. Już teraz szpitale dochodzą do kresu swojej wydolności, tak się dzieje między innymi w São Paulo, Rio de Janeiro i północno-zachodnim stanie Amazonas.

.Brazylia jest smutnym przykładem, jak ignorowanie zagrożenia i lekceważenie pandemii przez czołowych polityków może doprowadzić do rozprzestrzeniania się choroby i ogromnej liczby przypadków śmiertelnych.

Prezydent Jair Bolsonaro wciąż publicznie bagatelizuje zagrożenie i nawołuje do nieprzerywania działalności biznesowej – w trosce o kondycję gospodarczą kraju, która pozostaje jego priorytetem.

W ciągu niespełna miesiąca ze stanowiskiem ministra zdrowia pożegnało się dwóch lekarzy. Powodem była presja, jaką wywierał prezydent Bolsonaro, by oficjalnie uznać za wskazane podawanie hydroksychlorochiny, dotąd stosowanej jako lekarstwo na malarię, osobom we wczesnym stadium koronawirusa, mimo że wpływ tego związku na zmniejszenie śmiertelności z powodu koronawirusa nie został udowodniony.

Od trzech tygodni w Brazylii nie ma w ogóle ministra zdrowia, gdyż prezydentowi Bolsonaro trudno jest znaleźć osobę, która z jednej strony będzie firmować swoim nazwiskiem teorie forsowane przez prezydenta, a z drugiej podejmie się zahamowania rozprzestrzeniania się pandemii przy ogromnym nacisku na otwarcie gospodarki. Jednocześnie w ministerstwie zdrowia obserwujemy coraz większą militaryzację. Od połowy maja obowiązki ministra zdrowia pełni generał Eduardo Pazuello, a w ciągu ostatnich kilkunastu tygodni kluczowe stanowiska kierownicze objęło ponad 20 wojskowych. Rodzą się wątpliwości, czy mają oni dostateczne kwalifikacje, aby kierować resortem w tak trudnym okresie, oraz pojawiają się liczne pytania o celowość wprowadzania wojskowych do resortów rządowych.

Mimo bagatelizowania sprawy przez prezydenta, który zachęcał ostatnio do modlitwy, zaznaczając: „Na drugie imię mam Mesjasz, ale sam cudów nie czynię”, gubernatorzy poszczególnych stanów wprowadzili liczne ograniczenia i restrykcje. Senat liczbą głosów 75 do 1 (ten jeden przeciw to Flavio Bolsonaro, syn prezydenta) zatwierdził przeniesienie w czasie brazylijskiej matury, czyli tzw. ENEM, która ocenia wiedzę na poziomie szkół średnich i jest wejściówką na uczelnie.

Jeśli Bolsonaro niechętnie wprowadza ogólnokrajowe restrykcje i sam nie zachowuje dystansowania społecznego, to wielu gubernatorów stanowych postanowiło nie czekać, decydując o zawieszeniu transportu publicznego, zamykając plaże, bary i restauracje. Zawieszono także większość lotów międzynarodowych i lokalnych. Prezydent Bolsonaro nazwał te środki „przesadzonymi”, wskazując, że narzucenie ich „może kosztować miliony miejsc pracy”, i otwarcie krytykując gubernatorów za ich wprowadzenie. Sam przez długi czas prowadził kampanię pod hasłem „Brazylia nie może się zatrzymać”, propagując normalne działanie przemysłu i usług. Dziś Brazylia wiele tych restrykcji już porzuciła w trosce o funkcjonowanie gospodarki. I tak prognozowany spadek PKB w tym roku ma wynieść ponad 5 procent.

.Podczas gdy prezydent Brazylii Jair Bolsonaro nazywał pandemię koronawirusa histerią i wzbraniał się przed wprowadzaniem jakichkolwiek ograniczeń, w Peru już 15 marca prezydent Martín Vizcarra zarządził stan wyjątkowy, zamykając granice i wprowadzając obowiązek kwarantanny, a miesiąc później także godzinę policyjną.

3 kwietnia w Peru wprowadzono podział według płci: aby dokonać niezbędnych zakupów, mężczyźni mogą wychodzić z domu w poniedziałki, środy i piątki, a kobiety we wtorki, czwartki i soboty. W niedziele wszyscy jednakowo mają zakaz opuszczania swoich mieszkań.

Jednak zachowanie zasad dystansu społecznego w biednych krajach okazuje się bardzo trudne. Prawie 3/4 całej peruwiańskiej gospodarki to szara strefa – często handel i usługi uliczne. Nawet w warunkach kwarantanny ludzie muszą wychodzić do pracy, bo bez tego nie mają za co przeżyć do kolejnego dnia.

Miliony Peruwiańczyków żyją w dzielnicach biedy, zwłaszcza na przedmieściach stołecznej Limy. Tylko połowa z nich posiada lodówkę, co uniemożliwia robienie zapasów, nawet jeśli ktoś przypadkiem dysponowałby wystarczającymi środkami finansowymi. Zakupy spożywcze robi się często na niezbyt higienicznych targach za gotówkę. Tylko 38 procent obywateli posiada konto w banku, a jeszcze mniej kartę bankomatową. Wobec tego w punktach wypłat zapomogi, a także w placówkach bankowych tłoczą się ogromne ilości ludzi. W takiej sytuacji pilnowanie, aby przestrzegane były obostrzenia, jest właściwie niemożliwe.

Obecnie Peru jest drugim, po Brazylii, najsilniej dotkniętym krajem Ameryki Łacińskiej: potwierdzono tam aż 185 tys. zakażeń oraz ponad 5 tys. ofiar śmiertelnych.

Coraz poważniejsza sytuacja stała się też udziałem Meksyku, gdzie liczba śmiertelnych ofiar COVID-19 przekroczyła 12,5 tys., a wszystkich zarejestrowanych przypadków jest już ponad 100 tys. Meksykanie często wyrażają swoje niezadowolenie, że rząd wprowadza obostrzenia zbyt późno i ze zbyt małym przekonaniem.

Przez długi czas meksykański prezydent Andrés Manuel López Obrador ostentacyjnie lekceważył zagrożenie, pojawiając się w miejscach publicznych bez maseczki i nieustannie spotykając się ze swoimi tłumnie zgromadzonymi zwolennikami.

Ale nawet kraje, które wprowadziły środki ostrożności bardzo szybko, czyli gdy tylko odnotowano pierwsze przypadki zakażeń albo wręcz jeszcze wcześniej, jakby w oczekiwaniu na zagrożenie, dziś nie radzą sobie z pandemią. Najlepszym przykładem jest Chile, gdzie władze zareagowały na wybuch epidemii niemal natychmiast: gdy tylko zanotowano pierwszy przypadek zakażenia COVID-19 (a było to 3 marca), zwiększono liczbę respiratorów i łóżek w szpitalach i rozpoczęto intensywne testowanie. Granice zostały zamknięte i wprowadzono kwarantannę oraz zdalną pracę i edukację. Rząd zdążył odtrąbić sukces, a w dwa miesiące po wprowadzeniu tych restrykcji liczba zakażeń pozostawała niska, czemu z zazdrością przyglądały się inne kraje regionu i liczne europejskie. W końcu jednak pandemia objęła slumsy otaczające jak ogromny, nabrzmiały problemami obarzanek stołeczne Santiago. Dziś w Chile jest 120 tys. zakażeń, a blisko 1,5 tys. osób zmarło i brak jest pozytywnych oczekiwań co do zakończenia pandemii w najbliższym czasie.

Minister zdrowia Chile, Jaime Mañalich, z rozbrajającą szczerością przyznał, że ani on, ani nikt w rządzie nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów biedy i stłoczenia ludzi w podmiejskich dzielnicach stolicy. Dziś nikt nie ma pomysłu, jak zahamować rozprzestrzenianie się pandemii w dzielnicach biedy. Prezydent Sebastián Piñera wzywa wszystkie, dotąd silnie skłócone partie do przyjęcia ratunkowego paktu narodowego, by zapobiec katastrofie. Tymczasem gospodarka Chile, niedawno będąca dumą Chilijczyków i pozytywnym przykładem stabilności dla całego regionu, tylko w kwietniu skurczyła się o 14 procent, a w następnych miesiącach prognozowany jest dalszy, zapewne poważny spadek PKB.

Po ubiegłorocznych masowych protestach przeciw ogromnym nierównościom społecznym w dostępie do wynagrodzenia, dóbr materialnych, służby zdrowia i edukacji Chilijczycy mieli w kwietniu zagłosować nad nową konstytucją. Z powodu epidemii referendum przełożono na koniec października. Można spodziewać się, że jeśli pandemii nie uda się zahamować w najbliższych dniach – na co są raczej niewielkie szanse – to na jesieni protesty społeczne w Chile wybuchną ze zdwojoną siłą.

Zresztą takie kraje, jak Peru i Ekwador, które również wprowadziły daleko idące restrykcje natychmiast, gdy tylko pandemia dotarła na kontynent, nie zdołały uchronić się przed ogromną liczbą zakażeń, niewydolnością służby zdrowia i – co przez długie tygodnie przykuwało uwagę świata – przed sparaliżowaniem systemu odbioru zwłok ze szpitali, domów i tych porzuconych na ulicach.

.Pozytywnych przykładów w Ameryce Łacińskiej jest niewiele: Urugwaj, Argentyna i Salwador. Wśród nich uwagę zwraca Urugwaj, kraj stosunkowo bogaty i dysponujący sprawnym systemem opieki zdrowotnej, dostępnym także dla osób ubogich, odnotował dotąd tylko 830 zakażeń, z czego zaledwie 23 okazały się śmiertelne. Nawet biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary Urugwaju (3,5 mln mieszkańców), należy przyznać, że z pandemią radzi sobie naprawdę sprawnie.

Pandemia w Ameryce Łacińskiej odzwierciedla i pogłębia nierówności w kraju, częściej umierają osoby z biednych dzielnic, zwłaszcza o ciemniejszych odcieniach skóry, z utrudnionym dostępem do opieki zdrowotnej.

Środki ochrony, a nawet podstawowe środki higieniczne bywają luksusem, na który stać niewielu. W dzielnicach marginalnych wywóz śmieci, dostęp do elektryczności, kanalizacji i bieżącej wody przysługuje nielicznym. Luksusem jest też możliwość utrzymywania dystansu społecznego.

Mieszkańcy ubogich dzielnic nie mogą sobie pozwolić na domową kwarantannę czy pracę zdalną. Zdalna edukacja pozostaje utopią. W całym regionie zaledwie 20 procent uczniów kontynuuje naukę przy zamkniętych szkołach, w tym niemal żadne z dzieci w biednych dzielnicach. Wieloosobowe, wielopokoleniowe rodziny mieszkają stłoczone w ciasnych mieszkaniach, gdzie utrzymywanie dystansu jest niewykonalne. Mimo zaleceń pozostania w domu utrzymywanie kwarantanny jest niemożliwe, bo każdego dnia mieszkańcy muszą zarobić na skromne wyżywianie swojej rodziny, zatem mimo zakazów wychodzą do pracy. A pracując najczęściej w sektorze nieformalnym, nie mają dostępu do różnych programów pomocowych, które mniej czy bardziej chętnie uruchamiają rządy poszczególnych krajów.

Co ciekawe, w obliczu nowych zagrożeń i wręcz przerażającej niewydolności państwa w wielu dzielnicach biedy rolę służb policyjnych przejęły gangi narkotykowe.

W slumsach Rio czy São Paulo gangi wprowadziły godzinę policyjną, pilnują przestrzegania kwarantanny i dystrybucji żywności. W meksykańskich dzielnicach biedy gangi rozdają potrzebującym paczki żywnościowe i środki higieniczne i dezynfekujące.

Zresztą same kartele narkotykowe skarżą się, że przez pandemię interesy idą im wyjątkowo słabo. Podobnie jak każda inna firma w tym bezprecedensowym globalnym kryzysie zdrowotnym, latynoamerykańskie kartele przestępcze stoją w obliczu zagrożenia z powodu ogromnych zakłóceń w międzynarodowych łańcuchach dostaw.

Chodzi nie tylko o ograniczenie możliwości sprzedaży narkotyków tradycyjnym odbiorcom w Stanach Zjednoczonych z powodu zamknięcia granic. Z powodu pandemii i zawieszenia lotów międzynarodowych kartelom skończyły się niektóre składniki chemiczne potrzebne do produkcji narkotyków, sprowadzane dotąd z Chin.

.Chociaż dziś jeszcze nie można przewidzieć, w jakim zakresie koronawirus ostatecznie rozprzestrzeni się w Ameryce Łacińskiej i jak wielki wpływ wywrze w sferze ekonomicznej, jedno jest pewne: recesja wywołana pandemią dotknie ten region wyjątkowo mocno. Według najnowszych szacunków Komisji Ekonomicznej NZ ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CEPAL), dokonanych gdy kraje regionu dopiero zaczynały odnotowywać pierwsze zakażenia, gospodarki Ameryki Łacińskiej skurczą się w 2020 roku co najmniej o 5,3 procent.

Ostatnie badanie przeprowadzone przez Oxfam szacuje, że kryzys może wpędzić w skrajne ubóstwo pół miliarda ludzi na świecie, z czego około 10 procent w Ameryce Łacińskiej.

Choć dziś z powodu ograniczeń w poruszaniu się manifestacje uliczne nie są możliwe, to protesty pojawiają się, przybierając tradycyjną dla Ameryki Łacińskiej formę, tj. „cacerolazo” (w Brazylii zwane „panelaço”): mieszkańcy zaciekle hałasują, uderzając łyżkami w garnki i patelnie, dawniej na ulicach, teraz na balkonach i w otwartych oknach. A co po pandemii? Zapewne fala protestów społecznych wybuchnie znowu, jeszcze spotęgowana niezadowoleniem społeczeństw latynoamerykańskich z powodu nieudolności polityków w walce z pandemią.

.Istnieją jednak obawy, że zgłoszone przypadki śmierci COVID-19 nie odzwierciedlają prawdziwego wpływu koronawirusa na śmiertelność na całym świecie. FT zgromadziła i przeanalizowała dane na temat nadmiernej śmiertelności – liczby zgonów ponad historyczną średnią – na całym świecie i stwierdziła, że liczba zgonów w niektórych krajach jest o ponad 50 procent wyższa niż zwykle. W wielu krajach nadwyżki zgonów przekraczają zgłoszoną liczbę zgonów COVID-19 o duże marginesy.

Joanna Gocłowska-Bolek

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam