Nathaniel GARSTECKA: Dlaczego opowiadanie Polski światu jest tak trudne?

Dlaczego opowiadanie Polski światu jest tak trudne?

Photo of Nathaniel GARSTECKA

Nathaniel GARSTECKA

Redaktor „Wszystko co Najważniejsze". Francuz urodzony w Paryżu, z polsko-żydowskimi korzeniami. Pasjonuje się historią i kulturą Polski, Francji i narodu żydowskiego. W tygodniku "Gazeta na Niedzielę" prowadzi cotygodniową kronikę. Mieszka w Warszawie.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Rzetelna praca dziennikarska, publicystyczna i kulturowa, z udziałem środowisk polonijnych, wpływowych środowisk naukowych – jak projekt „Opowiadamy Polskę światu” realizowany od 2013 r. przez Instytut Nowych Mediów – pozwala zerwać z mentalnością oblężonej twierdzy, wyciągnąć rękę do osób, mediów i instytucji, na które chcemy mieć wpływ. Pozwala nadrabiać te kilkadziesiąt lat opóźnienia w udziale w globalnej debacie publicznej, spowodowanego przez zaborców w XIX wieku i totalitaryzmy w wieku XX, które przyniosły tak duże szkody dla polskiego narodu – pisze Nathaniel GARSTECKA.

Dezinformacja o Polsce w zagranicznych mediach

Aby zrozumieć, jak doszło do szerokiego rozpowszechnienia stereotypów na temat Polski i Polaków na Zachodzie, należy sięgnąć do czasów zaborów z końca XVIII wieku. Władze carskie usprawiedliwiały wtedy aneksję Polski koniecznością „przyniesienia stabilizacji i porządku chaotycznemu polskiemu społeczeństwu”. Polska była kreowana na kraj, w którym panowały anarchia i nastroje buntownicze.

Jednocześnie Francuzi byli zafascynowani carycą Katarzyną, która przyjmowała w swoim kraju idee Oświecenia. Voltaire i Diderot byli przez nią darzeni względami zarówno na niwie literackiej (bogate wymiany pism z Voltaire’em), jak i w sferze osobistej (Diderot był zapraszany do Petersburga). Mimo że te stosunki znacznie się pogorszyły po rewolucji francuskiej i że Francja okazywała sympatię dla „sprawy polskiej”, to niektóre szkody były nieodwracalne. W tym upowszechnienie pojęcia Polski jako kraju zacofanego i potrzebującego obcego kuratora.

Ten obraz utrwalił się w XIX wieku, gdy Polska walczyła o swoją niepodległość. Polska budziła solidarność wśród zachodnich elit, ale także paternalizm. „Polacy są dzielni, należy im współczuć i pomóc”, ale na dobrych uczuciach zazwyczaj się kończyło, zwłaszcza w czasach koncertu mocarstw. Silni i szanowani byli ci, którzy byli niezależni i mogli wywierać dyplomatyczne naciski w swoim otoczeniu. Polska w tej sytuacji stała się „obiektem drugiej kategorii”.

Paternalizm Zachodu i problemy Polaków z silnym stanięciem na nogach

Odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku nie wyleczyło Zachodu z paternalistycznej choroby. Owszem, Charles de Gaulle zachwycał się Warszawą i Polakami w trakcie swojego pobytu w Polsce w 1920 roku, aby wzmocnić Polaków w walce z bolszewicką Rosją; sympatia Francuzów ucieleśniła się wtedy konkretnym wsparciem, które pomogło odeprzeć najazd Armii Czerwonej, ale przez francuską opinię publiczną Polska nadal była postrzegana z poczuciem wyższości.

Okres, który się wtedy otworzył, był bez wątpienia tragiczny dla wizerunku Polski na Zachodzie. Po pierwsze, propaganda radziecka budowała obraz białego (w przeciwieństwie do czerwonego komunizmu), reakcyjnego i nadal feudalnego kraju, co miało niebagatelny wpływ na stosunek do Polski socjalistycznych zachodnich elit zarówno przed II wojną światową, jak i po niej. Do dzisiaj zresztą francuscy progresywiści czują wstręt do kraju, który zatrzymał czerwoną rewolucję w 1920 roku i odmówił Związkowi Radzieckiemu „niesienia pomocy” Czechosłowacji w roku 1938.

Po drugie, propaganda nazistowska poszła o krok dalej, uzasadniając okupację Polski obrazem kraju „zacofanego”, „niższego rasowo” i „skażonego” przez obecność licznej społeczności żydowskiej. Niemcy mieli wtedy nieść „porządek i kulturę” Polakom, którzy „szarżowali końmi na czołgi”. Niektóre środowiska skrajnie prawicowe powielały tę propagandę, której znaki można nadal dzisiaj odnajdywać. I nie tylko skrajnie prawicowe: słynne zdjęcie szarżujących jeźdźców znajdowało się w moim podręczniku do historii w paryskim gimnazjum, bez żadnej informacji, że Polacy nie szarżowali na czołgi, tylko na piechotę, i w dodatku skutecznie.

Wreszcie czas powojennej radzieckiej okupacji dopełnił budowę negatywnego wizerunku Polski. W zasadzie wszystkie kraje znajdujące się na wschód od żelaznej kurtyny zostały uznane w zachodniej opinii publicznej za inny świat: biedny, zacofany, przyzwyczajony do autorytarnych rządów. Paternalizm i poczucie wyższości zachodnich elit osiągnęły wtedy swój zenit, a powrót do niezależności i demokracji Europy Środkowej po 1989 roku nie wyleczył tych elit.

Istotnym elementem tej układanki był czas istnienia bloku wschodniego. Po II wojnie światowej zachodnie społeczeństwa uświadamiały sobie skalę zbrodni dokonanych przez Trzecią Rzeszę i Związek Radziecki. Ten proces budowania wiedzy i świadomości społecznej trwał kilkadziesiąt lat. Historycy i badacze opisywali przebieg wydarzeń i ustalali fakty – ta wiedza docierała do opinii publicznej dzięki środkom masowego przekazu (telewizja, kino, gazety). Rządy i organizacje polityczne także korzystały z tych środków, aby tworzyć narracje historyczne, mniej lub bardziej zgodne z prawdą. Francuscy komuniści zbudowali narrację o bohaterskim ruchu oporu, który dzielnie walczył z nazistami przez całą wojnę. Niemcy z kolei o tym, że byli tylko ofiarami nazistów i że zostali „wyzwoleni” w 1945 roku. Produkcja filmów na szeroką skalę przez przemysł hollywoodzki okazała się bardzo skutecznym narzędziem w kształceniu zachodniej opinii publicznej.

Sęk w tym, że przez ten czas aktywnego budowania przekazu historycznego i tworzenia podręczników o wydarzeniach z lat 1939–1945 (i ogólnie o XX wieku) kraje Europy Środkowej nie miały prawa głosu. Władze radzieckie blokowały tym narodom wgląd we własną historię oraz uczestnictwo w kształtowaniu narracji dziejowej o skali międzynarodowej. Cały przekaz w tych krajach, zwłaszcza w Polsce, był sterowany przez realny socjalizm i uzależniony od ideologicznego stanowiska Związku Radzieckiego. Moskwa blokowała na przykład badania dotyczące tragedii narodów, które znajdowały się pod jej kontrolą – po pierwsze, aby tuszować komunistyczne zbrodnie, a po drugie, aby „nie dzielić” narodów: Zagłada Żydów była na przykład tylko jedną z tragedii, które dotknęły społeczeństwo radzieckie. O prześladowanych Polakach nie było nic.

Krzywda obcych narracji

Zachód pominął dokładne badanie dziejów w tej części Europy – niekoniecznie w wyniku woli zmanipulowania historii, ale ta manipulacja była naturalną konsekwencją braku dostępu historyków do źródeł i dokumentów z krajów Europy Środkowej. Opierano się wyłącznie na osobistych świadectwach, które zdecydowanie nie są wystarczające, aby zbudować pełny i rzetelny obraz dziejów, a czasem nawet są szkodliwe.

W dodatku archiwa były zamknięte lub ściśle kontrolowane przez władze komunistyczne; zostały otwarte dopiero po 1989 roku. 40 lat opóźnienia w historycznej debacie publicznej spowodowało olbrzymie szkody, których do dziś nie udało się naprawić. Walka ze stereotypami powstałymi w tym okresie jest traktowana na Zachodzie jako coś przestarzałego lub nawet podejrzanego. Panuje idea, że opinie „wolnych” krajów zostały już przecież ukształtowane i że lepiej nie próbować poprawiać błędów, aby nie otwierać starych ran, gdy jednocześnie dążymy ku wymazaniu granic, tożsamości i różnic między narodami.

Kraje dotknięte przez zbrodnie totalitaryzmów i jednocześnie krzywdzone w szerokiej narracji historycznej – a najważniejszym z nich jest bez wątpienia Polska – są oskarżane o chęć wprowadzenia zamętu, gdy ubiegają się o reparacje lub o korygowanie przekazu kulturowo-medialnego na ich temat. Zwłaszcza że często jest w to wmieszana polityka. Niektóre partie zrobiły z walki historycznej jeden z głównych elementów swojego dyskursu. 

Akurat kiedy na Zachodzie postnarodowa ideologia prawie kryminalizuje czczenie bohaterów narodowych i zwycięstw nad wrogami przeszłości, głośne dążenia środkowych Europejczyków do ponownego otwarcia badań nad wydarzeniami w trakcie II wojny światowej uchodzą za upolitycznione i niestosowne. Jest to na przykład kwestia ekshumacji na Wołyniu: „Po co odkopywać ten temat, gdy Rosja zagraża naszemu bezpieczeństwu? Służy to tylko propagandzie kremlowskiej”, można usłyszeć z niektórych ust.

Uproszczenia i stereotypy

Przedmiotem zainteresowania są także badania nad Holokaustem. Zachodnia opinia publiczna już wypracowała narrację na ten temat: „Wszystkie kraje i narody kolaborowały z nazistami, więc wszyscy są winni współudziału w Zagładzie Żydów, koniec kropka”. Podejmowane przez polskie instytucje próby zwalczania stereotypów i uświadomienia elit zachodnich, że każdy kraj miał inną, specyficzną historię, są traktowane podejrzanie – próba „wybielenia się” (tak jest to odbierane) ma kryć przyznanie się do winy. Im głośniej Polacy ubiegają się o prawdę, tym bardziej są podejrzani.

Tym sposobem ekspresja patriotyzmu staje się tożsama, w oczach postępowych elit, z rewizjonizmem historycznym. A zachodnie oskarżenia o rewizjonizm tylko wzbudzają jeszcze większą frustrację i jeszcze głośniejsze (i ostrzejsze) protesty. A im radykalniejsze hasła ktoś głosi, tym gorzej jest postrzegany, nawet jeżeli poniekąd ma rację w niektórych sprawach.

Dobrym przykładem jest coroczny Marsz Niepodległości w Warszawie: czczenie pięknej karty polskiej historii, odzyskanie niepodległości w 1918 roku, które przyciąga sympatyków z całej Europy, ale które staje się obiektem kłamstw i manipulacji ze strony progresywistycznych mediów. Sprawa nazwania tego marszu „neonazistowskim” przez norweską gazetę wywołała słuszne protesty, do których dołączyła polska dyplomacja. Ostatecznie udało się doprowadzić redakcję gazety do przeproszenia, ale to tylko obrazuje, jak pewne środowiska podchodzą do tematyki polskiej.

Rzecz jasna, na Marszu Niepodległości pojawiają się kontrowersyjni politycy i bardzo kontrowersyjne hasła i transparenty. Tego nie można negować. Ale to, jak to jest wykorzystywane przez zachodnich (a czasem nawet polskich) komentatorów, jest rażąco nieuczciwe. Sam, jako polski Żyd, chodząc co rok na Marsz, nie czuję się w nim otoczony przez wrogo nastawionych do mnie nacjonalistów i antysemitów. Towarzysząc co rok grupie Francuzów obecnych na wydarzeniu, nie spotykam się z ksenofobią ze strony Polaków, wręcz przeciwnie: wielu podchodzi, by nam dziękować za naszą obecność. „Vive la France!”, słyszymy. „Vive la Pologne!”, odpowiadamy. Czy tak wygląda „ksenofobiczny, antysemicki, neonazistowski” marsz?

Praca pozytywistyczna, czyli „Opowiadamy Polskę światu”

Reakcja polskich władz i polskiego społeczeństwa na niesłuszne oskarżenia norweskiej gazety była odpowiednia i zresztą zadziałała. Pokazywanie prawdy o Marszu, czyli wydarzeniu radosnym, patriotycznym, rodzinnym, na którym zdarzają się kontrowersyjne hasła, ale które są marginalne i nie reprezentują wcale przekonań większości uczestników, jest najlepszą opcją. Należy też odnotować udział prezydenta Karola Nawrockiego w Marszu. Nie ma wielu krajów na świecie, w których głowa państwa bierze udział w patriotycznych wydarzeniach ulicznych w tłumie maszerujących.

Lepszym sposobem niż radykalizacja haseł historycznych i upolitycznienie narracji o pamięci w ogólnej debacie na temat wydarzeń z XX wieku i w zwalczaniu stereotypów jest uporządkowana praca dziennikarska i badawcza. Mogą w tym brać udział zarówno zwykli obywatele, rozmawiając ze swoimi znajomymi z innych krajów, zapraszając ich do Polski, opowiadając im o historii, jak i dziennikarze – pisząc rzetelne artykuły, pozbawione złości i radykalizmu, prowadząc wywiady ze specjalistami – i instytucje, organizując wystawy lub konferencje historyczne, publikując prace badawcze, produkując filmy.

Znaczącą rolę pełnią tutaj reprezentanci Polonii w krajach zachodnich. Jako „mosty” kulturowe są w stanie wziąć udział w debatach publicznych w krajach, w których zamieszkują. Mają lepszą znajomość rynku medialnego, kształtu sceny kulturowej i na pewno lepsze kontakty z miejscowymi. Wiedzą, jakich słów użyć, w jakim języku i na co szczególnie uważać, aby dotrzeć do świadomości Francuzów, Norwegów czy Amerykanów. Polacy mieszkający za granicą są kluczowym elementem w relacjach kulturowych i intelektualnych między państwami. Zamiast mnożyć radykalne i szkodliwe hasła na wiecach wyborczych, politycy powinni stawiać na Polonię jako pomost łączący Polskę z zachodnią opinią publiczną. Tylko że jest to zapewne mniej zyskowne wyborczo: radykalizm historyczny pozwala mobilizować środowiska żądne głośnego „uporania się” ze stereotypami i manipulacjami obecnymi w zachodniej opinii publicznej (zresztą, nie tylko zachodniej), a następnie pozwala żerować na reakcjach mediów i elit zachodnich, stawiając na syndrom oblężonej twierdzy.

Rzetelna praca dziennikarska, publicystyczna i kulturowa, z udziałem środowisk polonijnych, wpływowych środowisk naukowych – jak projekt „Opowiadamy Polskę światu” realizowany od 2013 r. przez Instytut Nowych Mediów – pozwala zerwać z mentalnością oblężonej twierdzy, wyciągnąć rękę do osób, mediów i instytucji, na które chcemy mieć wpływ. Pozwala także nadrabiać te kilkadziesiąt lat opóźnienia w udziale w globalnej debacie publicznej, spowodowanego przez zaborców w XIX wieku i totalitaryzmy w wieku XX, które przyniosły tak duże szkody dla polskiego narodu.

Nathaniel Garstecka

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 29 listopada 2025