Michał BONI: "Podróż zimowa. Kornwalia"

TSF Jazz Radio

"Podróż zimowa. Kornwalia"

Michał BONI

Poseł do Parlamentu Europejskiego. Były minister pracy i polityki socjalnej, sekretarz stanu odpowiedzialny m.in. za politykę rynku pracy, szef zespołu doradców strategicznych Prezesa Rady Ministrów, minister administracji i cyfryzacji.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

.Londyn po świętach Bożego Narodzenia. Spokojnie czekamy z Hanią na dworcu Paddington na pociąg do St. Ives w Kornwalii. Nigdzie nie widać misia Paddingtona — rozszedł się po całym Londynie i całym świecie razem z filmem, na dworcu został tylko sklep z gadżetami. I nagle dociera do nas, że w Londynie trwa wielki chaos kolejowy. Inżynierskie roboty, źle zaplanowane — korkują kolejowo nie tylko Londyn, ale i pół Anglii. Pędem musimy dostać się na dworzec Waterloo i stamtąd do Reading. W Reading, takie jak w Koluszkach kiedyś, jest miejsce przesiadkowe. Po peronach biegają zdezorientowani pasażerowie, szukając swoich spóźnionych pociągów.

Wreszcie. Jedziemy 6 godzin do St. Erth, z głośników w pociągu przepraszają nas co chwila. Około 19 jesteśmy na maleńkiej stacyjce, jak z powieści Agathy Christie, kiedy wyprawia Herkulesa Poirota na angielską prowincję. Czekamy 20 minut i wsiadamy do bajkowego pociągu do St. Ives, który jedzie 15 minut. Wysiadamy. Ciemno. Słychać tylko szum morza. To Morze Celtyckie, jak się później dowiadujemy.

Hotel jest w każdym calu angielski, ze starą windą z metalową kratką w środku, którą trzeba domknąć, by winda ruszyła.

W ciągu pierwszych pięciu minut usłyszeliśmy cztery razy słówko „lovely” — to ulubiony tutaj zwrot wyrażający cudowną akceptację wszystkiego: pogody, planów dnia, wyboru sposobu podania jajek na śniadanie…

Zresztą, podczas śniadania najpierw trzeba zamówić kawę lub herbatę oraz rodzaj grzanek, a dopiero po jakimś czasie wybrać coś na ciepło — czas płynie tutaj po kornwalijsku, wolno i wakacyjnie. Kelnerzy są nienagannie ubrani, a kieruje nimi ktoś, kto wygląda jak Carson z „Downton Abbey”.

KORN1

.Poranek był niebywały. Bo po deszczu dnia poprzedniego i nieprzyjaznej ciemności, z okna zobaczyliśmy jasne niebo i oświetlony brzeg morza z plażą.

Pogoda sprawia wspaniały prezent. Przez trzy dni jest niebieskie niebo i świeci słońce. Morze i plaża są wiosenne albo jesienne, zupełnie niezimowe. Przy promenadzie nad plażą rosną palmy — tak działa Golfsztrom, niosąc łagodność klimatu. Na plaży mnóstwo psów. Anglicy uwielbiają psy, psy uwielbiają Anglików. Jest zabawa, ale i spokój, psy są wyuczone, grzeczne. Większość osób chodzi w angielskich kaloszach — tutaj są one nie tyle na deszcz, ile do chodzenia po plaży, wchodzenia do wody. Przy plaży Cafe z całodziennym menu — na śniadanie dają tam crumpet, specjalny chlebek podpieczony od dołu z dziurkami. Kładzie się na nim masło, przyciska nożem, by przeniknęło w głąb ciepłego ciasta, a na to truskawkowy dżem. A w miasteczku, na każdej uliczce można w maleńkich kafejkach zjeść „cream tea”, czyli pysznego scone’a, na którym rozsmarowuje się dżem truskawkowy (znów, ale bardzo, bardzo dobry i tutejszy, kornwalijski), a na to nakłada śmietankowe masło. Jest w tych kornwalijskich smakołykach coś rozpływającego się w ustach…

Są plaże, drewniane przebieralnie z kolorowymi drzwiczkami, nabrzeże, port, morska stacja ratunkowa, którą w 2013 roku odwiedziła Królowa Elżbieta II (co upamiętnia odpowiednia płyta wmurowana w budynek). Są knajpki, bary, różne odmiany fish and chips, kamienie przy nabrzeżu i odpływy, które pozwalają przejść suchą nogą przez cały port. I są klify, drogi spacerowe wzdłuż wybrzeża i morza. Jest oddział Tate Gallery.

zdjęcie

.Wybieramy spacer nadmorskim szlakiem. Widoki przepiękne, ścieżka na początku w miarę prosta — na dół i do góry, wejście na klif, i dalej. Ale z czasem robi się coraz trudniej — wyboiste, nierówne kamienie, błoto, kręte ścieżynki, 200 metrów w górę i 300 metrów w dół. I końca nie widać. Bo to trasa z St. Ives do Zenner, licząca sobie 6,5 mili. Zejścia z trasy właściwie nie ma — bo wszędzie tereny prywatne, okolone murkami i krzewami, pastwiska jakieś 100×100 m z zamkniętymi drewnianymi bramkami. W morzu dwa – trzy razy widzieliśmy foki. Na trasie trochę turystów, wszyscy — tak jak my — w porządnych górskich butach. Pięknie: zielona trawa i krzewy, skałki, fale rozbijające się o kamienisty brzeg, gładkie morze, słońce świecące prosto w oczy. Zmęczeni po czterech godzinach dochodzimy do wioski, idziemy do pubu — tłok i pyszny, świeżo tłoczony sok jabłkowy z kornwalijskich ogrodów.

Do St. Ives wracamy już taksówką. Taksówkarze żyją tu chyba z tych, co wędrują te 6,5 mili i później nie mają jak wrócić do St. Ives. Ale są ciepli i sympatyczni, dzielą się swoją radością życia, mówiąc „lovely”.

Właściwie to czujemy się tak, jakbyśmy byli na końcu świata; dopiero kilkanaście mil od nas jest miejscowość „Land’s End”.

KORN2

.Ale szczególność tego miejsca bierze się z kilku powodów. Piękne położenie: klifowo-plażowe, czysty żółty piasek na plażach, jakiego nie powstydziłoby się Lazurowe Wybrzeże, klimat łagodny, jak na Anglię, ale nie tylko. Szyk miasteczka — jest tu norma i reguła kulturowa jak w arystokratycznym Brighton czy Wenecji z początku XX wieku, a zarazem otwartość i luz, jak w dzisiejszych hałaśliwych kurortach, choć bez hałasu. Jest silne poczucie tożsamości: wszystko, co oferują, jest Cornish. Nawet podawany z małżami św. Jakuba (czyli scallops) black pudding jest Cornish, a przecież black pudding to nasza kaszanka. Dużo tutejszych smakołyków z morza, warzywa, jabłka, dżemy, chleb i ciasta. Ciekawe, jak we współczesnym kompletnie zglobalizowanym świecie rośnie znaczenie tego, co lokalne. Ta kornwalijska lokalność jest piękna, bo głęboko osadzona w realnych doświadczeniach kulturowych, w historii, w monumentach postawionych w małych ogrodach miasteczka, by upamiętnić bohaterów I i II wojny światowej, czy w lokalnej prasie. Również w tym uśmiechu konduktora, który jeździ swoje piętnastominutówki na trasie St. Erth — St. Ives i życzy nam dobrej podróży powrotnej do Londynu. Tak się kończy zimowa podróż po kornwalijskiej Anglii bez śniegu.

Powrót. Pociąg jedzie wzdłuż wybrzeża i kanału La Manche — Plymouth, później Exeter, aż do Londynu. Tym razem po Londynie będzie nas oprowadzała świeżo wydana książka Wojciecha Karpińskiego — „Obrazy Londynu”.

Michał Boni
31 grudnia 2014 r.

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam