Jak przygotować społeczeństwo do wojny? [Michał KŁOSOWSKI]

Wojny nie wygrywa się wyłącznie czołgami, rakietami, dronami czy materiałami wybuchowymi. Aby przygotować przygotować społeczeństwo do wojny zacząć trzeba wcześniej — od działań w strukturze społeczeństwa, w demografii, w kondycji psychicznej i fizycznej obywateli, w relacjach rodzinnych, w kulturze, w poczuciu wspólnoty i w zdolności państwa do mobilizacji nie tylko armii, ale całego narodu. Konferencja „Między dobrowolnością a obowiązkiem: czy Polska potrzebuje powrotu zasadniczej służby wojskowej” Biura Bezpieczeństwa Narodowego w Belwederze 18 lutego 2026 r. nie była więc wyłącznie rozmową o wojsku. Była rozmową o Polsce na następną dekadę.
.Jeśli państwo jest organizmem, to wojna jest testem jego zdrowia. A diagnoza — brutalnie szczera — nie brzmi dobrze. Tym lepiej, że w konferencji, odbywającej się pod patronatem prezydenta Karola Nawrockiego wzięli udział przedstawiciele różnych stron debaty publicznej: od marszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka, przez byłych ministrów Mariusza Błaszczaka oraz Michała Dworczyka, aż po posłankę Paulinę Matysiak oraz przedstawicieli Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.
Społeczeństwo bez tkanki
.Dane demograficzne i społeczne, które wybrzmiały podczas pierwszego wystąpienia konferencji, układają się w jeden obraz: rozpadu więzi. Malejąca dzietność, coraz mniejsze pokolenia, milion młodych mężczyzn za granicą, ujemne saldo migracyjne, narastające problemy zdrowotne młodych, epidemia otyłości, kryzys zdrowia psychicznego, spadek zdolności do służby wojskowej, samotność jako doświadczenie masowe. To tylko niektóre z czynników.
Ponad połowa dorosłych Polaków doświadcza także samotności. Co trzeci i trzecia z nas nie ma do kogo się odezwać. Jedna czwarta żyje w jednoosobowych gospodarstwach domowych. 42% młodych nie jest nawet w żadnym związku. Rośnie atomizacja, słabnie rodzina, rozpada się wspólnota. Co to ma wspólnego z wojną i odpornością społeczną? Otóż społeczeństwo przestaje być siecią powiązań, a zaczyna być zbiorem jednostek. Zbiór jednostek zaś łatwo rozbić, bo przecież wojna nie jest tylko konfliktem armii, te nie walczą w pustce, a konfliktem społeczeństw.
Bez więzi zaś nie ma odporności, bez wspólnoty mobilizacji. Bez sensu wspólnego dobra nie ma gotowości do poświęceń. Można mieć nowoczesne F-35, Patrioty i HIMARS-y ale jeśli społeczeństwo jest wewnętrznie puste, to państwo jest strategicznie kruche. Czy powszechny pobór byłby tu rozwiązaniem? Śmiem wątpić.
Armia bez społeczeństwa nie istnieje
.Modele z różnych części świata pokazują bowiem jedno: skuteczna obrona nie opiera się wyłącznie na wojsku zawodowym. Finlandia, Izrael, Korea Południowa, Wielka Brytania, Niemcy — wszędzie tam fundamentem jest rezerwa, służba obywatelska, system mobilizacji społecznej, kultura obronności a nawet — poczucie misji. To nie są armie „na czas wojny”, ale społeczeństwa w stanie gotowości świadome tego, że prosperity może szybko się skończyć. I że trzeba o nie walczyć.
Wbrew pozorom nie chodzi jednak tylko o militaryzację życia, ale o normalizację obecności obronności w kulturze. O to, by obywatel wiedział, że bezpieczeństwo nie jest usługą państwa, tylko wspólną odpowiedzialnością. Może dlatego model „obywatel–żołnierz” spotkał się z takim zainteresowaniem na konferencji. Nie jest bowiem ideologią ale zdaje się, racjonalną odpowiedzią na rzeczywistość XXI wieku.
Najważniejsza teza konferencji padła bowiem nie w kontekście struktur wojskowych, ale kultury właśnie: przygotowanie do wojny zaczyna się od rozumienia wspólnoty. Najpierw patriotyzm, potem etyka. Dalej moralność, dopiero na końcu zaś finanse. Bez tego porządku wszystko się rozpada. Nie da się bowiem zbudować systemu obronnego na społeczeństwie, które nie wierzy w sens wspólnoty. Nie da się zmobilizować ludzi, którzy nie czują, że coś ich łączy. Nie da się też stworzyć rezerwy, jeśli słowo „służba” kojarzy się wyłącznie z przymusem, a nie z odpowiedzialnością. Dlatego przygotowanie społeczeństwa do wojny nie polega na rozdawaniu mundurów, ale na odbudowie sensu. Przykładem często podawana w dyskusji Ukraina.
Rodzina jako infrastruktura bezpieczeństwa
.Kolejną z najważniejszych, a zarazem najmniej „wojskowych” tez, jakie wybrzmiały podczas konferencji, dotyczyła nie struktur armii, nie modeli mobilizacji, nie systemów rezerw, lecz fundamentu znacznie głębszego: rodziny. To ona, nie instytucja, nie urząd, nie nawet państwowy system, okazuje się bowiem we wszystkich badaniach podstawową jednostką obronną państwa. W niej rodzi się kapitał demograficzny, który decyduje o biologicznej ciągłości narodu. W niej powstaje kapitał psychiczny, zdolność do radzenia sobie z kryzysem, presją, stratą, lękiem. To rodzina buduje odporność emocjonalną, uczy odpowiedzialności, tworzy relacje, które nie są kontraktem, lecz więzią. Państwo bez rodzin jest konstrukcją bez fundamentów, a każda taka budowla, jak wiemy z Ewangelii, prędzej czy później się zawala, gdy przychodzi kryzys.
Dlatego prawdziwe przygotowanie społeczeństwa do wojny nie zaczyna się od reformy armii, lecz od reformy wyobraźni społecznej. Czy jesteśmy w stanie jej dokonać w przełomowym jak się zdaje momencie dla Polski? Od zmiany sposobu myślenia o bezpieczeństwie jako czymś więcej niż kompetencji instytucji zacząć się musi bowiem cała dyskusja o systemie rezerw, powołań i w ogóle obronności kraju, mówili prelegenci. Potrzeba kultury obronności obecnej w edukacji, mediach, kulturze, sporcie, samorządach; wpisanej w codzienność, a nie uruchamianej dopiero w stanie zagrożenia. Potrzeba powszechnej rezerwy, elastycznej i zróżnicowanej, dostosowanej do realnych możliwości obywateli, a nie do abstrakcyjnych modeli, na co zwrócił uwagę gen. dr Rafał Miernik. Potrzeba realnych systemów zachęt i rekompensat, które nie będą symboliką, lecz rzeczywistym wsparciem. Potrzeba w końcu normalizacji służby jako naturalnego elementu obywatelstwa, a nie wyjątkowego poświęcenia dla nielicznych. Potrzeba budowy wspólnot lokalnych, bo państwo nie zaczyna się w sztabie generalnym, lecz w gminie, na osiedlu, w parafii, w sąsiedztwie. I wreszcie — potrzeba odbudowy sensu dobra wspólnego, bo bez niego każda mobilizacja jest tylko administracyjną fikcją.
Smutna prawda na trudne czasy
.Najtrudniejsza prawda jest jednak inna, może nawet trudniejsza: społeczeństwa nie przygotowuje się do wojny w momencie zagrożenia czy w chwili wybuchu kryzysu. Przygotowuje się je w czasie pokoju, teraz. I to latami, systematycznie, cierpliwie, rozglądając się na boki tak, żeby nie utracić tej chwili oddechu przed burzą. I to nie przez strach, lecz przez sens. Przez budowanie przekonania, że wspólnota ma wartość, że państwo nie jest abstrakcją, a bezpieczeństwo nie jest usługą, lecz wspólną odpowiedzialnością, która wymaga działania. Jeśli społeczeństwo jest bowiem faktycznie wspólnotą będzie gotowe. Jeśli jest zaś zbiorem samotnych jednostek to rozpadnie się przy pierwszym poważnym kryzysie. I od takiej zmiany myślenia trzeba zacząć wszelkie działania w kierunku obronnościowym nad Wisłą.
Dlatego pytanie „jak przygotować społeczeństwo do wojny?” jest w istocie pytaniem znacznie głębszym: jak odbudować społeczeństwo, które będzie słuchać ekspertów, występujących na podobnych konferencjach. I to słuchać tak, jak zapowiedział prof. Sławomir Cenckiewicz rozpoczynając dyskusję w Belwederze: do końca. Bo wojna nie tworzy prawdy o państwie, wojna ją tylko bezlitośnie obnaża. I lepiej być na to przygotowanym.
Michał Kłosowski





