
O świętym, który nie zajmował się sobą
33 listy napisane zostały przez polskiego mnicha trapistę Michała Zioło OCSO do przyjaciela, francuskiego szlachcica i eremity Florentina Benoit d’Entrevaux. Połączyła ich poezja – jako mistrzowski skrót rzeczywistości – oraz chrzest. A także wspólne pragnienie, by zostać świętymi i otworzyć się na Miłość.
.Drogi Florentinie Benoit,
Dnia 23 stycznia w Marsylii, w domu spokojnej starości św. Jana Bożego, zmarł Yahia. Zdaje się kolejna i pewnie ostatnia już ofiara czarodziejów, którzy chłopców takich jak on kusili gawędami rojącymi się od wysp i staroświeckich żaglowców zagubionych pod ogromnym cichym błękitem. Tak pisał o czarodziejach i chłopcach w Bezsenności Oskar Milosz de Lubicz. Conrad w Jądrze ciemności nie mówił tyle, jednym zdaniem opisał chłopięce pokusy: „Dzieciństwo to czas białych plam na mapach świata”.
Urodził się w Breście na północy Francji. Jego ojciec marzył o karierze dla syna, ale ten wyniósł się z domu bardzo szybko, gdy miał siedemnaście lat, najął się do ciężkiej pracy przy kopaniu ziemniaków i zdobył trochę grosza. Pociągały go dalekie kraje i ubogi Jezus. Yahia, którego znałem, pracował jako portier-złota rączka w kurii algierskiej. Zapamiętany z nieodłączną fajką w zębach, pochylony nad książką, grzebiący w przedpotopowych zepsutych budzikach i innych cymesach z epoki Napoleona III, które zawinięte w szmatkę niczym umarłe wróble i chomiki znosiła mu do jego kanciapy tutejsza kapłańska starszyzna z pokorną prośbą, „żeby zerknął”.
Siedział ten mały brat Jezusa przy biskupie od roku 1994, kiedy uciekł spod noża terrorystom z GIA podczas napadu na dom jego wspólnoty w Bissie. W tym domu pomieszkiwało trzech braci. Kiedy przyszli islamscy terroryści, jednemu z nich udało się uciec do ogrodu, dwóch pozostałych napastnicy spętali i przykuli do łóżek. Bracia wiedzieli, że czeka ich śmierć przez podcięcie gardła. Zaczęli się więc modlić. Modlą się i modlą, a terroryści słuchają, słuchają i zaczynają się między sobą kłócić: bo są wśród nich tacy, którzy chcą złożyć braci w ofierze, i tacy, którzy chcą bronić ludzi modlitwy.
.Wygrali ostatecznie ci ostatni. Kiedy ten trzeci wrócił po wielu godzinach z ogrodu i zobaczył swoich przy życiu, usiadł na brzeżku łóżka i zapłakał. Płakał dobre pół godziny i nie mógł się uspokoić. Aż ocalonych wzięła nieziemska cholera i jak nie krzykną na niego: może byś nas tak jednak rozwiązał! Ot, życie zakonne, nikomu nie dogodzisz.
Yahia. Człowiek o dobrej pamięci, nigdy nie zapomniał o naszych urodzinach, rocznicach, zawsze z kwiatkiem w ręku, i z małym upominkiem. Był księdzem i kierowcą – żeby zarobić na życie wspólnoty, długie lata jeździł cysterną w koncernie naftowym w Bissie na południu Algierii.
Odważny. W 1959 roku, zaraz po Wielkanocy, poszedł śladami rabusiów, którzy w Wielką Środę ukradli zakonnicom z Tazruk wielbłąda. Chciał rozpocząć pościg jeszcze tego samego dnia, ale siostry się nie zgodziły, bo miał u nich celebrować liturgię Wielkiego Tygodnia. Zamarudził więc trochę w kościele, ale rzeczonego wielbłąda szybko odnalazł na pierwszym napotkanym targu i bez większych ceregieli odebrał złodziejom. Wrócił z nim czy na nim, w każdym razie triumfalnie.
Wspominam go, bo potrzebuję ikon, żywych przykładów, które nie muszą nic mówić, wystarczy, że są. Tacy święci zapadają na zawsze w pamięć i później, w chwilach trudnych, wypływają z jej odmętów. Żeby nas pocieszyć, podtrzymać, podać nam rękę i wyciągnąć z naszych piekieł, do których wtrąciła nas nasza arogancja lub tchórzostwo. Święci mówią nam, że jest to możliwe.
.Co jest możliwe? W przypadku naszego bohatera to, że można żyć całkiem skromnie i bez poczucia winy, że powinno się być w innym miejscu i przy innych zajęciach, i z innymi ludźmi. Że można żyć, nie zabierając nikomu przestrzeni, nie spychając nikogo w przepaść. Można żyć, nie przemykać lękliwie pod ścianami. Że świętość nie kłóci się z paleniem fajki i naprawianiem zegarków. Ale Yahia miał i ten bardzo osobisty rys, cudowny i rzadki, bardzo pożądany przez mnichów: nie zajmował się głupstwami – jak powie kiedyś Miłosz – całą tą ciągłą analizą wszystkich potencjalnych i realnych drgnień i dreszczy duszy, przywiązaniem do obrazu samego siebie w lustrze, fizyczną potencją, umysłową potencją, łącznie z obrazem siebie w wyobraźni jako istoty dobrej, szlachetnej, ludziom życzliwej.
Czyli zadowoleniem z siebie lub niezadowoleniem z siebie. I jedno, i drugie – ocenia Miłosz – wydaje mi się poniżej tego, czym powinien zajmować się prawdziwie mądry człowiek. I konkluduje: nigdy nim nie byłem, ale przynajmniej mam szacunek i podziw dla ludzi, którzy umieją jak najmniej myśleć o sobie, dobrze czy źle.

.Yahia nie marnował czasu na myślenie o sobie. Żył na pustyni, ale był jak prawdziwy pływak z sugestywnej przypowieści Izaaka z Turynu, który nauczał: Pływak nurkuje do wody obnażony z szat, aby odnaleźć perłę; mnich odrzuca wszystko i idzie przez życie, aby odkryć w sobie perłę – Jezusa Chrystusa, a kiedy Go znajdzie, nie szuka niczego poza Nim.
Fragment książki 33 listy z Atlasu. Antidotum na religijne barbarzyństwo, wyd. „W drodze”, 2024 r. [LINK]