Hezbollah włącza się do nowej wielkiej wojny na Bliskim Wschodzie [Haarec]

Haarec

Izraelskie media informują, że do ewentualnej wojny z Iranem może włączyć się Hezbollah. O rozpoczęciu wojny zdecyduje prezydent USA, ale będzie to wspólna operacja z Izraelem. W Jerozolimie obawy budzi podejście Donalda Trumpa, oczekującego szybkich efektów, podczas gdy konflikt może trwać miesiącami.

Hezbollah włączy się do nowej wielkiej wojny na Bliskim Wschodzie

.Podczas kilkunastodniowej wojny rozpoczętej przez Izrael w czerwcu 2025 r. – do której na krótko dołączyły USA, atakując irańskie obiekty jądrowe – libański Hezbollah zachował bierność, jednak dowództwo armii izraelskiej ocenia, że w razie kolejnej wojny z Iranem ta grupa zbrojna może włączyć się do walki.

Teheran ma wywierać presję na nowego lidera Hezbollahu, szejka Naima Kasema, by „spłacił dług” za wieloletnie wsparcie, i zaatakował Izrael w razie eskalacji – informowały w ostatnich dniach izraelskie media, w tym portal Ynet oraz dzienniki „Haarec” i „Israel Hajom”.

Mimo że Hezbollah nie odbudował arsenału rakietowego po stratach zadanych przez Izrael w latach 2024–2025, może próbować otworzyć front przy granicy z Izraelem lub zaatakować pięć izraelskich baz w południowym Libanie. „Israel Hajom” ocenił, że organizacja musi rozstrzygnąć, czy jest lojalna wobec Libanu, czy Iranu, i waha się przed przystąpieniem do nowej kampanii, obawiając się ostatecznego zniszczenia przez Izrael.

Amerykanie zdecydowanie odpowiedzą na atak Hezbollahu

.Izrael, za pośrednictwem USA, ostrzegł Hezbollah, że zdecydowanie odpowie na ewentualny atak, w tym nalotami na Bejrut i dolinę Bekaa – tradycyjny bastion i zaplecze logistyczne ugrupowania. Władze Libanu obawiają się zniszczeń infrastruktury, lecz część z nich uznaje, że kolejne uwikłanie Hezbollahu w wojnę może ułatwić państwu i armii jego rozbrojenie – skomentował „Haarec”.

Media izraelskie – podobnie jak wiele redakcji zagranicznych – wskazują, że zgromadzenie przez USA największych sił na Bliskim Wschodzie od czasu wojny w Iraku w 2003 roku wykracza poza działania o charakterze odstraszającym. Dzienniki informują, że Waszyngton nasila przygotowania do szerokiej operacji przeciwko Iranowi, w której Izrael uczestniczy jako partner w procesie decyzyjnym. Choć operacja ma mieć charakter wspólny, o jej rozpoczęciu zdecyduje prezydent USA.

Autor analizy w „Israel Hajom” opisuje Donalda Trumpa jako „sprintera”, oczekującego szybkich rezultatów, podczas gdy zmiana reżimu w Teheranie to „maraton”, który może trwać miesiącami. W Izraelu obawy budzi także skłonność Donalda Trumpa do nagłych zmian decyzji. Istnieje ryzyko, że prezydent USA mógłby w ostatniej chwili zmienić kurs, opóźnić lub odwołać planowany atak. Autor zwraca też uwagę, że Donald Trump szeroko definiuje sukces militarny, przywołując wcześniejsze deklaracje o zakończeniu kampanii przeciwko jemeńskim rebeliantom Huti, choć nie zostali oni pokonani, czy wyeliminowaniu irańskiego programu nuklearnego, mimo że cel ten nie został osiągnięty.

Zmiana reżimu w Iranie – najbardziej ambitny cel Waszyngtonu

.Oba dzienniki podkreślają, że głównym i najbardziej ambitnym celem ewentualnej operacji przeciwko Iranowi jest zmiana reżimu w Teheranie, co Izrael uznaje za kluczowy interes strategiczny. Waszyngton akcentuje także potrzebę zakończenia represji wobec irańskiego społeczeństwa, co ma stanowić moralne uzasadnienie rozpoczęcia działań wojennych.

Planowana kampania powietrzna zakłada systematyczne niszczenie infrastruktury bezpieczeństwa, w tym obiektów Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) i milicji Basidż, by osłabić aparat ucisku, zniwelować w ten sposób strach społeczny i zainicjować oddolną zmianę władzy poprzez masowe protesty ludności.

Iranowi wyznaczono w tym tygodniu około 10–14 dni na reakcję na postawione ultimatum, które obejmuje całkowite wstrzymanie programu nuklearnego, w tym zamknięcie obiektów badawczych i przekazanie zapasów uranu wzbogaconego do 60 proc., likwidację zagrożenia ze strony arsenału rakiet balistycznych oraz zaprzestanie finansowania i dozbrajania regionalnych sojuszników, takich jak Hezbollah i Huti.

„Haarec” zwraca również uwagę, że trwający ramadan może stać się czynnikiem eskalacyjnym, ponieważ ewentualny wybuch przemocy w tym okresie sprzyjałby mobilizacji opinii publicznej w świecie muzułmańskim i mógłby przełożyć się na wzrost liczby ataków oraz wywołać trudne do przewidzenia skutki regionalne. Napięcie zwiększa też pogarszającą się sytuacja Palestyńczyków – odcięcie pracowników od izraelskiego rynku pracy pogłębiło kryzys gospodarczy na Zachodnim Brzegu, a rozszerzanie izraelskiej kontroli nad tym terytorium zaostrza tam sytuację polityczną.

Liban. Kraj skazany na wojnę

.Philip K. Hitti nazwał Liban „jedną z tych ziem, którą można określić jako mikroskopijną pod względem wielkości, ale makroskopijną pod względem wpływów”. Z uwagi na położenie geograficzne, znaczenie strategiczne w konflikcie izraelsko-arabskim, mozaikę społeczną oraz niewydolny system polityczny, od momentu wyodrębnienia się Libanu jako samodzielnego państwa, jest to kraj skazany na wojnę – twierdzi Patryk PALKA.

iban jest wyjątkowym państwem na mapie Bliskiego Wschodu. Żaden inny kraj w regionie nie posiada tak różnorodnej struktury społecznej. Według danych ONZ w Libanie mieszka obecnie 5,8 mln ludzi (raport World Population Prospects 2024). Około 1/3 z nich – od 30 do 35 proc. – to chrześcijanie (głównie maronici). Pozostałe 2/3 stanowią muzułmanie, druzowie i wyznawcy innych religii, przy czym ok. 30 proc. to szyici, kolejne 30 proc. to sunnici, a ok. 5 proc. to druzowie. Dane nie są dokładne, ponieważ ze względu na kwestie polityczne, w centrum których znajduje się równowaga wyznaniowa, w Libanie od 1932 r. nie przeprowadzono spisu powszechnego. Ten ostatni wskazywał, że na początku lat 30. XX w. populacja kraju liczyła ok. 875 tys. osób, z czego aż 53 proc. stanowili chrześcijanie (Statistics Lebanon Ltd, The Lebanese Demographic Reality, 2013). 

Tak wysoki odsetek chrześcijan w Libanie wynika z zaszłości historycznych. Do pewnego stopnia jest to również pochodna tamtejszego ukształtowania terenu. W papieskiej adhortacji Nowa nadzieja dla Libanu z 1997 r. czytamy, że „Liban, to kraj ku któremu często zwracają się spojrzenia. Nie możemy zapomnieć, że jest on kolebką starożytnej kultury i jednym ze świateł Morza Śródziemnego. Wszyscy znają słowo Byblos, przypominające początki pisma. To w tym rejonie Bliskiego Wschodu, dokąd Bóg posłał swego Syna, aby dokonać dzieła zbawienia wszystkich ludzi, uczniów Chrystusa po raz pierwszy nazwano chrześcijanami (por. Dz 11,19-26). Chrześcijaństwo szybko stało się istotnym elementem kultury tego rejonu, a w szczególności ziemi Libanu, bogatej dzisiaj w różne tradycje religijne”. 

Liban to ojczyzna Kananejczyków, a także ich potomków – Fenicjan. Byblos, miasto istniejące do dziś, jest jedną z najstarszych osad ludzkich w historii. Określenie tego miejsca kolebką starożytnej kultury nie jest nadużyciem. Z biblijnego punktu widzenia region Libanu jest częścią Ziemi Świętej. Chrześcijaństwo utrwalili tam uczniowie Marona, mnicha eremity nauczającego w górach syryjskich na przełomie IV i V stulecia. Podobnie jak ich nauczyciel praktykowali oni ascezę i przenieśli się w góry (pasmo Liban), co pozwoliło im unikać prześladowań niezależnie od zmiany sytuacji politycznej w regionie, który był areną walk Cesarstwa Wschodniorzymskiego z Persami, a następnie z Arabami. Nawet w okresie ekspansji kalifatu i budowy imperium muzułmańskiego (VII-VIII w.) libańscy chrześcijanie, zwani maronitami, zachowali autonomię. Obok nich w górach Libanu mieszkali druzowie, przedstawiciele synkretycznej grupy religijnej wyodrębnionej z islamu, łączącej w swoich przekonaniach elementy wielu wyznań. 

W okresie wypraw krzyżowych (od XI w.) maronici nawiązali kontakty z katolickim rycerstwem europejskim. Zasilali jego szeregi, zawierali sojusze, a ponadto złożyli przysięgę na wierność papieżowi. Unia Kościołów katolickiego i maronickiego nigdy nie została zerwana i trwa do dziś.

Decyzje podjęte w epoce średniowiecza okazały się decydujące dla późniejszych losów chrześcijan w Libanie. W 1453 r. upadł Konstantynopol, a Cesarstwo Wschodniorzymskie ustąpiło miejsca Imperium Osmańskiemu. Turcy przez wieki pozwalali maronitom żyć w górach Libanu, gdzie pod nadzorem muzułmańskim ścierały się wpływy chrześcijańskie i druzyjskie. W stuleciu XIX maronici i druzowie popadli w konflikt, w efekcie którego doszło do prześladowań chrześcijan. Ci mogli jednak liczyć na pomoc dawnych sojuszników – Francuzów. II Cesarstwo pod rządami Napoleona III rościło sobie prawa do miana obrońcy chrześcijan w Imperium Osmańskim. Francja jako jedno z najpotężniejszych wówczas państw świata zdołała wymusić na Turcji zaprzestanie prześladowań. Co więcej, od 1861 r. region gór Libanu stał się autonomią w ramach państwa tureckiego z własnym, chrześcijańskim gubernatorem. 

Aż do połowy XIX w. chrześcijanie, druzowie i muzułmanie żyli więc zgodnie na obszarze Libanu. Nie była to jednak utopia spełniona. Górskie regiony współczesnego państwa libańskiego, o których tutaj mowa, od momentu narodzin chrześcijaństwa, a później islamu, zawsze znajdowały się pod kontrolą imperiów – Cesarstwa Wschodniorzymskiego, kalifatów arabskich oraz Turcji. Poszczególne grupy wyznaniowe nie zarządzały Libanem wspólnie, ale były podporządkowane imperialnej władzy centralnej, która tolerowała obecność niemogących jej zagrozić, stosunkowo niewielkich grup wyznaniowych, zamieszkujących górskie regiony jednej z prowincji. Wtedy Liban nie był jeszcze samodzielnym państwem pod rządami przedstawicieli dwóch cywilizacji – chrześcijańskiej i islamskiej. Z chwilą, gdy do tego doszło, obraz kraju zmienił się diametralnie.

Pokój w Libanie – państwie istniejącym w granicach, które znamy współcześnie – udało się podtrzymać zaledwie przez 55 lat (1920-1975). Eksplozja, która nastąpiła pod postacią krwawej wojny domowej (1975-1990) była efektem czynników narastających wewnątrz kraju, jak i napierających na niego z zewnątrz. Państwo tak słabe i niewydolne było bezbronne wobec jednych i drugich. Archaiczny system polityczny ignorował postępujące zmiany demograficzne, które oddziaływały na strukturę religijną społeczeństwa, co w połączeniu z czynnikami ekonomicznymi wpływało na pogłębianie antagonizmów. Ponadto Liban z jednej strony ciążył do świata islamskiego i realizacji idei panarabskich. Z drugiej starał się utrzymywać dobre relacje z Zachodem i regionalną odrębność na Bliskim Wschodzie. W 1943 r. pomysłodawcom Karty Narodowej mogło się to wydawać możliwe do zrealizowania. Pięć lat później z brytyjskiego mandatu Palestyny wykształcił się jednak Izrael.  

Atak Izraela na Liban w 2024 r. nie jest pierwszym tego typu wydarzeniem w historii relacji między tymi krajami. Od powstania nowoczesnego państwa żydowskiego w 1948 r. wojska Izraela wkraczały do Libanu kilkukrotnie: w latach 1948, 1978, 1982 oraz 2006. W okresie 1982-2000 Izrael okupował południową część Libanu, tworząc wzdłuż granicy „Strefę Bezpieczeństwa” obejmującą ok. 8 proc. terytorium kraju. W podobnym czasie (1976-2005) w Libanie stacjonowały również wojska syryjskie, a reżim Hafiza al-Asada pod pretekstem zapewnienia Libanowi ochrony, dążył do jego zespolenia z Syrią (Pax Syriana). Krajem targały ponadto cyklicznie powtarzające się rewolucje i konflikty wewnętrzne. Poza wspomnianą wojną domową z lat 1975-1990 mowa jeszcze o kryzysie libańskim (1958 r.), rewolucji cedrowej (2005 r.), rewolucji śmieciowej (2015 r.) oraz libańskiej rewolucji październikowej (2019). 

.Tak duża liczba konfliktów zbrojnych na terenie Libanu w stosunkowo krótkim czasie to wynik splotu kilku czynników. Po pierwsze jego własnej słabości i niezdolności do obrony, będących efektem wewnętrznej fragmentaryzacji. Po drugie trwającego od dekad konfliktu arabsko-izraelskiego, którego Liban jest częścią, a zarazem być może najsłabszym ogniwem. Po trzecie położenia geograficznego Libanu, który dzieli granicę z Izraelem i Syrią. 

PAP/Joanna Baczała/MJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 21 lutego 2026