Kapitalizm i wolność

Milton FRIEDMAN

(1912-2006). Ekonomista amerykański, propagator wolnego rynku. Twórca monetaryzmu. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 1976 roku. Zdecydowany obrońca i propagator wolnego rynku. Doradca ekonomiczny prezydentów Nixona i Reagana.

W jaki sposób korzystać z dobrodziejstw posiadania rządu i jednocześnie unikać związanych z tym zagrożeń dla osobistej wolności człowieka? W tej klasycznej pozycji Milton Friedman formułuje całościowy obraz poglądów gospodarczych, które miały decydujący wpływ na to, jak dzisiaj wygląda nasza rzeczywistość rynkowa. Według klasyka światowej ekonomii kapitalizm konkurencyjny jest zarówno środkiem służącym do osiągania wolności ekonomicznej, jak i warunkiem koniecznym dla osiągnięcia wolności politycznej.

.Podczas swojego inauguracyjnego orędzia prezydent Kennedy wygłosił słowa, które potem wielokrotnie cytowano: „Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie. Zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju”. Symptomatyczne dla naszych czasów jest to, że liczne kontrowersje narosłe wokół tego stwierdzenia mają przeważnie związek nie z jego treścią, lecz genezą.

Stwierdzenie to nawet w połowie nie wyraża takich relacji między obywatelem a jego krajem, które byłyby zgodne z ideałami wolnego człowieka żyjącego w wolnym społeczeństwie. Paternalistyczne podejście wyrażone w słowach „co kraj może zrobić dla ciebie” zakłada bowiem, że rząd jest patronem, a obywatel jego podopiecznym — tego rodzaju pogląd stoi w sprzeczności z przekonaniami wolnego człowieka, który wierzy w swoją odpowiedzialność za własny los. Natomiast koncepcja organiczna wyrażająca się w słowach „co ty możesz zrobić dla kraju” opiera się na założeniu, że państwo jest panem lub wręcz bóstwem, podczas gdy obywatel jest poddanym czy też czcicielem.

Każdy wolny człowiek zakłada, że państwo to zbiór jednostek, które razem to państwo tworzą — z tej definicji nie wynika, by cokolwiek znajdowało się nad lub pod tymi jednostkami. Wolny człowiek jest dumny ze wspólnego dziedzictwa i wierny wspólnym tradycjom. Rząd w jego mniemaniu istnieje po to, by realizować określone cele. Dlatego też rząd ów traktowany jest instrumentalnie — wolny człowiek w żadnym razie nie postrzega go jako ofiarodawcy różnych przysług i dóbr, a tym bardziej nie uważa go za pana lub bóstwo, któremu należy ślepo oddawać cześć i służyć. Dla takiego człowieka jedynym celem narodowym jest konsensus powstający po uzgodnieniu pojedynczych celów i ideałów, do realizacji których zmierzają wszyscy obywatele.

Wolny człowiek nie zapyta ani o to, co może zrobić dla niego kraj, ani o to, co on może zrobić dla kraju. Jego pytanie będzie brzmiało raczej: „Co ja i moi współobywatele możemy zrobić z pomocą rządu, aby uwolnić się od pewnych indywidualnych obowiązków, osiągnąć różne wspólne cele, a przede wszystkim chronić naszą wolność?”.

Wolny człowiek następnie zada sobie kolejne pytanie: „W jaki sposób ustrzec się przed niebezpieczeństwem przekształcenia się stworzonego przez nas rządu we Frankensteina odbierającego nam wolność, której według pierwotnych zamierzeń miał strzec?”.

Wolność to bardzo rzadki i wrażliwy gatunek. Rozum podpowiada nam (a historia to potwierdza), że największym zagrożeniem dla niej jest koncentracja władzy.

Rząd jest niezbędnym czynnikiem stojącym na straży naszej wolności oraz instrumentem, który umożliwia nam korzystanie z niej. Niestety, w związku z koncentracją władzy w rękach polityków staje się on jednocześnie zagrożeniem dla wolności. Możliwa jest sytuacja, w której wybrani zostaną politycy o szczerych zamiarach i szlachetnych celach, których przyznana im władza nie skorumpuje, jednak równie niewykluczone jest to, że władza przypadnie w udziale ludziom o zupełnie innych celach lub zostanie przez kogoś do takich celów wykorzystana.

W jaki sposób zatem korzystać z tego, co może dać nam rząd, a jednocześnie uniknąć zagrożeń dla naszej wolności? Stosowanym dotychczas rozwiązaniem są dwie ogólne zasady zawarte w amerykańskiej Konstytucji. Należy jednak zauważyć, że w praktyce były one wielokrotnie naruszane, choć oficjalnie nikt nigdy nie zanegował ich wartości. Po pierwsze zakres przyznanych rządowi uprawnień powinien być ograniczony. Najważniejszym zadaniem rządu jest ochrona naszej wolności przed wrogami zewnętrznymi, ale także przed zakusami obywateli naszego kraju. Funkcja ta jest realizowana poprzez egzekwowanie prawa i pilnowanie porządku, dbanie o skuteczność stosunków cywilnoprawnych, a także opiekę nad gospodarką wolnorynkową. Kolejnym zadaniem rządu jest stwarzanie nam wszystkim warunków do wspólnego osiągania celów, których nie moglibyśmy osiągnąć w pojedynkę lub ich samodzielna realizacja byłaby niemożliwa z powodów finansowych. Jednakże wykonywanie przez rząd obu tych funkcji nieuchronnie wiąże się z pewnym ryzykiem.

Nie chcę twierdzić, że powinniśmy wystrzegać się wykorzystywania rządu do realizacji wyżej wymienionych celów. Zanim się jednak na to zdecydujemy, powinniśmy przekonać się, czy przyniesie nam to wyraźne i znaczne korzyści. Polegając głównie na dobrowolnej współpracy i przedsięwzięciach prywatnych, możemy zagwarantować sobie, że zarówno w sferze gospodarczej, jak i wszystkich innych dziedzinach życia sektor prywatny będzie stanowił skuteczną gwarancję wolności słowa, wyznania i sumienia.

Druga zasada ogólna zakłada, że przyznana rządowi władza powinna być rozproszona. Jeśli jakaś funkcja musi być realizowana przez administrację rządową, lepiej niech odbywa się to na szczeblu hrabstwa niż stanu, lepiej na szczeblu stanowym niż w Waszyngtonie.

Jeśli nie podoba mi się sposób postępowania moich lokalnych władz (na przykład w kwestii odprowadzania ścieków, gospodarki przestrzennej czy szkolnictwa), zawsze mogę się przeprowadzić, zmieniając tym samym swoją przynależność do wspólnoty lokalnej. Co prawda bardzo niewiele osób decyduje się na tak drastyczny krok, ale już sama możliwość jest formą kontroli władzy.

Jeśli nie podoba mi się polityka mojego stanu, mogę przeprowadzić się do innego. Jeśli natomiast nie podobają mi się działania podejmowane w Waszyngtonie, nie mam tak wielkiego wyboru w świecie pełnym zawistnych narodów.

Trudność związana z minimalizowaniem liczby inicjatyw podejmowanych na szczeblu federalnym polega na tym, że centralizacja władzy ma wielu gorących zwolenników. Są oni przekonani, że dzięki temu łatwiej będzie im uchwalać i realizować programy, które służą interesowi ogółu (mowa tu na przykład o redystrybucji dochodów z bogatszej części społeczeństwa do biedniejszej lub też o przeznaczaniu większej ich części na wydatki publiczne niż prywatne). Właściwie można by uznać słuszność ich postawy, trzeba jednak pamiętać, że każdy medal ma dwie strony. Władza umożliwiająca czynienie dobra jest tą samą władzą, która umożliwia jednocześnie czynienie zła. Ci, którzy sprawują władzę dziś, jutro mogą zostać zastąpieni przez kogoś innego, a co najważniejsze — co dla jednych jest dobrem, dla innych może oznaczać zło.

Dążenie do centralizacji władzy rozumianej jako poszerzanie zakresu uprawnień rządu ma wymiar tragiczny — a to dlatego, że ludzie dążący do niej na ogół kierują się szlachetnymi pobudkami, ale to właśnie oni jako pierwsi żałują swoich decyzji.

Ochrona wolności jest argumentem protekcjonistycznym przemawiającym za ograniczaniem i decentralizacją władzy rządowej. Można jednak przytoczyć również argument konstruktywny. Wszelki postęp cywilizacyjny (niezależnie od dziedziny — w architekturze i malarstwie, nauce i literaturze, przemyśle i rolnictwie) nigdy nie dokonywał się na skutek centralizacji władzy. Kolumb nie wyruszył na poszukiwanie nowej drogi do Chin na polecenie parlamentarnej większości, chociaż należy zaznaczyć, że jego wyprawa była częściowo finansowana przez monarchę absolutnego.

Newton i Leibnitz, Einstein i Bohr, Shakespeare, Milton i Pasternak, Whitney, McCormick, Edison i Ford, Jane Addams, Florence Nightingale i Albert Schweitzer — żadna z tych osób nie poszerzyła granic naszej wiedzy, nie stworzyła niczego nowego ani nie przyniosła ulgi społeczeństwu na wyraźne polecenie rządu.

Ich osiągnięcia były rezultatem indywidualnego geniuszu, silnego przekonania o słuszności poglądów podzielanych jedynie przez garstkę ludzi oraz atmosfery społecznej, która sprzyjała różnorodności i zróżnicowaniu.

Administracja rządowa nigdy nie będzie w stanie skopiować różnorodności i zróżnicowania charakterystycznych dla działań podejmowanych przez jednostki. W dowolnym okresie rząd może poprawić poziom życia wielu jednostek, narzucając jednolite standardy żywieniowe, mieszkaniowe czy związane z ubiorem. Nie ulega wątpliwości, że poprzez wprowadzenie jednolitych standardów w kwestii szkolnictwa, budowy dróg czy higieny scentralizowany rząd jest w stanie poprawić sytuację wielu społeczności, a może nawet całego kraju. Jednak realizacja tego rodzaju działań doprowadzi do zahamowania postępu, a ostatecznie do całkowitej stagnacji — ujednolicona przeciętność zastąpi zróżnicowanie, które jest przecież warunkiem koniecznym prowadzenia eksperymentów mogących w przyszłości doprowadzić do kolejnych skoków cywilizacyjnych.

Bardzo wygodnie byłoby mieć na podorędziu jakąś etykietkę, którą dałoby się z łatwością przypisać poglądom politycznym i ekonomicznym, które formułuję. Taką etykietką byłby „liberalizm”. Niestety: „wrogowie systemu opartego na prywatnych przedsięwzięciach gospodarczych z właściwym sobie sprytem postanowili przywłaszczyć sobie tę etykietkę, co jest wobec tegoż systemu najwyższym, choć może niezamierzonym komplementem”[1]. W ten sposób w Stanach Zjednoczonych określenie „liberalizm” nabrało znaczenia zupełnie innego niż to, jakie miało w wieku XIX i ma do dzisiaj na znacznym obszarze kontynentalnej Europy.

Pod koniec wieku XVIII i na początku XIX powstał intelektualny ruch nazywany liberalizmem. Kładł on nacisk na wolność jako najważniejszy cel oraz na jednostkę jako najważniejszy element społeczeństwa. W stosunkach wewnętrznych postulował leseferyzm, który miał być środkiem ograniczania roli państwa w sprawach gospodarczych. Przyznawał tym samym większe kompetencje jednostkom. Propagował również koncepcję wolnego handlu z innymi krajami, co miało w sposób pokojowy i demokratyczny zbliżać je do siebie. W sprawach politycznych zakładał powstanie rządu wyłanianego na zasadzie reprezentacji oraz istnienie instytucji parlamentarnych, zmniejszenie arbitralnych kompetencji państwa oraz ochronę swobód obywatelskich.

Pod koniec XIX wieku, a już w szczególności po roku 1930 w Stanach Zjednoczonych termin „liberalizm” zaczął być kojarzony z zupełnie inną doktryną. Utożsamiono go z zagadnieniami ze sfery polityki ekonomicznej.

Liberalizm zaczęto kojarzyć z gotowością do powierzenia większości działań gospodarczych państwu, a zatem z akceptacją odsuwania na dalszy plan wszelkich dobrowolnie podejmowanych przedsięwzięć prywatnych. Sloganami wiązanymi z tym pojęciem stały się dobrobyt i równość, nie wspominano już o wolności.

XIX-wieczny liberał był przekonany, że najskuteczniejszą drogą do dobrobytu i równości jest poszerzanie zakresu wolności — liberał XX-wieczny uznawał dobrobyt i równość za warunek konieczny dla zaistnienia wolności lub też wręcz za jej alternatywę. Tenże liberał w imię dobrobytu i równości jest gotów wskrzeszać politykę interwencjonizmu i paternalizmu państwa, z którą walczyli przecież liberałowie wcześniejsi.

Swoimi działaniami wskrzeszając idee XVII-wiecznego merkantylizmu, XX-wieczny liberał nie waha się nazwać prawdziwego liberała reakcjonistą! Zmiana znaczenia tego pojęcia jest bardziej widoczna w sferze ekonomicznej niż politycznej. Zarówno liberał XIX-, jak i XX-wieczny cenią instytucję parlamentaryzmu, rząd wyłaniany na zasadzie reprezentacji, prawa obywatelskie itp. Niemniej jednak także w sferze polityki znajdą się pewne godne odnotowania różnice. Dawny liberał opowiadał się za decentralizacją władzy — dążył do wolności, zatem obawiał się wszelkiej koncentracji władzy, czy to w rękach państwa, czy w rękach prywatnych.

Liberał dzisiejszy preferuje centralizację władzy — jest zdeterminowany do działania i wierzy, że władza przynosi korzyści tylko wówczas, gdy znajduje się w rękach administracji rządowej pozornie kontrolowanej przez elektorat. Wszelkie wątpliwości dotyczące przyznawania konkretnych kompetencji bez wahania rozstrzyga na korzyść stanu kosztem miasta, rządu federalnego kosztem stanu i organizacji międzynarodowej kosztem rządów krajowych.

Wypaczenie terminu „liberalizm” spowodowało, że reprezentowane przezeń niegdyś wartości dziś często określa się mianem konserwatyzmu. Nie jest to jednak odpowiednie określenie. XIX-wieczny liberał był radykałem, zarówno w znaczeniu etymologicznym, czyli pod względem bezkompromisowego dążenia do celu, jak i politycznym, co oznacza, że postulował konieczność dokonania szeroko zakrojonych zmian w stosunkach społecznych. Jego współczesny następca także powinien być radykałem. Nie zależy nam na zachowywaniu obecnego stanu, w którym państwo ingeruje w sferę naszej wolności, chociaż nie ulega wątpliwości, że nie zależy nam także na zniszczeniu osób, które są za ten stan odpowiedzialne. Co więcej, określenie „konserwatyzm” ma w praktyce tak wiele — często sprzecznych ze sobą — znaczeń, że powinniśmy doczekać się powstania określeń dwuczłonowych, takich jak „konserwatysta-libertarianin” czy „konserwatysta-arystokrata”. Częściowo dlatego, że nie zgadzam się na oddanie tego terminu zwolennikom metod mających na celu zniszczenie wolności, a częściowo dlatego, że nie potrafię stworzyć lepszej alternatywy, w książce tej będę się posługiwał określeniem „liberalizm” w jego pierwotnym, XIX-wiecznym znaczeniu — na określenie doktryny zmierzającej do uczynienia człowieka wolnym.

Milton Friedman
Fragment książki “Kapitalizm i wolność” wyd.polskie Onepress. POLECAMY wersję E-BOOK: [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z
Przejdź do paska narzędzi