Kongres Polska Wielki Projekt: Kultura jako źródło siły państwa

Kultura jako źródło siły państwa

Photo of KONGRES POLSKA WIELKI PROJEKT

KONGRES POLSKA WIELKI PROJEKT

Najważniejsze spotkanie polskich elit intelektualnych analizujących każdego roku wyzwania dla Polski, Europy i świata - wskazuje najistotniejsze zagrożenia i szanse rozwojowe. Odbywa się corocznie od 2010 r. "Wszystko Co Najważniejsze" jest partnerem medialnym wydarzenia.

zobacz inne teksty Autora

To zdecydowanie jedna z ciekawszych debat XI Kongresu Polska Wielki Projekt. W debacie, którą poprowadził Maciej MAZUREK, dyskutowali Paweł PŁOSKI, prof. Andrzej SZCZERSKI, Mateusz WERNER i Wanda ZWINOGRODZKA

Wanda ZWINOGRODZKA: – Państwo polskie przez 30 lat istnienia III RP stosowało zasadę bardzo umiarkowanej ingerencji w rynek artystyczny, żeby nie powiedzieć désintéressement. Kiedy rozpoczęła się transformacja, wprowadzono kilka ustaw, które uporządkowały patologiczną sytuację odziedziczoną po PRL-u. To były przede wszystkim: ustawa o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej z 1991 r., ustawa z 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych i bardzo ważne w tym kontekście ustawy samorządowe, które przekazały instytucje kultury w ręce samorządów. Niestety potem ta aktywność państwa była trudno zauważalna. Przeprowadzano oczywiście nowelizacje wspomnianych aktów prawnych, był też osławiony Pakt dla Kultury, podpisywany z wielką pompą, który jednak de facto niewiele zmienił, zdarzały się też akcje samych artystów, jak „Teatr nie jest produktem. Widz nie jest klientem”. Raczej jednak panowała zasada, przyjęta w latach 90., o niewidzialnej ręce rynku, która sama uporządkuje sytuację. Tak się niestety nie stało. Nowe zasady organizacji życia kulturalnego po części się oczywiście sprawdziły, po części nie. Niektóre z tych usterek bywały korygowane, jednak zaniechań było znacznie więcej. W rezultacie ta niewidzialna ręka rynku nie za bardzo zadziałała. Przynajmniej jeśli chodzi o środowisko artystyczne, bo w obszarze instytucji poradziliśmy sobie nieco lepiej.

To, jak daleko sięgało to désintéressement, przedstawię na przykładzie z własnej praktyki. Kiedy minister kultury Piotr Gliński zaprosił mnie do współpracy w ministerstwie i powierzył mi pieczę nad środowiskami artystycznymi, to z osłupieniem dowiedziałam się, że nie wiemy, ilu mamy w Polsce artystów. Nikt tego nie wiedział. Czy jest ich kilkanaście tysięcy? 20, 30, a może 100 tysięcy? Nie policzono tego przedtem.

Innym ujęciem stanu, do którego dopuściliśmy przez 30 lat zaniedbań, jest lapidarne sformułowanie prof. Doroty Ilczuk, najwybitniejszej chyba ekspertki w zakresie sytuacji środowisk artystycznych w Polsce. „Transformacja miała wykreować wolny rynek sztuki, a wykreowała rynek dziki” – zwykła mówić. Dlaczego dziki? Krótko po rozpoczęciu pracy w Ministerstwie Kultury, aby zdiagnozować sytuację oraz skorygować nieprawidłowości, w porozumieniu ze środowiskiem zwołaliśmy Ogólnopolską Konferencję Kultury, która obradowała w latach 2017–2018. Do debaty zaproszono przedstawicieli środowisk artystycznych, związków i stowarzyszeń twórczych, ale również instytucji kultury, samorządów terytorialnych jako organizatorów tychże instytucji, przedstawicieli biznesu pracujących w tym obszarze, ekspertów. Konferencja toczyła się w całej Polsce. To było kilkanaście sesji w dwóch seriach. Łącznie wystąpiło w niej ok. 300 panelistów reprezentujących ponad 230 podmiotów organizacyjnych. Żeby zobrazować skalę tego projektu, przypomnę, że w tej edycji kongresu „Polska Wielki Projekt” mamy 56 panelistów. W rezultacie tamtej debaty sformułowano pewną diagnozę. Dodatkowo zamówione zostały badania, którymi kierowała prof. Dorota Ilczuk, dzięki czemu uzyskaliśmy obraz środowiska artystycznego w Polsce nieco bardziej rzetelny niż ten intuicyjny, którym dotychczas dysponowaliśmy. Oszacowano liczebność tego środowiska na 67 tysięcy osób. Wykazano, że położenie artystów w Polsce jest w przeważającej mierze trudne albo bardzo trudne. To znaczy, że około 60 proc. tej grupy zawodowej ma dochody poniżej średniej krajowej, natomiast około 30 proc. poniżej minimalnego wynagrodzenia. Przypominam, że to są dane z grudnia 2018 r., kiedy zakończyły się te badania, tzn. sprzed pandemii, która bardzo dotkliwie zubożyła środowiska artystyczne i teraz te wyniki są jeszcze gorsze. Tylko 7 proc. tej grupy można było uznać za ludzi zamożnych, przez co rozumie się osoby, które przekraczają drugi próg podatkowy. W 2018 r. to było około 85 tys. rocznie. Dla przykładu podam, że mediana zarobków brutto ludzi teatru to 2800 zł miesięcznie, artystów plastyków 2600 zł, tancerzy 2200 zł, a artystów ludowych tylko 1300 zł.

Trzeba dodać, że niski pułap dochodów – mówiąc eufemistycznie – nie okazał się jedyną bolączką tego środowiska. Drugim problemem jest brak jakiejkolwiek stabilności zawodowej. Oznacza to, że tylko 13,9 proc. tej grupy zawodowej pozostaje w stosunku pracy, dysponuje umowami na czas nieokreślony, natomiast aż 54 proc. artystów pracuje w ramach umowy o dzieło. 30 proc. pracuje wręcz w szarej strefie.

To są ustalenia, które pokazują, jak duży jest rozdźwięk między wizerunkiem społecznym artystów a stanem faktycznym. W takim społecznym, obiegowym przekonaniu artyści lokują się w establishmencie, natomiast te dane raczej znamionują prekariat niż establishment, czyli niestabilność, praca na umowach śmieciowych przy niskim i nieregularnym poziomie dochodów. Do tego trzeba dodać bardzo nikłe bezpieczeństwo socjalne, które oznacza, że poza tą grupą niecałych 14 proc. zatrudnionych na etatach ponad połowa środowiska – pracująca tylko na umowach o dzieło – jest zmuszona opłacać składki ubezpieczeniowe samodzielnie. W przypadku polskiego systemu ubezpieczeniowego obecnie są to wyższe składki niż te, które obowiązują przedsiębiorców. To jest pewien paradoks, ponieważ wprawdzie bazowa kwota jest identyczna dla przedsiębiorców i artystów, jednak przedsiębiorcy dysponują dostępem do różnych ulg, z których artyści nie mogą korzystać. Rezultat jest taki, że duża część artystów jest ubezpieczona za pośrednictwem rodziny, współmałżonka lub w sposób patologiczny, czyli na fikcyjnych umowach, na 1/4 etatu, albo po prostu nie jest ubezpieczona. Szacujemy, że jest to mniej więcej połowa środowiska. Przypomnijmy medianę, którą przytoczyłam – jeśli weźmiemy kwotę 2200 zł, a pełna składka ZUS to blisko 1500 zł, w praktyce niemożliwe jest ją opłacić. Ogólnopolska Konferencja Kultury uznała, że w tej sytuacji priorytetowym celem jest poprawa stabilności zawodowej środowiska artystycznego. W związku z tym przygotowała założenia systemu, który ma tę sytuację nieco ucywilizować. Przeobraziliśmy to w ministerstwie w projekt aktu legislacyjnego, który jest obecnie procedowany.

Mówię o tym dosyć pobieżnie – to bardzo skomplikowany akt sięgający różnych pól życia społecznego. Postaram się pokrótce przedstawić jego podstawowe założenia. Przede wszystkim projekt ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego definiuje kategorię artystów zawodowych i uprawnienia, które w świetle ustawy powinny im przysługiwać. Ten aspekt, który jest najmniej głośny medialnie, mnie wydaje się najważniejszy, ponieważ w tej chwili system w Polsce nie widzi artystów, ich specyfiki zawodowej i odrębności, tego, jak wygląda praktyczne wykluczenie połowy z nich z powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych. Przekonujemy się też o tym w innych okolicznościach. Kiedy zarządzony został lockdown i konieczne było uruchomienie instrumentów pomocy dla środowiska artystycznego, problemy z legislacją w tym zakresie brały się stąd, że ta kategoria zawodowa nie została wyodrębniona. My ją próbujemy definiować przez PKD, ale to bardzo niedoskonały instrument i z tego wynika wiele nieporozumień. Nasza ustawa definiuje tę kategorię, a także przewidziane dla niej uprawnienia. Dlaczego jeszcze uważam, że to jest takie ważne? Bo to otwiera możliwości przyszłych działań na rzecz tego środowiska. Uprawnienia, które ta ustawa przewiduje, to jedno, ale dzięki temu, że ta kategoria będzie zdefiniowana, będzie można te prace kontynuować. To są wrota do lepszej przyszłości.

Proponowany przez nas akt legislacyjny reguluje też procedury uzyskania, poświadczania i utrwalania uprawnień artysty zawodowego. Można je uzyskać na podstawie poświadczenia dorobku zawodowego przez wybraną przez artystę organizację reprezentatywną, czyli taką, która obsługuje minimum 10 proc. artystów danej dyscypliny. Procedura przewiduje, że artysta, który jest zainteresowany korzystaniem z tych uprawnień – bo to jest oczywiście dobrowolne – przedstawia wybranej przez siebie organizacji dorobek zawodowy i uzyskuje poświadczenie tego dorobku.

Jest jeszcze druga ścieżka, dla absolwentów uczelni artystycznych prowadzonych przez Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu. Przez pięć lat po uzyskaniu dyplomu można mieć uprawnienia artysty zawodowego bez poświadczania dorobku. To wynika z troski o młodych ludzi dopiero wchodzących na rynek zawodowy, by nie uciekali nam z tego zawodu, co dzieje się w tej chwili. Kształcimy ich za bardzo duże pieniądze, a potem brak możliwości utrzymania się na rynku artystycznym sprawia, że taka osoba oni uciekają do innych zawodów. Dalej ustawa powołuje Polską Izbę Artystów. To pomysł dość nowatorski na gruncie polskim, wzorowany po trosze na popularnej w świecie anglosaskim instytucji typu quango tj. hybrydowej, państwowo-społecznej. Przyjęliśmy takie rozwiązanie z uwagi na bardzo silną wśród artystów potrzebę niezależności. Zakładamy, że to będzie państwowa osoba prawna zarządzana z przeważającym udziałem środowiska. W radzie PIA ma być 21 miejsc, z czego 14 przypadnie przedstawicielom środowiskowych organizacji reprezentatywnych. Siedem miejsc przewidziano dla urzędników państwowych, rekrutujących się z MKDNiS, MRiPS oraz ZUS. Muszą oni tam zasiadać, ponieważ PIA będzie operowała środkami publicznymi.

Ustawa formułuje uprawnienia, które w tym akcie są już określone. To oznacza przede wszystkim dostęp do ubezpieczenia dla artystów, którzy nie mają do tego tytułu z racji zatrudnienia na umowę o pracę czy prowadzenia działalności gospodarczej. Oni zyskują dostęp w ramach tych uprawnień do systemu ubezpieczeń. To dotyczy tych artystów, którzy powinni samodzielnie opłacać składki ZUS, ale zarabiają poniżej 80 proc. średniej krajowej. Wówczas mogą się starać w PIA o dopłatę do składki w wysokości od 20 do 80 proc. W okresie, kiedy mają obniżone dochody – oczywiście proporcjonalnie do tego, jak niskie są te dochody – ci, którzy zarabiają najmniej, będą dostawali większą dopłatę. Dopłaty będą realizowane z Funduszu Wsparcia Artystów Zawodowych, który został pomyślany jako wyodrębniony rachunek bankowy Polskiej Izby Artystów. Będzie on zasilany głównie ze środków pozabudżetowych, czyli przede wszystkim z tzw. opłaty reprograficznej, którą nazywamy rekompensatą, bo to trafniej oddaje jej właściwy charakter. Przypomnę, że jest to instrument, który wyrównuje straty, jakie artyści ponoszą w wyniku dozwolonego wPolsce użytku prywatnego tj. prawa do bezpłatnej eksploatacji utworów artystycznych poprzez ich kopiowanie i odtwarzanie dla własnych potrzeb na rozmaitych urządzeniach elektronicznych audio/video, ale też np. kserokopiarkach czy drukarkach; w tym ostatnim wypadku chodzi m.in. o książki. To jest mechanizm stosowany w całej Europie, ale także na innych kontynentach, który sprawia, że nikły procent ceny urządzeń umożliwiających kopiowanie, jest przekazywany przez producentów twórcom za pośrednictwem organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, jako rekompensata za dochody utracone skutkiem prywatnego kopiowania. Skoro legalnie kopiujemy na własny użytek książkę, utwór muzyczny czy film, to artysta na tym nie zarabia. To jest bardzo potężna w tej chwili strata, którą te środowiska ponoszą. Opłata reprograficzna jest obecna w polskim prawie od lat 90., ale nie była nowelizowana od kilkunastu lat i w rezultacie dotyczy urządzeń oraz nośników, które dawno wyszły z użycia np. magnetowidów, magnetofonów, kaset video itp. Tym samym wpływy z niej są bardzo nikłe. Aktualizacja przewiduje, że opłacie podlegać będą również te urządzenia, które faktycznie teraz dominują na rynku, w związku z tym wpływy z tego tytułu się zwiększą, a środowisko, do którego należeć będą te środki, podzieli się nimi w ten sposób, że 51 proc. będzie jak dotychczas przekazywane organizacjom zbiorowego zarządzania prawami autorskimi celem rozdysponowania między podmioty uprawnione, zaś 49 proc. zasili Fundusz Wsparcia Artystów Zawodowych, z którego będę realizowane dopłaty do składek ubezpieczeniowych. Zatem najczęściej kopiowani, a tym samym najbardziej majętni artyści podzielą swoimi dochodami z tymi, którzy zarabiają najmniej. To jest wyraz solidarności środowiskowej.

Inne uprawnienie wprowadzone ustawą to Karta Artysty Zawodowego, pomyślana trochę na wzór Karty Dużej Rodziny. Jej operatorem będzie Polska Izba Artystów, która w ramach tej karty będzie mogła zawierać z podmiotami państwowymi, samorządowymi i prywatnymi umowy na rozmaite pakiety świadczeń czy usług dedykowanych artystom, np. na pakiety wyspecjalizowanej opieki zdrowotnej dla choćby tancerzy, instrumentalistów dętych, którzy takiej opieki w Polsce nie mają, a bardzo jej potrzebują. To mogą być bardzo rozmaite pakiety. Będzie to zależało od aktywności samego środowiska w obrębie Izby Artystów, która ma być platformą formułowania i rozwiązywania problemów tej grupy zawodowej, również dlatego, że takiej platformy nie ma obecnie. Jednym ze skutków transformacji była ogromna defragmentacja środowiska, które za PRL było zrzeszone

w kilka państwowych stowarzyszeń artystycznych. One nadal funkcjonują, ale mają teraz niepomiernie mniej członków, powstało mnóstwo nowych, niewielkich organizacji. Są one zbyt małe i słabe, by artykułować potrzeby tego środowiska – czy mówiąc otwarcie dramaty – w sposób dostatecznie donośny i skuteczny. Mam nadzieję, że PIA stanie się płaszczyzną współpracy tych licznych związków i stowarzyszeń, pozwalającą im lepiej rozpoznawać problemy i szukać skutecznych rozwiązań.

Maciej MAZUREK: – Podejrzewam, że problemy zaczynają się od źródła finansowania. Czy grozi państwu bój z korporacjami, które będą broniły się, by owej rekompensaty nie czynić?

Wanda ZWINOGRODZKA: – Oczywiście, że się bronią. To już trwa. Jeśli ktoś z państwa interesował się tym tematem, to mógł w mediach społecznościowych spotkać się z akcją dezinformacyjną, która jest skierowana przeciwko nowelizacji prawa autorskiego w zakresie opłaty reprograficznej. Lobby producentów przeciwko temu występuje bezzasadnie. Wedle szacunków naszych i stowarzyszeń artystycznych, w tym międzynarodowych, nie ma dowodów na to, że wprowadzenie opłaty reprograficznej automatycznie powoduje zwyżkę cen; cena jest skomplikowanym konstruktem rozmaitych elementów. Dowodem na to jest m.in. fakt, że Niemcy zbierają największą opłatę reprograficzną, około 330 mln euro. W Polsce zbieramy około 2 mln. Mimo to wiele urządzeń elektronicznych jest w Niemczech tańszych niż u nas. Widać więc, że często powtarzany w tej dyskusji argument o wzroście cen jest nierzetelny. Zwłaszcza w perspektywie tego, co zdarzyło się w przemyśle elektronicznym w ostatnich dwóch latach, kiedy niebywale zyskał on na lockdownie, przy zwiększonym popycie mocno podniósł ceny, a tymczasem środowisko artystyczne dramatycznie zubożało. Tym bardziej w tym kontekście to stanowisko wydaje się dyskusyjne.

Maciej MAZUREK: – Spotkałem się z zarzutem, że ta ustawa tworzy nowy KRUS, tylko dla artystów.

Wanda ZWINOGRODZKA: – Znam ten argument. Pojawia się on również w obrębie naszej formacji. W świetle tego, co mówiłam, jest to nieporozumienie. My nie tworzymy specjalnych przywilejów. W tej chwili ogromna część środowiska jest w praktyce wykluczona z powszechnego systemu ubezpieczeń. My to wykluczenie próbujemy wyeliminować. Konstrukcja, o której mówiłam, polega na tym, że Polska Izba Artystów występuje trochę wobec artystów niezatrudnionych na etacie w takiej roli, w jakiej występuje pracodawca wobec ludzi, których zatrudnia. Nasi pracodawcy płacą część naszej składki. Żeby zrównać wobec prawa artystów, którzy w tej chwili nie są równo traktowani, PIA oferuje im dopłatę w wysokości zależnej od ich dochodów. To nie jest przywilej. To jest zaprzestanie dotychczasowego wykluczenia czy dyskryminacji.

Maciej MAZUREK: – Ustawa rozwiązuje problem ludzi żyjących poza systemem ubezpieczeń. Teraz głodowe uposażenie części artystów przyczynia się do ich sekularnej stagnacji – by użyć terminu prof. Elżbiety Mączyńskiej, szefowej Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Chodzi o przełamanie bariery rozwojowej. Włączenie jak największej liczby ludzi do systemu opodatkowania i zarabiania pieniędzy. Ta ustawa jest efektem zmiany pewnego paradygmatu – z liberalnego na kapitalizm z ludzką twarzą.

Wanda ZWINOGRODZKA: Powiem więcej. To akurat doskonale rozumie ZUS, on widzi, że zyskuje na tej ustawie, ponieważ ci, którzy teraz nie płacą w ogóle składek, zostaną w ten sposób wciągnięci do systemu ubezpieczeń. Ale powiedziałabym, że jest jeszcze jeden bardzo ważny aspekt, o którym była mowa. Jeśli ustawa zostanie uchwalona, pomoże artyście nieco bezpieczniej funkcjonować na rynku sztuki. A to ma bardzo dalekosiężne konsekwencje, gdy chodzi o realizację własnego, oryginalnego głosu twórczego i niezależności. Nam zależy na prawdziwej niezależności artystów. Takiej, która zwalnia ich ostatecznie od podległości wobec różnych systemów klientelistycznych. Jak powiedzieli moi przedmówcy, tam, gdzie państwo w ogóle się odsuwa, wchodzą różne mechanizmy, które artystów na rozmaity sposób „wspierają”, ale jak wiadomo, nie ma darmowych lunchów. Wobec tego, żeby na tym rynku móc nieco swobodniej funkcjonować, ten elementarny standard cywilizacyjny, którym w krajach rozwiniętych jest ubezpieczenie społeczne, jest naprawdę absolutnym minimum.

Maciej MAZUREK: Konsekwencje tej ustawy nie będą widoczne od razu.

Paweł PŁOSKI: Wydaje mi się, że nie. Dla osób, które musiały sobie radzić w zawodach artystycznych przez ostatnie dekady, ta ustawa jest cokolwiek za późno. Natomiast dla młodych ludzi czy osób w średnim wieku to pewien rodzaj stabilizatora ich drogi zawodowej i świadomość, że nie pracują w próżni, że w którymś momencie będą mogli odpocząć i pobierać emeryturę i że kiedy zabraknie im sił, nie będą na straconej pozycji, zupełnie bezradni. W tym sensie zgadzam się z panią minister, że jest to rozwiązanie cywilizacyjne. Kilkadziesiąt tysięcy osób jest niewidocznych. Przywracamy im podstawowe poczucie stabilności, bycia częścią szerokiego systemu osób pracujących w Polsce. A co z tego wyniknie dalej, trudno powiedzieć. Miejmy nadzieję, że to będzie podstawa do bardziej swobodnej pracy, gdy pewne problemy będą częściowo rozwiązane.

Maciej MAZUREK: – Artysta może dobrze pracować, kiedy ma zapewnione poczucie bezpieczeństwa. Trzeba skończyć z mitem, że im biedniejszy, tym bardziej twórczy. Przywoływany jest casus Vincenta van Gogha – że artysta musi cierpieć, by tworzyć sztukę wybitną. Panie profesorze, pan widzi wielką szansę w tej ustawie, ponieważ stanowi ona koło zamachowe gospodarki. Chodzi o przemysły kreatywne, czyli coś, co jest trudno policzalne.

Prof. Andrzej SZCZERSKI: – Warto obalić przy okazji kilka innych stereotypów. Po pierwsze, ta ustawa nie daje specjalnych przywilejów artystom. Są grupy społeczne, o które państwo polskie troszczy się bardziej: służby mundurowe, nauczyciele, górnicy. To są grupy nieporównanie kosztowniejsze, a artyści i ich twórczość są równie ważni w społeczeństwie, są jedną z najważniejszych grup. Dlatego to minimum powinno być zapewnione.

Po drugie, to nie są jakieś niebotyczne sumy, które będą wypływały z budżetu państwa. Dla 60 tys. osób łatwo sobie wyobrazić, że to nie jest coś, co wpłynie realnie na rynek reprograficzny w Polsce, o czym mówiła pani minister.

Po trzecie, uczestnicząc w obradach Ogólnopolskiej Konferencji Kultury, można było zobaczyć, kogo ta ustawa może wesprzeć. Podam dwa ekstremalne przykłady. Twórcy ludowi, którzy nie poradzą sobie na rynku sztuki, a bez nich nie przetrwa tradycja, np. rękodzieła, które jest bardzo atrakcyjnym produktem ekonomicznym. Całe regiony południowych Włoch żyją z ceramiki wytwarzanej według metod tradycyjnych. Jeśli się ich nie wesprze, to te zawody wyginą.

Kolejny ekstremalny przykład to byli tancerze. Kariera tancerza baletowego kończy się po kilkunastu latach. W średnim wieku te osoby nie są w stanie wykonywać swojego zawodu i przez resztę życia były zostawione samym sobie. To jest coś niebywałego. Widzimy, jak wielkiego obszaru dotyczy ta ustawa. Chcemy poprzez tę ustawę zbudować scenę artystyczną. Scena to jest olbrzymia liczba ludzi bardzo różnorodnych, którzy dopiero w tym konglomeracie talentów i wymiany informacji mogą wytworzyć arcydzieła. Nie jesteśmy w stanie wytworzyć arcydzieł, inwestując tylko w bardzo wąską grupę najwybitniejszych twórców. Po pierwsze, kto będzie ich wybierać i weryfikować? Po drugie, jaką mamy gwarancję, że to będą najlepsi twórcy? To jest otwarcie drzwi dla olbrzymiej grupy ludzi, których talenty się po prostu marnują. To jest kwestia egzystencjalna. Rozwiązanie tego problemu jest potrzebne, aby kultura polska się rozwijała. To oczywiście można potem przeliczać na pieniądze.

Wspomniałem o zawodach ginących, rękodziele czy polskim wzornictwie współczesnym, które poprzez produkty designerskie przynosi państwu polskiemu dochody, na przykład w meblarstwie. Bez minimalnego wsparcia, które ta ustawa gwarantuje, to byłyby stracone zasoby. W związku z tym nie myślmy o tym jak o jakimś pakiecie nieuzasadnionych przywilejów dla ludzi, którzy myślą o niebieskich migdałach. Myślmy o minimalnym zabezpieczeniu ludzi twórczych, bez których nasza kultura nie będzie się rozwijała, których talenty mają potem przełożenie ekonomiczne. Nie zaczynajmy od myślenia, że mają oni poradzić sobie na rynku, bo kultura się liczy – tylko zainwestujmy. To jest mądra inwestycja. Tylko państwo może stworzyć taką instytucję.

Rynek sztuki nie wytworzy nigdy takiej instytucji, bo to nie jest w jego interesie. Tam panują inne reguły gry. Tylko państwo może taką instytucję stworzyć i zapewnić jej finansowanie poprzez model partycypacyjny. Bo nie jest tak, że urzędnicy państwowi będą rozdzielać dotacje. Tutaj udział środowiska w dzieleniu tych środków jest kluczowy. A tylko państwo może zapewnić warunki do funkcjonowania tej instytucji i dzięki temu wspierać to, co dla nas wszystkich jest najcenniejsze, czyli kulturę narodową.

Maciej MAZUREK: – Pojawiają się też głosy ze strony artystów „namiętnie” patriotycznych, że jest to koło ratunkowe dla środowiska, które jest wrogie obecnej władzy.

Wanda ZWINOGRODZKA: – Dla mnie ten argument jest nietrafiony, ponieważ rozmaite postawy artystów bardzo często są jakoś formatowane przez instytucje czy obszary, wobec których oni się orientują. Dopóki sytuacja środowiska jest taka jak obecnie, to co tu dużo mówić: w Polsce oczywiste jest, że warunki przyzwoitego utrzymania uzyskuje się wtedy, gdy zrobi się karierę zagraniczną. Co z kolei sprawia, że artyści bardzo często orientują się na trendy i narracje spoza społeczności lokalnej, z której się wywodzą, spoglądają ponad jej głowami na zupełnie inny horyzont. Często dla nas cokolwiek egzotyczny albo obcy naszym potrzebom i nawykom kulturowym, niekiedy wręcz wrogi bliskim nam wartościom.

Odwołam się do przykładu. Jeśli w mieście średniej wielkości działa tylko jeden teatr, którego główną ambicją jest zdobywanie nagród na festiwalach zagranicznych to w rezultacie lokalna społeczność finansuje jego egzystencję, ale pożytek z niego ma niewielki albo żaden, bo ona ma inne oczekiwania niż zagraniczni krytycy i jurorzy. Sformatowany podług ich wymagań przekaz do tej miejscowej publiczności nie trafia, a z kolei jej własne problemy, zainteresowania, tęsknoty czy niepokoje na takiej scenie są ignorowane. W konsekwencji nawet jeśli taki zespół teatralny zdobywa międzynarodowe laury, to w jego siedzibie widownia na co dzień świeci pustkami, mieszkańcy szukają strawy duchowej gdzie indziej a kultura teatralna marnieje. Więź między sceną i widownią ulega zerwaniu. Nie umiejąc jej nawiązać artyści i widzowie zaczynają się wzajem lekceważyć czasem nawet gardzić sobą i zamiast świątyni sztuki mamy pole bitwy. To chora sytuacja, która generuje straty po obu stronach rampy. Co gorsza rodzi ona zależności klientelistyczne. Jeżeli mamy takie warunki, jakie ilustrowałam państwu badaniami, to nie da się utrzymać w tym zawodzie bez odpowiedniego wsparcia ze strony wpływowych patronów. To tworzy na rynku artystycznym pewne łańcuchy zależności, bardzo standaryzuje poglądy, osłabia możliwość artykułowania punktów widzenia czy estetyk innych niż te mainstreamowe, niż te wygodne dla potężnych mocodawców, dla dystrybutorów prestiżu, nagród, zleceń i grantów. Ponieważ bez ich aprobaty po prostu wypada się z zawodu. Odmienna optyka, niekoniecznie nawet polityczna, także estetyczna, artystyczna naraża na kłopoty. Takie patologie niszczą oryginalność i samodzielność naszej kultury, skazują ją na wtórność, naśladownictwo, epigonizm, na podatność wobec dyktatu rozmaitych arbitrów elegancji. 

Liczę, że ta ustawa będzie pracować przede wszystkim dla młodych ludzi, którzy wchodząc w zastany system instytucji i języków artystycznych, nawet jeśli mają własną propozycję, to nie mogą zaistnieć. Kiedy stworzy się im minimum bezpieczeństwa i możliwości działania, być może usłyszymy inne dykcje poza tymi, które obecnie dominują i w jakiś sposób podporządkowują sobie głosy niezależne.

Maciej MAZUREK: – Panie profesorze, jakie jeszcze szanse pan widzi, które mogą wyniknąć z tej ustawy?

Prof. Andrzej SZCZERSKI: – To jest otwarcie możliwości pojawienia się nowych języków na scenie artystycznej, których do tej pory nie słyszeliśmy, ponieważ nie miały żadnych szans w konkurencji wolnorynkowej. Ponadto jest to szansa na pojawienie się bardziej zróżnicowanego życia artystycznego, dużo bardziej wartościowego, i to jest dla mnie z perspektywy ideowej sprawa podstawowa, ale przede wszystkim bardzo ludzka. Podajemy rękę bardzo wartościowym ludziom, którzy zostali do tej pory przez system wyrzuceni poza margines legalnego funkcjonowania na rynku pracy. Nic więcej nie trzeba.

Mateusz WERNER: Chciałbym powiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. To, że włączenie tych wykluczonych grup społecznych do systemu stabilności socjalnej wytworzy strefę komfortu owocującą większą wolnością artystyczną, jest oczywiste i nie podlega dyskusji. Ale dochodzi do tego jeszcze inna sprawa. To jest pozapolityczne. Państwo jako takie jest wartością – niezależnie od tego, czy rządzi prawica, czy lewica. Po prostu jest wartością samą w sobie, o którą powinniśmy dbać. Odwołajmy się do przykładu. Jeżeli Szczepan Twardoch mówi, że po 25 latach mamy nowotwór, a nie państwo, to świadczy to o tym, że wybitny pisarz polski odrzuca państwo, w którym żyje, nie identyfikuje się z tym państwem. Możemy się na to oburzać i pytać: a co ty człowieku zrobiłeś dla tego państwa? Ale on może odpowiedzieć pytaniem: co państwo dla mnie zrobiło? To, o czym mówiła pani minister, jest dla mnie szokujące.

Przez 30 lat wolności i suwerenności Polska nie zdobyła się na to, żeby niezwykle ważną i wpływową grupę ludzi włączyć do podstawowych praw. Można mieć nadzieję, że jeśli tę niesprawiedliwość się wyrówna, to oni zaczną po prostu z tym krajem się identyfikować. I to już nie będzie „ten kraj” czy „ten nowotwór”, jak mówi Twardoch, tylko ich kraj.

Ktoś może powiedzieć, że to jest kupowanie artystów, myślenie na zasadzie marksistowskiej, gdzie byt określa świadomość. Ale dokładnie takie samo pytanie zadawali sobie Dmowski z Piłsudskim: co zrobić, żeby chłopa polskiego namówić do walki o niepodległość? Chłop myśli w kategoriach interesu osobistego. I ci wielcy znaleźli na to sposób – milion polskich chłopów obroniło Warszawę przed Tuchaczewskim, nie dając się nabrać na argumenty walki klasowej. To nie są pytania wstydliwe, których nie powinniśmy zadawać. Jest taka kategoria ludzi, do których trafia tylko taka argumentacja. II RP to był przykład kraju, w którym elity artystyczne identyfikowały się z krajem, w którym żyły. Karol Szymanowski był rektorem akademii muzycznej. Można podawać przykłady Gombrowicza, Witkacego czy nawet Broniewskiego, Skoczylasa, którzy mieli różne poglądy, ale nie podważali wspólnego fundamentu konsensu społecznego. Kłócili się o Polskę, ale w ramach wspólnoty politycznej. Uczmy się od II RP, jak można te problemy rozwiązywać.

Paweł PŁOSKI: – W kontekście II RP przypomina mi się przykład Wilama Horzycy, dyrektora teatru miejskiego we Lwowie, który zapłacił głową, a był posłem BBWR, za to, że zatrudnił komunizującego Leona Schillera. Jednocześnie tenże Leon Schiller stworzył w teatrze lwowskim najważniejsze Dziady pierwszej połowy XX w. Spotykają się ludzie prorządowi i antyrządowi w jednej instytucji i tworzą wartości nieprzemijające. W kontekście skutków tej ustawy mam poczucie, że to jest z jednej strony kluczowy stabilizator, z drugiej jednak też taki punkt wyjścia do oceny sytuacji, jak się płaci na rynku kultury. Są oczywiście żarty, że artyści udają, że pracują, a teatry udają, że płacą. Problem polega na tym, że artyści nie udają, że pracują. To jest ciężki wysiłek, olbrzymi trud, olbrzymie koszty osobiste i po prostu związane z wykonywaniem zawodu, do którego są stworzeni. Jednocześnie widać takie luki instytucjonalne, budżetowe, które wymagają jakiejś reakcji państwa, samorządu terytorialnego, na poziomie choćby wojewódzkim.

Ostatnio przyglądam się sytuacji galerii miejskich w Polsce i okazuje się, że z jednej strony mamy ruch inwestycyjny, nowe budynki, remontowane są przestrzenie na rezydencje, a potem okazuje się, że urząd miasta nie daje pieniędzy na rezydencje – mamy pięknych 10 pokoi i „martwcie się, droga galerio, jak to oporządzić”, nie mówiąc już o takich kwestiach, pojawiających się od lat, jak opłaty czy honorowanie artystów, których dzieła są wystawiane. Widać, że tutaj mamy już podstawę, ale jednocześnie pewna reakcja państwa jest niezbędna.

W ostatnich latach oddziaływanie na teatr czy taniec, „Off Polska” jako program istniejący od niedawna czy przestrzenie sztuki wydają mi się niedużymi programami, bo to nie są jakieś grube miliony złotych. To jest milion, dwa, pięć. To nie są olbrzymie programy, lecz pozwalają uruchomić nowe działania. Powodują też, że artyści w regionach nie czują się sami, nie muszą pukać do miasta, powiatu czy województwa, które mają coraz mniej pieniędzy. Jednocześnie jest sygnał, że nie zostali sami, i wydaje mi się, że w kontekście tej ustawy ten rodzaj myślenia będzie w przyszłości potrzebny.

Wanda ZWINOGRODZKA: – Wypowiem się na koniec à propos jednego z mitów, z którymi trzeba dyskutować polemizować prowadząc rozmowy o tej ustawie. Mam na myśli przekonanie, że artysta, skoro jest dobry, sam się obroni, a ci, którzy nie są dobrzy, niech zarabiają inaczej, bo to niewielka strata. W takich przypadkach przypominam, że wielu największych arcydzieł europejskiej kultury po prostu by nie było, gdyby nie różne formy mecenatu. Nie byłoby ani katedr gotyckich, ani dzieł Leonarda da Vinci, ani wielu oper np. „Aidy” Verdiego. Mamy rok Cypriana Kamila Norwida, 200. rocznicę jego urodzin. To był jeden z największych poetów w historii polskiej literatury, który żył w nędzy, a umarł w przytułku. Jego los dobitnie ilustruje fałsz tej opinii, jakoby wybitny artysta potrafił sam obronić się na wolnym rynku.

.Ufam, że ta ustawa poprawi warunki twórczości artystycznej. Artyści są niezbywalnymi osobami w procesie wyznaczania horyzontów aspiracji każdego społeczeństwa. Zwłaszcza w takich czasach, jakie przeżywamy obecnie. W okresie destabilizacji, gwałtownych zmian, których doświadczamy we współczesnym świecie, umiejętność zabudowywania horyzontu naszych aspiracji jest bezcenna i powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by ją rozwijać.

Oprac. Mikołaj Czyż

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 29 października 2021