Michał ZIOŁO OCSO: O świętym, który nie zajmował się sobą

O świętym, który nie zajmował się sobą

Photo of Michał ZIOŁO OCSO

Michał ZIOŁO OCSO

Dominikanin, od 1995 r. w zakonie trapistów. Obecnie przebywa w opactwie Notre Dame d’Aiguebelle we Francji. Laureat nagrody wydawców katolickich Feniks 2009. Autor m.in. “Dziennik Galfryda”, “Bobry Pana Boga”, “Mamo, mamo, ile kroków mi darujesz?”, “Lekarstwo życia”, “Jedyne znane zdjęcie Boga”, “Liście, listki, listy”, “Inne sprawy”.

33 listy napisane zostały przez polskiego mnicha trapistę Michała Zioło OCSO do przyjaciela, francuskiego szlachcica i eremity Florentina Benoit d’Entrevaux. Połączyła ich poezja – jako mistrzowski skrót rzeczywistości – oraz chrzest. A także wspólne pragnienie, by zostać świętymi i otworzyć się na Miłość.

.Drogi Florentinie Benoit,

Dnia 23 stycznia w Marsylii, w domu spokojnej starości św. Jana Bożego, zmarł Yahia. Zdaje się kolejna i pewnie ostatnia już ofiara czarodziejów, którzy chłopców takich jak on kusili gawędami rojącymi się od wysp i staroświeckich żaglowców zagubionych pod ogromnym cichym błękitem. Tak pisał o czarodziejach i chłopcach w Bezsenności Oskar Milosz de Lubicz. Conrad w Jądrze ciemności nie mówił tyle, jednym zdaniem opisał chłopięce pokusy: „Dzieciństwo to czas białych plam na mapach świata”.

Urodził się w Breście na północy Francji. Jego ojciec marzył o karierze dla syna, ale ten wyniósł się z domu bardzo szybko, gdy miał siedemnaście lat, najął się do ciężkiej pracy przy kopaniu ziemniaków i zdobył trochę grosza. Pociągały go dalekie kraje i ubogi Jezus. Yahia, którego znałem, pracował jako portier-złota rączka w kurii algierskiej. Zapamiętany z nieodłączną fajką w zębach, pochylony nad książką, grzebiący w przedpotopowych zepsutych budzikach i innych cymesach z epoki Napoleona III, które zawinięte w szmatkę niczym umarłe wróble i chomiki znosiła mu do jego kanciapy tutejsza kapłańska starszyzna z pokorną prośbą, „żeby zerknął”.

Siedział ten mały brat Jezusa przy biskupie od roku 1994, kiedy uciekł spod noża terrorystom z GIA podczas napadu na dom jego wspólnoty w Bissie. W tym domu pomieszkiwało trzech braci. Kiedy przyszli islamscy terroryści, jednemu z nich udało się uciec do ogrodu, dwóch pozostałych napastnicy spętali i przykuli do łóżek. Bracia wiedzieli, że czeka ich śmierć przez podcięcie gardła. Zaczęli się więc modlić. Modlą się i modlą, a terroryści słuchają, słuchają i zaczynają się między sobą kłócić: bo są wśród nich tacy, którzy chcą złożyć braci w ofierze, i tacy, którzy chcą bronić ludzi modlitwy.

.Wygrali ostatecznie ci ostatni. Kiedy ten trzeci wrócił po wielu godzinach z ogrodu i zobaczył swoich przy życiu, usiadł na brzeżku łóżka i zapłakał. Płakał dobre pół godziny i nie mógł się uspokoić. Aż ocalonych wzięła nieziemska cholera i jak nie krzykną na niego: może byś nas tak jednak rozwiązał! Ot, życie zakonne, nikomu nie dogodzisz.

Yahia. Człowiek o dobrej pamięci, nigdy nie zapomniał o naszych urodzinach, rocznicach, zawsze z kwiatkiem w ręku, i z małym upominkiem. Był księdzem i kierowcą – żeby zarobić na życie wspólnoty, długie lata jeździł cysterną w koncernie naftowym w Bissie na południu Algierii.

Odważny. W 1959 roku, zaraz po Wielkanocy, poszedł śladami rabusiów, którzy w Wielką Środę ukradli zakonnicom z Tazruk wielbłąda. Chciał rozpocząć pościg jeszcze tego samego dnia, ale siostry się nie zgodziły, bo miał u nich celebrować liturgię Wielkiego Tygodnia. Zamarudził więc trochę w kościele, ale rzeczonego wielbłąda szybko odnalazł na pierwszym napotkanym targu i bez większych ceregieli odebrał złodziejom. Wrócił z nim czy na nim, w każdym razie triumfalnie.

Wspominam go, bo potrzebuję ikon, żywych przykładów, które nie muszą nic mówić, wystarczy, że są. Tacy święci zapadają na zawsze w pamięć i później, w chwilach trudnych, wypływają z jej odmętów. Żeby nas pocieszyć, podtrzymać, podać nam rękę i wyciągnąć z naszych piekieł, do których wtrąciła nas nasza arogancja lub tchórzostwo. Święci mówią nam, że jest to możliwe.

.Co jest możliwe? W przypadku naszego bohatera to, że można żyć całkiem skromnie i bez poczucia winy, że powinno się być w innym miejscu i przy innych zajęciach, i z innymi ludźmi. Że można żyć, nie zabierając nikomu przestrzeni, nie spychając nikogo w przepaść. Można żyć, nie przemykać lękliwie pod ścianami. Że świętość nie kłóci się z paleniem fajki i naprawianiem zegarków. Ale Yahia miał i ten bardzo osobisty rys, cudowny i rzadki, bardzo pożądany przez mnichów: nie zajmował się głupstwami – jak powie kiedyś Miłosz – całą tą ciągłą analizą wszystkich potencjalnych i realnych drgnień i dreszczy duszy, przywiązaniem do obrazu samego siebie w lustrze, fizyczną potencją, umysłową potencją, łącznie z obrazem siebie w wyobraźni jako istoty dobrej, szlachetnej, ludziom życzliwej.

Czyli zadowoleniem z siebie lub niezadowoleniem z siebie. I jedno, i drugie – ocenia Miłosz – wydaje mi się poniżej tego, czym powinien zajmować się prawdziwie mądry człowiek. I konkluduje: nigdy nim nie byłem, ale przynajmniej mam szacunek i podziw dla ludzi, którzy umieją jak najmniej myśleć o sobie, dobrze czy źle.

.Yahia nie marnował czasu na myślenie o sobie. Żył na pustyni, ale był jak prawdziwy pływak z sugestywnej przypowieści Izaaka z Turynu, który nauczał: Pływak nurkuje do wody obnażony z szat, aby odnaleźć perłę; mnich odrzuca wszystko i idzie przez życie, aby odkryć w sobie perłę – Jezusa Chrystusa, a kiedy Go znajdzie, nie szuka niczego poza Nim.

Michał Zioło OCSO 

Fragment książki 33 listy z Atlasu. Antidotum na religijne barbarzyństwo, wyd. „W drodze”, 2024 r. [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 października 2024