Michał BONI: "Madryt jesienią - w słońcu"

TSF Jazz Radio

Madryt jesienią - w słońcu

Michał BONI

Poseł do Parlamentu Europejskiego. Były minister pracy i polityki socjalnej, sekretarz stanu odpowiedzialny m.in. za politykę rynku pracy, szef zespołu doradców strategicznych Prezesa Rady Ministrów, minister administracji i cyfryzacji.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Po Kongresie Europejskiej Partii Ludowej Madryt wydaje mi się jakiś inny niż dotychczas. Piękny, zawsze słoneczny, ale pełen nowych odcieni. Premier Mariano Rajoy mówił o wielkim wysiłku wydobycia Hiszpanii z kryzysu. O poświęceniach, oszczędnościach i powolnej, ale coraz skuteczniejszej stymulacji gospodarki. Od przeszło roku widać mocno poprawiające się wyniki, zmniejsza się wyraźnie bezrobocie, powstają nowe miejsca pracy.

.W 2011 roku Hiszpania dziennie traciła 1430 miejsc pracy, dzisiaj zyskuje — 1492! Niestety, nie zawsze przekłada się to na wzrost płac — i pewnie nie może tak od razu — i nie zjednuje Marianowi Rajoy wsparcia ze strony osób młodych i w średnim wieku. Rajoy zadbał o dochodową stabilność emerytów w kryzysie, bo to tradycyjny elektorat Partii Ludowej, ale nie jest jasne, czy da to efekt w postaci wyniku wyborów.

Mój znajomy, prowadzący nieduży biznes, zatrudniający 15 osób, podkreśla z uśmiechem, że od kwietnia firma przynosi coraz więcej zysków. Ale dodaje ze smutkiem — to się nie przełoży na wynik wyborów parlamentarnych w grudniu, bo wszystkie media są przeciwko rządowi.

Nie ma dyskusji o faktach i racjach, rządzą tylko emocje i presja zmiany. Jak w Polsce — dyskurs publiczny napędzany gorączką sensacji w mediach skupia się wyłącznie na negatywnych emocjach.

.Wieczór na Plaza Tirso de Molina. To żywe madryckie miejsce, ze swoimi menelami, fajnymi domami, zaludniające się co wieczór, a w niedziele pełne nie tylko straganów z kwiatami, pięknie oświetlanymi słońcem, ale i z książkami.

Kawiarenki wypełnione ludźmi siedzącymi na placyku — obsługują Marokańczycy, Boliwijczycy i Hindusi. W trzech pobliskich fryzjerniach sami Wietnamczycy i Chińczycy, pod drzewami duża grupa Afroeuropejczyków. I słychać rosnący dźwięk okrzyków, skandowanych haseł, bębenków i piszczałek. Zbliża się manifestacja Podemosu, ale też i przedstawicieli różnych innych, nawet skrajnie opozycyjnych grup. Hasła radykalnie antyamerykańskie, anty-TTIP-owskie i oczywiście antyrządowe. Transparenty z napisami: „Cuts kill”, „No wars, no walls”.

Idą młodzi, starsze pary, mnóstwo ludzi w średnim wieku. Dotknięci kryzysem gospodarczym — co w doświadczeniu hiszpańskim było i jest jeszcze bolesne. Ale dotknięci też brakiem zaufania do dotychczasowej polityki, do jej matactw i korupcyjnego charakteru — jak to przedstawiają tutejsze media. Chociaż ten brak zaufania musi być głębszy, skoro tak łatwo ulegają prostocie i prostactwu populistycznego wyjaśniania świata. Słyszę ten krzyk, głośno recytowane zdania, widzę w oczach radość protestu — w takim nastroju maszeruje prawie 20 tysięcy ludzi. Bo patrząc z boku — to jest manifestacja protestu, ale nie ma w niej aż takiej skali nienawiści jak niekiedy u nas, w Polsce. Inna wersja populizmu — lewicowa, buntownicza, ale jak każdy populizm, dla racjonalności polityki i ten jest niebezpieczny. Jest to zresztą czas, kiedy w Hiszpanii wyłaniają się też nowe ruchy prawicowe, jak Ciudadanos, sporo bardziej na prawo od centrowej Partii Ludowej.

IMG_1617 1

.Na kongresie Europejskiej Partii Ludowej przyjęto wiele ważnych uchwał programowych, między innymi opracowywaną przeze mnie, o społeczeństwie 2.0, czyli o wyzwaniach cyfrowych dla Europy. Ale też dyskutowano dokumenty kluczowe dla kanonu wartości europejskiej chadecji. Dwa wątki były tu dodatkowo istotne. Pierwszy, związany z europejską debatą o uchodźcach i migrantach, drugi, związany z narastającą falą populizmu w Europie. Oba wątki przewijały się i łączyły ze sobą.

Wybrzmiał bardzo mocno głos Orbana, w jakiejś części Sarkozy’ego, w części Tuska — przemówienia o niezbędności ochrony europejskich granic. W wersji Orbana — obrony bardzo tradycyjnego kanonu chrześcijańskiej Europy, aż do zamknięcia się państw narodowych i instrumentalnego traktowania narzędzi integracji europejskiej. W wersji Tuska zabrzmiało to trochę inaczej — bo nacisk położono na poczucie bezpieczeństwa Europejczyków oraz konieczność uniknięcia zwycięstw ekstremizmów populistycznych: nacjonalistycznych i lewackich. To z jednej strony dobra perspektywa, z drugiej zaś brzmi trochę dziwnie i sztucznie, kiedy mówi się w pewnym uproszczeniu, iż musimy troszczyć się o bezpieczeństwo granic, żeby populiści prawicowi czy lewicowi nie doszli do władzy.

Zabrakło jasnego stanowiska, że równowagą dla ochrony granic musi być solidarność europejska w ludzkim traktowaniu uchodźców — to „welcome” w najlepszym, europejskim tego słowa znaczeniu, przełożone na bardzo praktyczne działania, także te o kontrolnym charakterze, i skupione na pomocy prawdziwym uchodźcom. A o tym właśnie mówiła z odwagą i bardzo konkretnie Angela Merkel. I wbrew temu, co napisało „Politico”, miałem wrażenie, że większy aplauz wywołało jej przemówienie niż Orbana.

Oczywiście Orban ma dużo racji, ale wypycha poza europejski kanon to, co fundowało Europę od czasu traktatu rzymskiego, czyli serdeczną łączność tradycji i nowoczesności, jedności i różnorodności. Trudno wyobrazić sobie tożsamość chadecji europejskiej, która by nie przyswoiła tego, co w europejskim tyglu powstawało od 1945 roku: nowych definicji praw podstawowych, szacunku dla odrębności społecznej, gospodarki rynkowej, przetwarzanej w Niemczech praktycznie: od modelu wdrażanego przez Erhardta, opartego na wzorcach von Misesa, aż do wersji Kohla i Merkel, łącznie z lekcjami, jakie wzięli od Brandta czy Schmidta. Manfred Weber, EPP-owski lider w Parlamencie Europejskim, mówi o oświeceniowych źródłach współczesnego etosu chadecji. W takim właśnie duchu przemawiała Merkel, broniąc tego, co narodowe, ale dostrzegając to, co europejskie, broniąc tego, co grupowe, ale i co indywidualne. Gdy tymczasem linia i wizja Orbana zaprowadzić nas może do słusznej skądinąd obrony tego, co narodowe i grupowe, ale i zagubienia tego, co europejskie oraz indywidualne.

.Oczywiście, dalszy ciąg tego sporu będzie się rozwijał. Dzisiaj gospodarz Kongresu, Hiszpania, bliższa jest pozycji Merkel, podobnie jak wiele krajów — Portugalia pokonująca gospodarcze zagrożenia czy Irlandia ze wspaniałym, wizjonerskim premierem Endą Kennym, który rozmawia z narodem. Irlandzki lider wyjaśnia trudne problemy, a nie bezkrytycznie podąża za społecznymi odruchami populizmu, jak czyni to Orban czy niektórzy przywódcy w krajach naszego regionu. W debacie o demokracji i populizmie, Dzurinda, były premier Słowacji, reformator tego kraju, dziś szef Fundacji Martensa, think tanku Europejskiej Partii Ludowej — powiedział — że populizm jest albo trikowym narzędziem manipulacji politycznej, albo rakiem w polityce. Dużo racji jest w tej diagnozie. I dlatego trzeba być ostrożnym w polityce, kiedy chcąc walczyć z niebezpieczeństwami populizmu, za bardzo się do niego niektórzy politycy zbliżają. Bo ten rak działa.

IMG_1455 1

.Kongres w Madrycie służył ważnym dyskusjom, ale był też okazją do spojrzenia na stolicę Hiszpanii trochę inaczej.

Bo Madryt ma mnóstwo fantastycznych zaułków. Idziesz uliczkami starej części miasta i natrafiasz na plac Pokory, koło niego muzeum św. Izydora Oracza, patrona Madrytu. Żył na przełomie XI i XII wieku, pracował na roli i czynił cuda, pomagał ludziom i zmieniał niezbyt żyzne pola w niezwykle urodzajne ziemie. Jak mówią legendy, to dzięki niemu ziemie madryckie rozkwitły.

Ta pamięć dziękczynienia, dobrej chrześcijańskiej cnoty, widoczna jest w wieczornej, piątkowej mszy świętej w kościele poświęconym św. Izydorowi, w kaplicy del Obispo, z przejmującą figurą Chrystusa owiniętego w strojną kapę — jak to jest tu w zwyczaju, figury świętych, Chrystusa, Matki Bożej ubiera się w piękne stroje. Przy innym ołtarzu maleńka, dziecięca figurka św. Filomeny.

Kawałek dalej — królewska kaplica Małych Sióstr Baranka. Ludzie właśnie po mszy, serdeczni dla siebie, ożywieni. A kościół ma niebywale piękny ołtarz z XV wieku z rzeźbami w stylu Wita Stwosza i cudowną opowieścią historii z życia Jezusa. Kiedy z wysokości schodów patrzy się z tego kościółka na placyk Paja, to widać jego nieregularny kształt, psy i dzieci bawiące się razem, stoliki kawiarenek, piękne platany i migdałowce. To był w okresie mauretańskim najważniejszy plac handlowy Madrytu. Jeszcze kawałek dalej, na dole pochyłego placu, jest ogród księcia Anglona, a tam w wieczornej ciemności, na kamiennym podeście grupka studentów ćwiczy i przedstawia fragmenty z „Don Kichota” Cervantesa, odsłaniając kulisy nieszczęsnej miłości bohatera do Dulcynei. To jest taki madrycki splot tradycji i współczesności, chrześcijaństwa i dziedzictwa arabskiego, turystycznego gwaru i rodzinnych nawyków.

IMG_1327

.Ten splot madrycki to także mieszanina kolorów skóry, języków, religii i doświadczeń życiowych. Na pięknym pałacu z końca XIX wieku, który służył i telefonii, i poczcie, i bankom — a teraz daje miejsce ratuszowi — jest wielki napis: „Welcome refugees”. Hiszpania jest obecnie może pomniejszym celem wielkiej fali uchodźczej kierującej się do Europy, ale w ostatnich 20 latach bywało różnie. Jeszcze 15 lat temu w zasobach pracy w Hiszpanii osoby spoza Europy tworzyły grupę wielkości ok. 2%, obecnie jest to już 14%. I nie było z tego powodu jakichś większych zaburzeń społecznych, a tym bardziej politycznych. W dużej części wynikało to ze swoistej bliskości kulturowej — migranci z Ameryki Południowej mówią tym samym językiem, a migranci z Maghrebu żyją w tym samym basenie Morza Śródziemnego. Integracja przebiega zatem względnie spokojnie — także na rynku pracy. Może te głęboko zakorzenione tradycje mieszania się kultur, bolesne, ale i owocne przepracowanie traumy frankizmu, bliskość doświadczania europejskości w jej prawdziwym wymiarze — bez kompleksów peryferyjnego zaścianka, jak to bywa w Europie Środkowej i Wschodniej — powodują, że mobilność, wielość kulturowa, odmienność wzorców zachowań są akceptowane i przyswajane. I nie sprawiają aż takiego kłopotu.

Ulice Madrytu mają w sobie otwartość i siłę odwagi dziewiętnastowiecznych planów architektonicznych oraz potęgi rodzącej się nowoczesności. Muzea mają bogactwo królewskiego dziedzictwa i fundatorów sztuki. Jest tu Boscha „Ogród rozkoszy” oraz Goya w Prado, jest „Guernica” Picassa w Reina Sofia, jest „Henryk VIII” Holbeina i „Sen spowodowany lotem pszczoły wokół owocu granatu na sekundę przed przebudzeniem” Salvadora Dali w muzeum Thyssen-Bornemisza. Knajpki mają wszystko: tapasy różnych smaków i składników, mnóstwo cudownej, wędzonej szynki oraz serów, madryckie flaczki. Na jednej z nich, blisko Plaza Mayor, napisane jest, że tutaj właśnie Hemingway nigdy nie pił. A na dostojnej i nowoczesnej Gran Via, na hotelu Tryp Gran Via, jest pamiątkowy napis, że tu właśnie Hemingway mieszkał, pisząc swoje reportaże z wojny hiszpańskiej w 1936 roku.

IMG_1029

.Późne wieczory warto spędzać w barwnej dzielnicy wokół placyku Chueca — kiedyś miejsce madryckich gejów, dzisiaj wszystkich spragnionych swobody, miłości, wolności. Do rana trwają rozmowy, spacery — jest tłumnie jak przy wejściach do madryckiego metra, kiedy ludzie jadą do pracy. Za to w niedzielne, wczesne popołudnie w parku La Retiro tłumy: całe rodziny z dziadkami i i pieskami, łódki na stawie, występy artystów ulicznych, zespoły jazzowe, pokazy flamenco, sprzedawcy rurek (barquillos) z kremem waniliowym i czekoladowym, napełnianych z czarodziejskiej butli z napisem „Madrid”, ubrani w prawdziwy strój prawdziwych madrilenos, wykrzykujący co 5 minut śpiewnie brzmiącą formułkę: „Kupcie te najlepsze na świecie rureczki!”. I podczas spaceru można dotrzeć do niebywałego Kryształowego Pałacu, kiedyś cieplarni z roślinami, dzisiaj miejsca wystawowego, które wygląda jak zamek z bajki otoczony niesamowitymi drzewami: rudziejącymi jesienią i zrzucającymi igły cyprysami, himalajskimi cedrami, wielkimi piniami i porywającymi platanami. Jest też spotkanie alejek i fontanna z pomnikiem upadającego anioła, jak niektórzy mówią — jedyny na świecie pomnik diabła.

.Ale jest również jedno miejsce, które jak świątynia nowej religii, nabiera znaczenia. Odwiedza je coraz więcej turystów, podjeżdżają dziesiątki autokarów. To stadion Santiago Bernabeu, stadion Realu Madryt. Bernabeu to twórca świetności tego piłkarskiego klubu, animator inwestycji, budowy stadionu, który dziś może i wydaje się przestarzały, ale dalej świetnie pełni swoje funkcje. Zwiedzanie stadionu — tour Bernabeu — to pielgrzymowanie. Od specjalnego miejsca najwyżej na trybunach, by widzieć cały stadion, przez stanowiska dziennikarskie, sale przygotowawcze dla sportowców („O! Tu się rozgrzewa Ronaldo!” — szepczą z przejęciem dzieciaki), drogę wyjścia na boisko, wreszcie punkt pozwalający prawie że dotknąć wspaniałej, soczystej murawy.

Na końcu genialne muzeum, cyfrowe, z historiami poszczególnych drużyn i piłkarzy (z pamiętanych najwcześniej przeze mnie — di Stefano z przełomu lat 50. i 60.), z filmami przedstawiającymi gole, z możliwością porównania butów piłkarskich sprzed stu, siedemdziesięciu i czterdziestu lat — z dzisiejszymi. W tej historii klubu jakoś umknął okres między 1933 rokiem a już okresem wojny (w której Hiszpania nie brała udziału wprost), rokiem 1940. Czyli dramat i trauma wojny domowej nie mają swojego uwidacznianego dzisiaj połączenia z historią madryckiej piłki. Na końcu tej mistycznej pielgrzymki: sklep — koszulki z nazwiskami obecnych piłkarzy kosztują 106 euro. Niektórzy mówią, że kupno wybitnego piłkarza za 100 mln euro zwraca się w ciągu roku ze sprzedaży koszulek…

IMG_1098

.Czy Hiszpania, metaforycznie mówiąc, zostanie w słońcu, czyli ocali racjonalność swojej drogi w wyborach grudniowych? Czy madrytczycy zachowają swój styl, czyli będą rozwijali się społecznie i kulturowo, nie martwiąc się o politykę, która musi prowadzić trudne sprawy, jak ocalanie kraju przed śmiertelną chorobą gospodarczą, co zrobili hiszpańscy chadecy w ostatnich latach? Czy zrobią politycznego fikołka i oddadzą władzę w ręce populistów — z prawej i lewej strony, co po pewnym czasie znów stworzy zagrożenia dla rozwoju? Bo taki jest dylemat: racjonalność kontra populizm. Tej jesieni w Polsce wybrano jedną z wersji populizmu. I teraz zacznie się problem, jak wrócić na tory racjonalności, w innym wydaniu niż przez ostatnich 8 lat, ale jednak wrócić na te tory — bo to jedyna droga dla każdego kraju w Europie.

Michał Boni
Madryt – Bruksela, 23–27 października 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam