Maciej ZIĘBA OP: Czy zagraża nam Sztuczna Inteligencja?

TSF Jazz Radio

Czy zagraża nam Sztuczna Inteligencja?

Maciej ZIĘBA OP

Dominikanin, teolog, filozof i publicysta, w latach 1998–2006 prowincjał Polskiej Prowincji Dominikanów, w latach 2007–2010 dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Założyciel i prezes Instytutu Tertio Millennio. Absolwent fizyki na Uniwersytecie Wrocławskim, doktor filozofii na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Sami nie wiemy, kim jesteśmy, ponieważ ogromne połaci ludzkiej egzystencji wymykają się wszelkim algorytmom i matematycznemu opisowi, dlatego – choć zapewne można nauczyć komputery układania wierszy i melodii – nie wierzę w stworzenie sztucznej inteligencji w sensie mocniejszym – a więc zdolnej do odwzorowania pracy ludzkiego umysłu. Wierzę natomiast w „rewolucję robotów” – pisze Maciej ZIĘBA OP

Gdy przeczytałem raport uznanych profesorów Vincenta Müllera i Niklasa Boströma, którzy ankietując wielu ekspertów, doszli do wniosku, że w ciągu najbliższego pół wieku uda się ludziom stworzyć sztuczną inteligencję, zastępującą człowieka, a przypuszczalnie uda się to uczynić już w ciągu najbliższych 20 lat, powróciło do mnie wspomnienie z dzieciństwa, z lat 60.

Miałem dziewięć lat, gdy w czasie długich, deszczowych wakacji sięgnąłem po mamine „13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych” Leszka Kołakowskiego. Rzecz jasna, nie rozumiałem ich finezji oraz subtelnej ironii, lecz zapamiętałem jedną, która wówczas wstrząsnęła mną mocno, a teraz po latach wróciła.

Bajka opowiadała o kamieniarzu Ajio, któremu począł rosnąć garb. Z czasem z tego garbu poczęły wyrastać kończyny, aż przekształcił się on w wierną replikę postaci kamieniarza. Jakby tego było mało, garb począł utrzymywać, że to on jest prawdziwym Ajio, a ponieważ był bardziej agresywny i kłótliwy od pierwowzoru, przekonał o tym swoje otoczenie. Lekarze wymyślili zatem terapię, która zlikwidowała narośl, za jaką teraz uznano samego Ajio, i pozostawiła przy życiu jego sobowtóra. Taki sam los stał się udziałem innych mieszkańców miasteczka i wkrótce całe miasto zostało opanowane przez garby-sobowtóry mieszkańców.

Ta alegoryczna powiastka, będąca w latach 60. aluzją do przemiany zwolenników sprawiedliwości społecznej i powszechnego wyzwolenia w swoją karykaturę – aparatczyków tłumiących wolność słowa i myśli przy użyciu czołgów oraz tajnych policji – zadaje jednak i bardziej ogólne pytanie o ludzką tożsamość, o rdzeń człowieczeństwa, o to „coś”, co czyni człowiekiem każdego z nas. Co będzie, jeżeli stworzone przez nas inteligentne garby-sobowtóry okażą się bardziej agresywne i skuteczne w działaniu? Czy istnieje taki element, który pozwala odróżnić nas ludzi od naszych inteligentnych imitacji? A może ludzkie roszczenie do wyjątkowości jest bezzasadne i trzeba nam się pogodzić z dopisaniem zanikającego z czasem gatunku homo sapiens do długiego szeregu australopiteków i neandertalczyków?

***

.Miałem zaledwie trzy lata, lecz wciąż dobrze pamiętam, jak szlochałem z rozpaczą, gdy na podbój kosmosu wyruszył pierwszy pasażer – pies Łajka. Płakałem, bo – jak się dowiedziałem od taty – nie mogłem się pogodzić z faktem, że Łajka już nie wróci na Ziemię, pozostanie na orbicie na zawsze. Nie zdążyłem jeszcze pójść do szkoły, gdy nasz glob okrążył Gagarin, a gdy kończyłem podstawówkę, Neil Armstrong wykonał „mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”.

I od lat 50. aż po 70. wszystkich nas, tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie, wybitni radzieccy nobliści karmili opowiastkami o rychłym nawiązaniu kontaktu z pozaziemskimi cywilizacjami, eksperci NASA opowiadali o szybkim podboju kolejnych planet, a media rozważały warianty spędzania wczasów w roku 2000 w kurortach zbudowanych na Księżycu. Kolejne lata skutecznie wyleczyły mnie ze scjentystycznego hurraoptymizmu. Doradzam taki sceptycyzm również w dywagacjach o sztucznej inteligencji, takiej, która osiągnie poziom człowieka i będzie zdolna go zastąpić.

Wśród naukowców wiarę w automatyczny postęp i nieograniczone możliwości nauki osłabiła sama nauka. Zasada nieoznaczoności Heisenberga ukazała ograniczenia w poznawaniu mikroświata, teoria względności – limity w poznawaniu kosmosu, zasady antropiczne pokazały naiwność myślenia o powszechnym występowaniu we Wszechświecie życia, którego prawdopodobieństwo szacuje niezwykle długi ciąg zer i dopiero na 229. miejscu pojawia się liczba 1 (1:10229). Twierdzenia Gödla dowiodły nie tylko istnienia granic w idealnym świecie matematyki, ale – jak wynika jeszcze z analiz Gödla, rozwijanych potem przez wielu wybitnych matematyków – przeciwstawiły się możliwości stworzenia sztucznej inteligencji jako projektu odtworzenia działań ludzkiego umysłu, a więc możliwości odtworzenia struktur naszego myślenia i odczuwania. Większość matematyków jest także przekonana, że twierdzenia Gödla redukują lub wręcz obracają wniwecz tezę znacznie słabszą, a więc możliwość pełnego symulowania wyników pracy ludzkiego umysłu.

***

.Te ograniczenia, wpisane w samą strukturę matematyki, fizyki oraz kosmosu, sprzyjają mojemu sceptycyzmowi w myśleniu o tym, że przyjdzie nam żyć w Matriksie, czym stale straszą nas futurolodzy, twórcy fantasy i dziennikarze, ale też i genialny kosmolog Stephen Hawking oraz wizjonerski przedsiębiorca Elon Musk.

Mojemu krytycyzmowi sprzyja także spojrzenie na parę ostatnich stuleci. W XVIII wieku Julien de La Mettrie, zachwycony automatami Jacques’a de Vaucansona, zwłaszcza pływającą kaczką, która chwytała rzucane na wodę ziarna, połykała je, a później wydalała, napisał słynne L’homme-machine (Człowiek maszyna). Porównywał w nim człowieka do najbardziej wówczas skomplikowanego urządzenia, zbudowanego „kunsztownie i umiejętnie” „ogromnego zegara”.

Wiek później sformułowanie podstawowych praw chemicznych, początek chemii organicznej i elektrochemii, odkrycia nowych pierwiastków sprawiły, że dla wielu uczonych człowiek zaczął się jawić jako produkt wysoko przetworzonej chemii. Najbardziej lapidarnie sformułował to Ludwig Feuerbach: Der Mensch ist, was er isst (człowiek jest tym, co je).

Potem, w wieku XX, odkrycie podwójnej spirali (dokładniej: helisy) DNA i rozwój genetyki natchnęły Richarda Dawkinsa do wymyślenia „samolubnego genu” i uznania człowieka za wierną realizację informacji zawartej w kodzie genetycznym. Sporo energii poświęcono też podkreślaniu, że wielka zbieżność ludzkiego kodu DNA z małpami naczelnymi dowodzi, iż istota ludzka jest jedynie nieco zmodyfikowaną wersją troglodyty, czyli szympansa zwyczajnego.

Z kolei nasz wiek XXI jest wiekiem usiłowań, by zbudować komputer subatomowy. Nic więc dziwnego, że myślenie wielu ludzi powiązanych ze światem nauki i techniki poczęło traktować umysł ludzki jako swego rodzaju super-mega-komputer kwantowy zdolny do samodzielnego stworzenia algorytmu algorytmów i pracujący na Big and Fast Data, które stale się mnożą – stale stają się i bigger, i faster.

Czy dzięki tym wysiłkom największych umysłów oraz ich niezliczonych imitatorów i sukcesorów wiemy dziś znacznie więcej o człowieku? Raczej wszystkie te usiłowania pokazują, że od paru stuleci człowiek Zachodu, pragnąc zdefiniować człowieka, przyrównuje go do najbardziej złożonych struktur i skomplikowanych maszyn wynalezionych w danej epoce.

Dziś wizja człowieka zawarta w „Człowieku maszynie” rozbraja swoją naiwnością, a materializm Ludwiga Feuerbacha razi swoim prymitywizmem. Silnie zblakła też rewolucyjna ongiś konkluzja Dawkinsa, że wszyscy jesteśmy po prostu „maszynami genowymi”.

Rzeczywistość srogo obchodzi się z tego typu myśleniem. Tworzenie człowieka na obraz i podobieństwo osiągnięć naukowych swojego czasu najpierw nieuchronnie popada w anachronizm, a z czasem w śmieszność.

Mój sceptycyzm umacnia też kolejny fakt. To, że nadal nie istnieje definicja albo że istnieją niezliczone definicje ludzkiego umysłu. Nie wiemy nawet, na ile tenże umysł, z bogactwem jego intencjonalności i wieloznaczności, różnych poziomów świadomości i podświadomości, introspekcji i retrospekcji, związany jest z poszczególnymi częściami mózgu, na ile z całym ciałem oraz z aspektami ponadjednostkowymi – życiem społecznym. Jak samokrytycznie stwierdził jeden ze światowej sławy neurologów: „10 lat temu na pytanie, ile wiemy o działaniu mózgu, odpowiadałem, że 10%, a teraz odpowiadam, że 5%”.

Sądzę zatem, iż mój sceptycyzm w rozważaniach o stworzeniu sztucznej inteligencji imitującej człowieka ma całkiem racjonalne podstawy.

Ponieważ jednak zawsze można odrzucić taką argumentację aktem ślepej wiary w postęp – owszem, dziś jeszcze nie wiemy, ale już za 50 lat będziemy wiedzieli – pozwolę sobie przenieść te rozważania na jeszcze inną płaszczyznę.

***

.Erwin Schroedinger, jeden z twórców mechaniki kwantowej, w eseju The Principle of Objectivation zawarł tyleż prostą, co fundamentalną uwagę: „Drogi czytelniku lub – jeszcze lepiej – droga czytelniczko: przypomnij sobie jasne, promienne, pełne radości oczy twego dziecka. Niech ci potem fizycy powiedzą, że w obiektywnej rzeczywistości nic nie emanuje z tych oczu… W »rzeczywistości«! Co za dziwaczna rzeczywistość! Wydaje się, że zaginęło w niej coś ważnego”. W ten prosty sposób wybitny fizyk, pisząc o oczach dziecka, zarysował napięcie istniejące pomiędzy dwoma różnymi sposobami myślenia i okazywania wrażliwości u współczesnego człowieka.

Pierwszy z nich nazwałbym „racjonalizmem zamkniętym”. Uznaje on za realne jedynie to, co poddaje się analizie naukowej. Wszystkie inne ludzkie doznania i wytwory są – wedle jego wyznawców – subiektywne i nieracjonalne.

Nazywam go „zamkniętym”, ponieważ jest on zamknięty na transcendencję, która – wedle tego sposobu myślenia – jest co najwyżej stanem psychicznym człowieka. Jest on też zamknięty na istnienie głębszych więzi międzyludzkich. Relacja matki i dziecka jest dla niego emanacją biologicznej więzi samicy z potomstwem, a relacje między dorosłymi – rodzajem zawieranego między nimi kontraktu. Ta forma postrzegania rzeczywistości, której naczelnymi kategoriami są empiryczna weryfikowalność, efektywność i optymalizacja, zdominowała myślenie Zachodu w trzech ostatnich stuleciach. Przyznała też sama sobie monopol na racjonalność. Tymczasem oprócz irracjonalizmu, który wielokrotnie potwierdził w życiu ludzi i narodów prawdziwość słów Goi, że „gdy rozum śpi, budzą się demony”, istnieje też – co sugeruje Schroedinger – inny racjonalizm, który można nazwać „otwartym”. Ta forma racjonalizmu szanuje osiągnięcia nauki, ale nie jest wobec niej bezkrytyczna, bo przecież łatwo pokazać, że liczne dokonania uznane za „naukowe” z czasem okazały się błędne. Szanuje też ludzki rozum jako niezrównane narzędzie poznania i opisu rzeczywistości, ale uznaje zarazem, że istnieją granice ściśle rozumowego dochodzenia do prawdy. Dlatego pozostaje otwarta na transcendencję – na istnienie innych wymiarów rzeczywistości: piękna, miłości czy etyki, o których można wiele powiedzieć, używając rozumu, ale ich istnienia nie da się naukowo dowieść ani też opisać.

Można przecież racjonalnie pokazać, że pojęcie piękna nie da się zamknąć w ściśle rozumowych kategoriach, że całkowicie racjonalna miłość przestaje już być miłością, a etyka w granicach czystego rozumu nie jest racjonalnym systemem, lecz arbitralnym wyborem.

Czy twierdzenie, że „Koncerty brandenburskie” są jedynie sumą zapisanych nutami dźwięków wywołujących poruszenie emocjonalne u pewnej części ludzkiej populacji, jest naukowe? Natomiast przekonanie, że swoją harmonią docierają one do jakiejś niewyrażalnej inaczej części rzeczywistości, jest całkowicie irracjonalne?

Czy naukowe jest przekonanie, że poezja Czesława Miłosza, Emily Dickinson czy Josifa Brodskiego to jedynie zestaw wyrazów tak umiejętnie dobranych, by podrażnić korę mózgową czytelnika i uruchomić jego emocjonalną reakcję? Natomiast pogląd, że poezja opisuje tę część prawdy o ludzkiej kondycji, której nie sposób opowiedzieć w języku nauki, to zwykły irracjonalizm?

Podobnie jest z miłością. Czy pogląd, że głębsze relacje pomiędzy ludźmi to wyłącznie mniej lub bardziej świadoma erotyka zapewniająca przetrwanie gatunku, czego jednakowoż nijak dowieść naukowo się nie da, jest racjonalny, a irracjonalne jest przekonanie, że ludzie są zdolni transcendować swój egoizm, aby wzajemnie się obdarowywać przyjaźnią?

A etyka? Jak słusznie pokazał Kołakowski, równie racjonalny, jak kantowski imperatyw, by czynić jedynie to, co mogłoby zostać prawem powszechnym, może być pogląd, że pragnę, by inni ludzie zawsze mówili prawdę, ale abym ja sam czynił to jedynie wtedy, kiedy to dla mnie korzystne.

A prawa człowieka? Są przecież całkowicie arbitralną konstrukcją, której rozumowo w żaden sposób wywieść się nie da, co też i wielokrotnie podkreślali przedstawiciele kultur odmiennych od zachodniej. Nie istnieje bowiem ani stricte racjonalny dowód, ani też żadna metoda empiryczna, które mogłyby dowieść twierdzeń o prawdziwości tak fundamentalnych zasad, jak równość kobiet oraz mężczyzn, zakaz tortur czy poszanowanie różnorakich mniejszości.

***

.Sami nie wiemy, kim jesteśmy, ponieważ ogromne połaci ludzkiej egzystencji wymykają się wszelkim algorytmom i matematycznemu opisowi, dlatego – choć zapewne można nauczyć komputery układania wierszy i melodii – nie wierzę w stworzenie sztucznej inteligencji w sensie mocniejszym – a więc zdolnej do odwzorowania pracy ludzkiego umysłu. Wierzę natomiast w „rewolucję robotów”. W to, że inteligentne kuchnie i łazienki, ogrody i domy, inteligentne roboty medyczne i ratownicze, inteligentne rowery, samochody, statki, drony i samoloty, inteligentne buty i ubrania, inteligentna praca oraz inteligentny odpoczynek, inteligentna komunikacja, edukacja, inteligentne zarządzanie, a także inteligentna analiza i diagnoza społeczna w niedługim czasie radykalnie odmienią życie całej ludzkości. Bez wątpienia stoimy dziś u progu wielkiej rewolucji.

Czy jednak na pewno uczyni ona nasze życie lepszym? A może uczyni je lepszym tylko dla garstki wybrańców? I co znaczy samo słowo „lepszy”, wszak porzekadło ironicznie przestrzega, iż „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Bardzo wiele zależy od tego – zgadzam się tu z Schroedingerem – co my, ludzie Zachodu, dostrzeżemy w jasnych oczach dziecka.

Początki rewolucji przemysłowej, która w XIX stuleciu odmieniła oblicze naszego globu, zrodziły w Anglii kontrrewolucję luddyzmu – bunt rzemieślników, chałupników i tkaczy. I można widzieć w niszczących krosna luddystach groteskowy i anachroniczny ruch społeczny walczący z nieuchronnym postępem. Można też jednak dostrzec wśród jego uczestników zdesperowanych, tragicznych ludzi, których nagle, brutalnie i bez ich winy, nie tylko pozbawiono środków do życia, ale i odarto z godności.

Takie problemy pojawią się z wielką mocą znowu – w czasie „rewolucji robotów”. Może ona przybrać bardzo rozmaite kształty. Ale niewątpliwie wielkie rzesze ludzkie będą musiały w stosunkowo szybkim czasie zmieniać zarówno swoje kwalifikacje, jak i obszary swojej aktywności. I niezmiernie wiele zależeć wtedy będzie od naszych oczu, od tego, co dziś dostrzegamy w jasnych oczach dziecka.

Jeżeli nic nie emanuje z tych oczu, to jedynymi kryteriami w naszym życiu pozostają skuteczność, optymalizacja oraz efektywność, a jedynym językiem algorytm. Sztuczna inteligencja poradzi sobie z nimi znacznie lepiej, niż sami to zdołamy uczynić.

Ale bajka Kołakowskiego jest przestrogą przed tym, jak niewiele potrzeba, aby ludzie niedawno jeszcze pełni ideałów wolności, równości i braterstwa, ulegając kryteriom pragmatyzmu i skuteczności działania, błyskawicznie przeistoczyli się w brutalnie strzegącą swoich przywilejów nomenklaturę. To nie tajemnicza choroba uformowała na ich plecach nowotworowe garby-sobowtóry. Sami, przez swe działania, przedzierzgnęli się w swoje nikczemne imitacje, złowrogie karykatury.

Dlatego tak ważny jest test oczu dziecka. Jeżeli bowiem dostrzeżemy w nich „coś więcej” niż biologię, chemię i fizykę, to owo trudne do nazwania „coś więcej” zmienia niezmiernie wiele. Śmiem twierdzić, że stanowi ono o rdzeniu naszego człowieczeństwa.

Heidegger pisał w Liście o humanizmie, iż „istotę człowieka stanowi to, że jest on czymś więcej niż tylko człowiekiem”. Miłosz w Widzeniach nad Zatoką San Francisco dochodził do konkluzji: „Tylko Bóg może mnie ocalić, bo wzbijając się ku niemu, wznoszę się ponad siebie, a prawdziwa moja esencja nie jest we mnie, ale nade mną”. Z kolei w Salvifici Doloris Jana Pawła II czytamy, że „człowiek zostaje niejako »skazany« na to, ażeby przerastał samego siebie – i zostaje do tego w tajemniczy sposób wezwany”.

Wraz z nimi wierzę w przerastanie samego siebie jako esencję naszego człowieczeństwa, w to „coś więcej”, co sprawia, że z oczu dziecka emanuje – oby jak najczęściej – prawdziwa radość oraz miłość.

.I chyba przede wszystkim od tego, co odczytamy w błysku ludzkiego oka, zależy przyszłość „rewolucji robotów” – czy uczyni ona nasz świat lepszym, bardziej humanitarnym, czy też będzie kolejną rewolucją bezlitośnie pożerającą swe dzieci.

Maciej Zięba OP

Przygotowana dla “Wszystko Co Najważniejsze” i publikowana w nr 8 magazynu “Wszystko Co Najważniejsze” [LINK] poszerzona wersja tekstu wygłoszonego na Forum Francusko-Polskim: „Era robotów. Czy nadchodzi nowa rewolucja?”, Zamek Królewski, 2018 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam